alex grey-kDuchowe wizje pod wpływem ayahuaski,
kształtowane są przez osobowość i światopogląd człowieka.

Odmienne są przeżycia żądnych PRAWDY mistyków i ludzi, którym ayahuasca niesie jedynie pomoc lub uzdrowienie.

 

Co innego zobaczy niemiecki bankier,
indiański curandero, holenderski hippis czy Hindus.
Na tej bazie można prześledzić ścieżki kształtowania się różnych religii i -  pomimo istotnych różnic - przeżycia skrajnie odmiennych ludzi posiadają w gruncie rzeczy uniwersalne elementy i wyraźnie jedno wspólne, duchowe źródło.

 

Rytuał aya jest zbliżony do "wybuchu beczki prochu skrzyżowanego z wizjami barokowego malarstwa i morza elektrycznych spięć.
- Harwardzki etnobotanik, Wade Davis, w książce One River

 

 


 

 

 

mojarelacjaMÓJ PIERWSZY RAZ

- RELACJA ALDONY

 

 

(...) Obleciałam wielokrotnie kulę ziemską,
wnikałam we wszystkie możliwe kultury. Byłam rabinem, mongolską szamanką,

hinduską księżniczką (...),

więcej...

 

 


 

 

 

Poniżej zamieszczone

RELACJE

pochodzą wyłącznie z moich ceremonii.

 

 

 

ceremonia41ZUZANNA

malarka i stylistka

 

 

 

"....tak naprawdę chodzi tylko o to,
by puścić wszystkie swoje schematy i w pełni oddać się działaniu najwyższej energii życiowej. Jej źródło jest obecne w Twoim sercu.

Wtedy, gdy otwierasz się i zaczynasz ufać, zaczynają dziać się prawdziwe cuda. Przychodzi uzdrowienie, oczyszczenie i świadomość.

 

To naprawdę jest proste: po prostu zaufaj Sobie i Życiu...
Aya jest jedną z dróg, które pomogą Cię do tego doprowadzić...".

 

 


 

 

ayahuasca 00 1ANDRZEJ
bezrobotny z Londynu

 

 

 

Na spotkanie z Ayą przyjechałem
w bardzo złym stanie emocjonalnym.
Po wielu traumach w dzieciństwie stałem się bardzo zablokowanym, niedostępnym, zamkniętym w sobie człowiekiem. Wiodłem koszmarne życie samotnika, zupełnie bez przyjaciół, nie mówiąc już o jakiejkolwiek dziewczynie.

 

Dwa i pół roku wcześniej
zacząłem terapię z wewnętrznym dzieckiem (wg płyty Mirońskich) i choć dała mi wiele, ostatnio utknąłem w martwym punkcie.
Wiedziałem, że nie ruszę dalej, jeśli nie wydarzy się w moim życiu coś naprawdę radykalnego.

Przeczytałem książkę o ayahuasce, pomyślałem, że to byłoby dobre dla mnie.
Zastanawiałem się, skąd, jak, gdzie, kto to robi?
- Tego samego dnia przyszedł e-mail od Aldony.
No i... pojechałem na ceremonię.

 

Pierwszego dnia NIC SIĘ NIE WYDARZYŁO,
tzn. nie miałem kompletnie żadnych specjalnych doznań, co najwyżej bardzo smutne, luźne, jakieś archetypowe, niewyraźne sceny (moje sny są o wiele wyraźniejsze).
Byłem zawiedziony i zły; długa podróż, wyrzeczenia (a byłem akurat kompletnie spłukany)!
Aya miała być moją ostatnią deską ratunku!

Podobno osoby po takich traumach, jakie ja miałem, często nie potrafią otworzyć się na ducha rośliny.

 

Podczas omawiania rytuałów dowiedziałem się,
jaką postawę emocjonalną/duchową należy przyjąć, co robić, by się DZIAŁO.

 

Drugiego dnia,
po pierwszym kieliszku bardzo mocno poczułem czakram serca (ból tępy, nie za silny, ale nieustanny).
Znak, że COŚ SIĘ ZACZYNA I DZISIAJ SIĘ WYDARZY.
- Tak baaardzo pragnąłem się otworzyć.

Wyobrażałem sobie sceny, kiedy byłem dzieckiem i silnie odczuwałem MIŁOŚĆ - do koleżanki, która lubiła robić mi porządki w piórniku.
Tym samym stworzyłem kanał dostępu dla ducha roślinki. 

Przez ok. 2,5 godz. (odczułem to jak 30 min.) męczyłem się, nieprzerwanie czując ból w sercu i próbując się otworzyć.
W końcu usłyszałem wezwanie na kolejne picie ayahuaski.

 

Po kilku minutach dalszej walki UDAŁO SIĘ!
Pragnę zaznaczyć , że tych doznań absolutnie nie da się opisać słowami. Chyba dlatego, że słowami opisujemy zwykle zjawiska, mające odniesienie do życia codziennego, tzw. "normalnej" rzeczywistości.
Tamte doznania nie maja wiele wspólnego, z tym, co znamy, są absolutnie odmienne.

 

To było, jakby duch rośliny
wciągnął mnie w samo centrum potężnego tornada.
Cały układ energetyczny został teraz doskonale przeczyszczony, odblokowany, zharmonizowany.

Czułem, jakby przelewała się przeze mnie potężna rzeka. 
Mój oddech był nieprawdopodobnie głęboki, długi, intensywny. Wdech "1000" litrów powietrza, wydech - tyle samo.

 

Porwała mnie fala płaczu,
niezwykle głębokiego, intensywnego, z samego dna mej istoty.
Płakać mi się chce, jak o tym piszę i za każdym razem, gdy sobie to wszystko przypominam.
To było takie cudowne, oszałamiające; być doskonale otwartym, mieć takie potężne prawo być tu NA ZIEMI, mieć taka siłę, pewność siebie, jakiej nigdy nie miałem (przynajmniej dokąd ma pamięć sięga).

 

W pewnym momencie doświadczyłem,
jakbym się na nowo narodził.
To było tak szalenie emocjonalne, tak głębokie doznanie. Poczułem tak silną MIŁOŚĆ do małej istotki , która się właśnie urodziła i to byłem ja - taki kochany.

Nigdy wcześniej się takim nie postrzegałem/odczuwałem, takim wartym miłości, niewinnym...

 

Moje ręce same
(bez mej woli czy siły) cudownie tańczyły w rytm wspaniałej muzyki, która przez cały czas płynęła z głośników.
Czułem, jak z każdej ręki wypływała mi potężna energia, jakby rzeka.
Moja twarz miała kompletnie inny wyraz niż normalnie.
Byłem zupełnie inną osobowością - bez ograniczeń czy jakichkolwiek zahamowań. (...)
Kochałem.
Emocje mnie zalewały.

 

"Wyprawiałem" nieprawdopodobne wygibasy;
prawie, że stałem na uszach.
W pewnym momencie fala energii popłynęła w dół i poczułem ból w podbrzuszu (bo - jak sądzę - tam mam najgorsze blokady).
Usłyszałem, że: "teraz schodzi "Anioł", aby uzdrowić moje serce i przywrócić je do pierwotnego stanu.
Mam się tylko poddać.

Czułem się jak mały dzidziuś, którym opiekują się, kochający, bardzo ,troskliwi rodzice... Poddałem sie temu procesowi.

 --------

 Dziś, z perspektywy 3 kolejnych wyjazdów na ayę
mogę śmiało powiedzieć, że to najefektywniejsza, najsilniejsza metoda terapeutyczna, z jaką zetknąłem się w moim życiu.

Każda kolejna sesja coraz bardziej mnie otwiera wewnętrznie, daje ogromną nadzieję, że jestem już w stanie stworzyć udany związek z kochaną dziewczyną. Już teraz, gdy moje serce zostało całkowicie uzdrowione, jestem niejako w innej "bajce".
Zniknęli z mojego życia ludzie, którzy nie darzyli mnie szacunkiem, próbowali poniżyć czy ośmieszyć. Wcześniej ciągle mnie to spotykało. Teraz patrzę na świat z miłością.
To absolutnie wspaniałe następstwo transformacji wewnętrznej, jaką przeszedłem.

 

Czuję ogromną wdzięczność
do wszystkich Istot Wyższych, Przewodników, Opiekunów duchowych, Aniołów, Boga... , którzy w tym procesie grają "pierwsze skrzypce".
Jestem absolutnie pewien, że bez ich decyzji, wsparcia, Miłości i Współczucia nigdy bym sobie z tymi potężnymi problemami emocjonalnymi nie poradził.

Czuję wielką pokorę wobec Ich potęgi i Wspaniałości.


 

 

   

Aya huasca1aaAGNIESZKA
artysta plastyk

 

 

 

Jestem bardzo szczęśliwa
że jesteście:) i że robicie taką piękną transformację dla świata i że mogłam tego doświadczyć... 

.....Wracając samochodem poczułam jak Miłość i Błogość zbiera się, skrapla w centrum czakramu serca. Poczułam bardzo wyraźnie, nawet fizycznie na sercu jakby kropelkę cudownego nektaru - kropli błogości ... Gdy się na niej skupiłam, zaczęła wypływać tam, gdzie chciałam...

 

Teraz, kiedy już wiem,
że wszystko jest możliwe, to mnie to nie dziwi, ale to niesamowite:))

To już nawet nie orgazm z miłości, to coś więcej:)... To jakby fizyczny a zarazem boski jej przejaw...
Rysuję i słucham muzyki z ceremonii...

 

Po dłuższym czasie...
Ostatnio ogarnia mnie mocno ayahuascowy stan jak jestem w lesie... (i nie tylko - wczoraj czułam to w domu)

... wszystko jest mocno kolorowe (ayahuaskowo kolorowe... ) intensywne dźwięki... ptaków
...słyszę świerszcze, pszczoły i żaby w przestrzeni... choć nie kumkają "realnie".
... Wszystko tętni życiem jak na Ayi...i jestem w tym jakby w bezruchu i błogości choć wszystko żyje!!!
Coś mi się mocno przypomina... magiczny i kolorowy świat, i czuje wtedy specyficzną, kolorową ekstazę...
Obrazy Agnieszki, patrz: Galeria

 

 


 

 

 

 ayahuasca 00 1gLORD VADER
człowiek, który ma w rękach media, 

 


 

Słowem wstępu:
Należał do tych VIP-ów, których niechętnie widuję z daleka, a cóż dopiero u siebie na ceremonii.
Aż dziwi, że raczył przekroczyć skromniuteńkie progi mojego domu.
I pomimo, że raczył, patrzył na wszystkich w sposób zimny, wyniosły, nieżyczliwy...
Nadałam mu przezwisko LORD VADER, który grupa entuzjastycznie podchwyciła. 

Pytany o intencje, szczerze wyznał, że od 10 lat brak mu głębi uczuć (o ile w ogóle jakieś miał).- W rezultacie wielu wspólnych sesji  stał się jednym z ciekawszych obiektów badawczych...

 

... No i 4-ta, ostatnia sesja.
Wahałem się , czy w ogóle brać w niej udział.
Pojawiły się wątpliwości co do autentyczności Ayahuaski. Zaczęły pojawiać się argumenty, że to nie ma sensu, że to strata czasu.
Część mnie najwyraźniej nie chciała iść dalej.

 

Od początku czułem
wzrastający ucisk z lewej strony pod ostatnim żebrem i niżej. Było mi bardzo niedobrze, dokładnie tak, jak po ostrym przeholowaniu z alkoholem.
Przebijały się geometryczne wizje, ale nie mogłem się im poddać ani ich doświadczyć, bo robiło mi się coraz bardziej niedobrze.

Wyszedłem do łazienki, żeby zrzucić ciężar, który narastał coraz bardziej.
Uderzające dla mnie było podobieństwo do efektu zatrucia alkoholowego, łącznie z nieodpartą potrzebą porządnego haftu.

Zwymiotowałem i nic, potem jeszcze raz, tym razem samą wodą.
Wypiłem kubek ciepłej wody, ale wciąż fatalne uczucie zostało. Uczucie, że to, co miałem zwymiotować, cały czas we mnie siedzi.

 

Poprosiłem Jarka o pomoc,
bo mimo prób, nie udało mi się nic wycisnąć.
Męczyłem się bardzo.
Jarek przyszedł z kadzidełkiem, kazał mi zająć pozycję nad sedesem i zaczął robić esy-floresy w okolicach mojej miednicy oraz do góry, wzdłuż kręgosłupa. - Akcja nagle przyspieszyła!
Poczułem, jak coś mi się zbiera, najpierw w okolicach lędźwi, a później do góry i ...to był wymiot mojego życia!!!
Nie zawartość, bo sama woda i jakaś piana, ale uczucie jakby to wszystko wyszło z najgłębszych zakamarków mojego organizmu.

Zrozumiałem, że traciłem czas, robiąc to bez wsparcia Jarka.

 

Ponowna próba
i przy maksymalnym wysiłku (w myślach przeszło mi, że to jak poród), poszło jeszcze trochę wody, ale jednocześnie włączyła mi się wizja, jakbym sam siebie wyrzygiwał. Jakbym bronił się i jednocześnie widział od wewnątrz przełyk, lecąc wystrzelony w kierunku ujścia.
To było bardzo intensywne zwłaszcza, że nagle dotarło do mnie, że ja wyrzyguje żywą istotę i to w dodatku jakby siebie.
Dotarło do mnie, co mówił Jarek, przeganiając ze mnie jakąś istotę.

 

Ogarnęło mnie przerażenie,
że ześwirowałem!
Zaczęły napływać myśli, że to wszystko jakiś blef, że to nie może być realne.
Zrobiłem odpoczynek. Usiadłem, piłem kubek ciepłej wody, ale wciąż mi było niedobrze i ucisk obok splotu stawał się coraz większy.

 

Zbierając siły do kolejnej próby,
nagle doznałem kolejnej wizji. Zobaczyłem, że skóra mojej ręki jest jak skóra węża lub jakiegoś płaza - zielono srebrzysta i miękka.
Zobaczyłem coś w rodzaju smoka, ale łagodnego i niedużego, trochę jak w Avatarze smoki, na których latali NAVI.
Ten był piękny i łagodny.
Zakomunikował mi telepatycznie, że przecież jesteśmy jedną istotą , tzn dwiema, ale żyjącymi w symbiozie.

 

Pojawiły mi się wizje różnych sytuacji w życiu,
w których brak zdolności odczuwania miłości nagle stały się dla mnie zrozumiałe.
Zobaczyłem tysiące ludzi, żyjących podobnie do mnie - w oderwaniu od siebie, od zdolności odczuwania radości i miłości, pracujących, podporządkowujących sobie innych, często nieobecnych tu i teraz.
Rozpoznawałem ich nieomal po fizycznych cechach. Cały gatunek w obrębie gatunku ludzkiego!

To był dla mnie szok, przeraziłem się, że fiksuję.

 

Moja determinacja,
żeby pozbyć się pasażera, była blokowana przez świadomość, że chce się pozbyć części siebie.
Ja nie widziałem żadnej granicy pomiędzy nami. 
Poczułem nagły przypływ złości, determinacji i siły. Zebrałem się w sobie, zmobilizowałem całą fizyczną i psychiczną siłę i poprosiłem Jarka o wsparcie w następnej rundzie.
Jarek zaczął robić swojej hokus pokus z kadzidełkiem.
Zapytany dlaczego tak robi, odpowiedział, że te istoty nie lubią ognia.
Welcome to Matrix !

 

Czułem, że znowu we mnie się zbiera.
Czułem, że będzie bardzo trudno, pierwsza próba - nic, druga blisko, ale nie dałem rady fizycznie, trzecia - czułem, że używam całej mojej siły, a czułem też, że mam coraz większy power i determinację.
Tym razem szło z bardzo głęboka.
Czułem, że przewód pokarmowy jest połączony cienkimi arteriami z każdą komórką mojego ciała.

 

Znowu pojawiła się wizja, że widzę siebie od środka.
Czułem przez sekundę, że to ja jestem wyrzucany.
Ostatkiem sił wreszcie poszło!
Nagle z mojego przełyku jak z wyrzutni, odbijając się, jak gumowa kulka, wyskoczyła mała biała grudka (3-5 milimetrów) i wpadła do klopa.

- Tyle wysiłku, jakbym wywinął się na drugą stronę, a tu tylko mała biała grudka, zero wody, nic więcej.
Ale czułem, że to właśnie było to!
Najbardziej niesamowite, że na 100% czułem, że to był żywy organizm!
Jak pchła z własnym napędem, dodała własnego przyspieszenia w ostatniej fazie, odbijając się od języka i podniebienia i wystrzeliła prosto do kanalizacji.
To było bardzo sugestywne uczucie.

Przypomniały mi się filmy Matrix i Man in Black i wizja ludzkiej rasy zainfekowanej małymi istotami o dużej sile psychicznej i dużym oddziaływaniu na nasz organizm i osobowość.

 

Niestety, to nie był finał moich zmagań.
Ucisk wciąż był, narastające nudności też. Zmobilizowałem ostatnie rezerwy sił.

Jarek znów naganiał kadzidłem i motywował. Tym razem mimo wysiłków, nie poszło.
Czułem, że to coś było bardzo blisko. Czułem, że było podobne do poprzednika. Ale nie dałem rady!

Jarek, widząc, że tracę siły i że się trochę zawziąłem, powiedział, że trzeba odpuścić.

 

Wróciłem do kręgu,
położyłem się na macie i zrobiło mi się trochę lżej, ale czułem, że wciąż coś tkwi we mnie.
Cały następny tydzień czułem nudności i ucisk w rejonie po lewej od splotu słonecznego. Byłem też osłabiony i jakby trochę podtruty. Zarezerwowałem następny termin na ceremonię.... c.d.n.

 

Aldona:
Przypadek Lorda Vadera trafnie wyjaśnia artykuł "Pasożyty czyli władcy marionetek" (Wojciech Mikołuszko, Gazeta wyborcza 5.04.2004).
Traktuje o pasożytach, które w ciałach zwierząt lub owadów sprawiają, że te robią  to, czego chce od nich pasożyt - nawet wbrew własnej naturze.
Naukowcy zaobserwowali, że pasożyty w podobny sposób zmieniające zachowania ludzi.

Moim odkryciem było, że to, co  uważałam za istoty duchowe - różnej maści astralne "gady" czy "demony"... , mają często swoje odpowiedniki w fizycznych, mikroskopijnych organizmach jako bakterie, grzyby, wirusy...
Z początku zaskoczeniem było, że posiadają one niezwykłą inteligencję, w  wielu przypadkach przewyższającą intelekt nosiciela... Rzeczywiście w obrębie gatunku ludzkiego zarządza sobie światem.... inny gatunek.

Lord Vader pozbył się wszystkiego do końca dopiero na kolejnej ceremonii, na której to "przemówił ludzkim głosem", zdobywając sympatię całej grupy. Przeżył stany wglądu w duchową wiedzę jak każdy inny, ale tym razem skreślił tylko parę ciepłych słów...

 

Drodzy Szamani :)
Bardzo dziękuję za ten czas. Dużo dostałem, choć nie całkiem to, po co przyjechałem :)
Mam poczucie, że rozpocząłem najbardziej fascynującą podróż w moim życiu. Zrozumiałem też, że jest to podróż trudna i wymagająca dużo wysiłku i że nie miałem pojęcia, na co się porywam :).
( ... ) Przypomniało mi się jeszcze, że w jednej z wizji miałem inicjacje do tajnego bractwa wiedzy i oświecenia, coś jak "obrzęd masoński". Czekam teraz w domu, może zadzwonią :)
Jeszcze raz dziękuję. Jesteście wspaniali i jak myślę o was, to mi się przypomina film, w którym Morfeusz uwalnia ludzi z Matrixa. Aż dziw, że system wam na to pozwala :)


 

 

 

ayahuasca 0a aa3MARZENKA
artystyczna dusza z Londynu

 

 

 

Pierwsza ceremonia
rozpoczęła się poczuciem dyskomfortu w brzuchu.
Myślałam, że zwymiotuję, ale w toalecie okazało się, że mogę tylko pluć. Jedno ze splunięć zaczęło świecić.

Wróciłam na salę.
I wtedy zaczęłam latać po całym świecie, ponad górami i jeszcze wyżej, ale też pływać pod wodą.
Poczucie wolności, jakiego doświadczyłam, przepełniło mnie po brzegi.

 

Nagle znalazłam się w dżungli,
gdzie spotkałam pumę - moje zwierzę mocy, jak mi później wyjaśniła Aldona.
Puma była przyjazna, zaczęłyśmy się bawić ze sobą, a później razem latać.

 

Kolejna wizja przeniosła mnie
do dużego namiotu na pustyni. Poczułam się tam jak... księżniczka i na początku wydało mi się to dość niedorzeczne.
W kontekście mojej intencji, że „chcę być na takim poziomie odwagi i siły, by móc żyć pełnią życia" -  zrozumiałam, że chodzi o to, że mam być księżniczką swego życia. Że jest to mój obowiązek - dbanie o moje królestwo, czyli moje życie. Że to ja ustalam zasady i wszyscy, którzy są w moim królestwie, muszą się do nich dostosować.
To jak ustalanie granic w kontaktach między ludźmi, definiowanie siebie - co jest mi bardzo potrzebne w życiu codziennym.

W symbolu księżniczki  odkryłam zagadnienie przejęcia władzy i odpowiedzialności za swoje życie. Taki dziecięcy symbol, a tak trafnie opisuje dorosłość. Po jakimś czasie naszła mnie też refleksja, że ten symbol, archetyp może, nie spełnił się w moim dzieciństwie - ani w zabawach, ani w marzeniach...

 

W pewnym momencie poczułam,
że szykuje się wojna i jako przywódca swego królestwa zaczęłam się na nią przygotowywać.
Włożyłam strój wojenny i wraz z pumą znalazłam się na... sali operacyjnej, gdzie przyszło mi stoczyć bój o samą siebie z moim „wewnętrznym krytykiem". - Energią, którą sama wytworzyłam w mojej aurze, by regularnie skazywać się na przegraną.
Po to, żeby czuć się wystarczająco dobra.

 

Podeszłam do stołu operacyjnego
i zobaczyłam na nim swoje ciało - gotowe do zabiegu. Rozcięłam sobie brzuch i wyjęłam z niego dużo metalowych przedmiotów jak szyny kolejowe i broń.
Potem zaszyłam brzuch i wtedy Jarek ogłosił przerwę po pierwszej ceremonii.

 

ayahuasca 0a aa1Poczułam się tak lekka
i tak pełna niewinnej, czystej energii, że wybiegłam na zewnątrz.

Zmierzchało już, ale było jeszcze widno.
Powietrze było ożywcze. Kolory kwiatów bardzo intensywne. Niebo miękko-dziko pędzące.

Wskoczyłam na chwilę do piramidy. W jej centrum podziękowałam za wszystko, co mnie w życiu spotyka. Poczucie szczęścia, lekkości i niewinności rozpierało każdą najmniejszą cząstkę mego jestestwa.

 

Kolejna sesja ayahuaski
rozpoczęła się wizją umierania.
Wiedziałam, że właśnie przeżywam swoją śmierć, że tak to wygląda. Podsumowaniem tego doświadczenia było odczucie totalnego uwolnienia się od ciała, przyjemne, a nawet jakby przytulne, zamszowe rozpłynięcie się w przestrzeni. Odczucie unoszenia się, dryfowania.

Każda chwila w tym stanie była tak treściwa jak kropla gęstego oleju i zdałam sobie sprawę, że jest tyle możliwości, by zmienić jej wibrujący potencjał w cokolwiek innego!
To niesamowite!

 

Nie pamiętam
w którym momencie poczułam ogromną tęsknotę za swoim Ukochanym.
Przyjechałam na ceremonie z poważnym pytaniem, dotyczącym mojej nowej relacji.
Nie byłam pewna, czy chcę tak naprawdę tego związku, czy mam na niego siły, czy jestem na tyle zdecydowana, by uchronić to uczucie przed niechybnie destrukcyjnym wpływem innym, w tym i mojej rodziny.

 

Okazało się,
że moje serce przyjęło to drugie serce, że otworzyłam się na miłość, na to uczucie, gif para aya
na połączenie naszych dusz, naszych żyć.
Pragnęłam przytulić Mego Ukochanego, przelać natychmiast to uczucie na niego, pragnęłam podarować mu siebie.
Czułam, że ze mną jest, że przemierzamy razem wszechświat, że lecimy wolni jak tylko wolna potrafi być Miłość...

Na tym minęła mi druga sesja.

 

Moją intencją na kolejną ceremonię
było znalezienie odpowiedzi na pytaniaa:
- „Kim jestem? 
- Skąd przyszłam?
- Dokąd zmierzam?"

 

Zobaczyłam ducha rośliny.
Powiedział, że aby mógł zabrać mnie w podróż, muszę być lżejsza.

Poczułam nudności.
W toalecie poszło szybko. Jedna silna torsja i zwymiotowałam niedużą plamę jakby czarnej smoły.
Poczułam się dużo lepiej. Wróciłam na salę i niedługo potem poczułam, że Aldona jest przy mnie i że jakby modli się za mnie (?), o mnie, subtelnie, ale mocno.

 

Poczułam, że lecę i że moja puma leci ze mną.
Znalazłyśmy się w laboratorium, gdzie stanęłam przed niedużą kulą świetlistej energii.
Po chwili zrozumiałam, że to ja jestem tą kulą, tą energią, światłem.

 

ayahuasca 0a aa2I wtedy kula zaczęła mi pokazywać,
co potrafi, jak łączy się z innymi kulami, jak się przemieszcza. Stałam się nią, stałam się tą kulą i zdałam sobie sprawę, że mogę teraz zrobić wszystko, o czym tylko pomyślę, że 

 

NAPRAWDĘ
wydarzy się wszystko, co pomyślę!
Wybuchłam śmiechem, kiedy zrozumiałam, że to jest właśnie zasada wydarzania się rzeczy w życiu.
Wydarzy się wszystko o czym tylko pomyślimy, jeśli tylko wystarczająco mocno się na tym skupimy i skierujemy w to prawdziwą emocję, wtedy zdarzyć się może naprawdę wszystko
!

 

Musimy być świadomi swoich myśli,
bo to one kreują naszą rzeczywistość! To właśnie tak wszystko działa, zasada jest naprawdę prosta.

 

Późniejsze wizje
pokazały mi historię życia tych świetlistych kuli energii na Ziemi.
Zobaczyłam cykl rodzenia się i śmierci i to, że to my wybieramy gdzie i kiedy się rodzimy, jako kto przychodzimy powtórnie na świat.
Umawiamy się też w pewnym sensie z innymi kulami energii na to, jak na siebie wpłyniemy, w jakich będziemy stosunkach rodzinnych, osobistych...

Rodzimy się i umieramy na tej planecie, zmieniamy formy w jakie się przeistaczamy, ale zostajemy tą samą świadomością lub z tą samą świadomością, nic się nie zmienia, nadal „jesteśmy".

 

Kondycja, w jakiej jest teraz Ziemia
jest - oględnie mówiąc - kiepska.
To była moja kolejna wizja, że nasza Matka cierpi przez nas, ale też że i my sami cierpimy i sami zadajemy sobie nawzajem mnóstwo bólu. To zadanie dla wszystkich świadomych ludzi na tej planecie, aby dawać świadectwo miłości, pokoju, szlachetności.

Mamy ciągle szansę na poprawę naszej sytuacji!

 

Kolejna wizja
to spotkanie z innymi świetlistymi kulami przy wielkim ognisku, a raczej snopie światła, gorącym, ożywczym, ekstatycznym. To spotkanie było ucztą dziękczynną dla światła i energii.
Zespolenie, jedność...,  jakie czułam z tymi istotami tam, było głęboko nasycające, gaszące pragnienie bycia częścią wspólnoty, w której panuje miłość, akceptacja, wzajemny szacunek.
To wspólna nirwana, bo na poziomie, w którym się to wydarzyło, wszyscy jesteśmy jednością.

W pewnym momencie doznałam jakby totalnego rozpłynięcia się w tym ogromnym snopie światła. Jest to odczucie absolutnie nieprzekładalne na jakikolwiek język ludzki.
Tamte wizje były niebiańsko wyjątkowe.

 

W kolejnej spotkałam swego ojca. marzenka
Myślałam, że przepracowałam już ten temat, ale okazało się, że mam nadal w sobie tyle złości na niego, że gdy tylko go zobaczyłam, od razu zrobiłam się wściekła.
Krzyczałam na niego, zaczęłam go bić - tak, jak wcześniej  biłam kamień w kręgu wojowników - w magicznych kręgach Aldony i Jarka.

Poczułam, że noszenie tej złości w sobie było ogromną blokadą w moim życiu, murem, który odgradzał mnie od poczucia pełni, murem, który w tamtym momencie zburzyłam.

 

Druga sesja
znowu poświęcona była głównie Memu Ukochanemu, tym razem byłam już spokojniejsza, wiedziałam, że już coraz bliżej do chwili, kiedy będę mogła realnie go przytulić i zacząć naprawdę kochać.
Tymczasem  lataliśmy we trójkę, z pumą, w kosmosie, na Ziemi z bizonami, w najwyższych górach świata, w najgłębszych morzach, w miejscach których nawet nie potrafię nazwać, ale czuję, że były one w centrum Absolutnej Miłości... :)


 

 

 

ayahuasca 00 1aŁUKASZ
pracownik korporacji

 

Po wypiciu pierwszej porcji
ayahuaski pokazały mi się kolorowe wzory i ogarnęło mnie uczucie jakiejś nieokreślonej lekkości.

Wzory przeistaczały się w przestrzenne konstrukcje, jakby tysiące indonezyjskich rzeźb z widocznymi szczegółami.
Po chwili setki szklanych kul, wypełnionych kolorowymi kamykami. Obracały się wokół siebie i przenikały się wzajemnie.
Czułem powiększającą się przestrzeń wokół mnie. Sącząca się w tle muzyka wzmacniała wciąż zmieniające się wizje (...) Intensywność i zmienność wzorów nie miały końca... Poczucie czasu gdzieś znikało.

 

W głębi doznań poczułem
jedność wizji z moim ciałem oraz uczestnikami ceremonii.

Czułem, że unoszę się ponad ciałem wielkiej, nienazwanej jedności. Ok - pomyślałem - teraz niech Aya porwie mnie w kosmiczną przestrzeń...
Niestety mój organizm i wewnętrzny głos mówił:
"hello! wracamy!" - I wysyłał mnie na rozmowy z Bogami do WC :)

 

Byłem niepocieszony...
czułem się jak dziki zwierz zamknięty w klatce.
Chodząc w tą i z powrotem warczałem na siebie i na otaczający mnie świat. -
To była nieprzyjemna walka z własnym, zagubionym, cywilizacyjnym JA.

 

Powrót na sesję spowodował,
że gdzieś odleciała duchowość, a pojawiła się wesołkowatość i niewybredny żart.
Jednak pod koniec sesji poczułem jakąś ulgę i oczyszczenie sprzecznych, kłębiących się we mnie emocji dobra i zła.
Wiedziałem już, że walka samego ze sobą była mi bardzo potrzebna.

 

Cały drugi dzień
przed sesją czułem się totalnie psychicznie i fizycznie wyczerpany. 

Sesja znów zaczęła się kolorowymi wizjami, teraz jednak otaczał mnie wewnętrzny spokój.
Wizje wężowych serpentyn stawały się co raz bardziej soczyste i wręcz czułem w dłoniach ich plastelinową miękkość.
Czułem, jak kolory przechodzą przez moje ciało, które samo staje się jedną kolorową wizją.

 

Nagle zaraził mnie lekki śmiech
współtowarzysza i po chwili śmiała się cała grupa.
Śmiech ten był tak szczery i jednoczący nas ze sobą, że trudno to opisać. Widziałem, że stajemy się wspólnym, jednym bytem.
To było cudowne, łzy ze śmiechu ciekły mi po policzkach.
Sytuacja ta wracała chyba jeszcze ze trzy razy. Dawno tak się z serca nie śmiałem.

 

ayahuasca 0a aa4fPołożyłem się na brzuchu.
Czyjaś ręka dotknęła moich pleców i poczułem wydobywające się z tej dłoni ciepło z widoczną,
białą otoczką.

Ogarnęła mnie odprężająca ulga i zobaczyłem, jak na wysokości mojego mostka tworzy się czworokątny ornament, z którego na wszystkie strony wylatuje
białe światło.
Rozlewało się w głąb ziemi jak górski potok, płynąc niespiesznie w pełnym majestacie.

To było niesamowite otwarcie jakichś wrót czystej, nienazwanej energii.

 

Za chwilę ktoś masował moje stopy
i czułem, jak ciało moje odpływa i wydłuża się w nieskończoność.
Teraz wiem, że nastąpiło wielkie ostateczne oczyszczenie mojej zatrutej duszy...

 

Po tym przeżyciu
pojawiły się wizje kolorowych, niesamowitych zwierząt.
Tęczowe węże przenikały moje ciało, z którego zaczęły wylatywać niesamowite ptaki, plujące kolorami!
Ciało i przestrzeń już nie istniały osobno.
Byłem JEDNYM.

 

Nagle zacząłem mówić dziwnym językiem,
który pojawił się nie wiadomo skąd!
Widziałem jednocześnie siebie i moją współtowarzyszkę sesji, że leżymy pod wielkim drzewem życia, nie wiem dlaczego, ale czułem, że właśnie to jest jakieś życiodajne drzewo z początku ludzkości!

 

Jar1 2W tym samym czasie
przechodzący koło nas Jarek stawał się wielkim ciepłym światłem. Teraz byliśmy małymi bezbronnymi dziećmi, otoczonymi niesamowitym spokojem.

Wtem poczułem,
że JEST WE MNIE JAKAŚ OSOBA!
Stałem się szamanką indiańskiego, nieistniejącego już plemienia! Nie do opisania!...
Wiedziałem, że jest ona chuda i wysoka, płynęła z niej niesamowita mądrość, nieopisany spokój miłości i szczęścia. STAŁEM SIĘ NIĄ !

Tajemniczy język się ze mnie wydobywał z jakimś wielkim spokojem i gardłowymi głoskami, których później nie mogłem powtórzyć. Widziałem wielką dżunglę. Z korzeni i lian powstała kulisto- jajowata konstrukcja, z której patrzyła na mnie szamanka.

 

Czułem sercem,
jak jednoczę się z planetą, Ziemia i ja stajemy się jednym, nie ma już ciała, nie ma nic - jest tylko czysta energia! Wszystko to działo się jakby w jednym momencie! Jakie to było piękne...

Tajemniczy język wciąż się ze mnie wydobywał i zmieniał, stając się jednością z moimi towarzyszami sesji...
Wnet czułem, że dotykiem palców wskazujących wszystko uleczam! Rozlewająca się z palców energia spadała na moich duchowych przyjaciół... JA czy nie JA?

Dotykałem bolące mnie miejsca i ból natychmiast znikał.
Nagle usiadłem i wciąż szepcąc zapomniany język zrozumiałem:
AYA TO JA!
O rany! Wszystko jest w nas gdzieś schowane za kotarą ziemskiej i cywilizacyjnej nieświadomości...

 

Teraz spokojnie położyłem się na wznak
i czułem, jak nagle dostaję dziwnych drgawek, które znikały po chwili.
Szamanka gdzieś ze mnie odchodziła, ale język jej wracał.
Poczułem jak duchy lasów przechodzą przeze mnie i unoszą mój tułów. Po chwili odchodzą...
Byłem w pełni tego świadomy i wiedziałem, że TAK WŁAŚNIE JEST I TAK MA BYĆ!
Czułem wielką jedność z samym sobą i planetą...

Zrozumiałem, że szukając Boskiej cząstki, znalazłem ją w sobie i to MY jesteśmy cząstką nienazwanego. Bóg jest nami i my jesteśmy Bogiem. Planeta Ziemia jest naszą wieczną MATKĄ.


 

 

 

szaman hakerBARTEK K.
życiowy podróżnik

 

 

... szamani są hakerami.
Ludzie przychodzą tacy, jacy są (problemy, słabości... .i.t.p.), ale to nic... Oni wszystko tak ustawiają, żeby dało się wyskoczyć z matriksa.

Gdy już się uda, wszyscy są "ustawieni", leżą, gra muzyka, rytm, fun.
Szamani siedzą na fotelach - jeden z jednej, drugi z drugiej i sami mają mega fun. Machają sobie rękami, nucą, podróżują. Gdy któryś klient trafi na jakiś "brud", zaczyna jęczeć... (lub coś w tym stylu), to któryś z nich reaguje i pomaga.

Ogólnie wiedzą wszystko albo bardzo, bardzo dużo. Albo tez wiedzą, ile nie wiedzą, przez co ostatecznie w sposób fraktalny i tak wiedzą wszystko. - Wszystkie rozmowy są idealnie dopasowane do klientów, jeśli chcą rozmawiać o polityce, proszę bardzo. O świecie, problemach, jasne! Budowa wszechświata - super.
I taka ich rola... tak się realizują na tej ziemi. Bo wiedzą, że przyjdzie, kto ma przyjść i zrozumie, co ma zrozumieć .

 

A sama ayahuasca to pomoc,
żeby móc odpalić "wersje demo".
Nie ma co tłumaczyć, co i jak. Jak ktoś chce, to sie dowie - na każdym poziomie, który go interesuje.
Wiedza jest, trzeba szukać, aż się znajdzie. - Jak to rozumiałem to płakałem.
Nawet teraz, pisząc to, czuję... Przychodzi jakaś myśl i za chwilę odpowiedź: "no tak.. hahaha, jasne. hahahah


 

 

 

KatarzynaKASIA

właścicielka firmy szkoleniowej,
coach

 

 

1 sesja
Nie oczekuję konkretnych przeżyć, wizji, fajerwerków. Raczej skłaniałam się ku temu, że nic szczególnego się nie wydarzy.
Siadamy w kręgu i zgodnie z rytuałem każdy z nas wyraża swoją intencję.
Ja chcę się dowiedzieć, jak skutecznie wykorzystywać swoje predyspozycje do rozwoju własnego i podejmowanych przeze mnie przedsięwzięć. ...

 

Po wypiciu
nic szczególnego się nie dzieje. Słyszę westchnienia, pomruki. Coś jest jednak inaczej.
Patrzę w sufit. W oczekiwaniu czuję, że z moich oczu powoli, cienkimi stróżkami, zaczynają płynąć łzy - no tak, to Darek (współuczestnik ceremonii) miał sobie dziś popłakać... Czy robię to zamiast niego?

Wraz z tą myślą uświadamiam sobie, że oto od stóp, jak tłok, powoli przesuwa się w kierunku ramion jakaś ciemna, gęsta, plastyczna masa. Zbierała ze sobą podobną do siebie treść ze wszystkich komórek i zdecydowanie kieruje się do mojej głowy. Nie mogę tego powstrzymać ... boję się... I nagle czuję w umyśle uderzenie bardzo negatywnych emocji.

 

W jednej chwili
wyraźnie zobaczyłam różne sceny z czasów najwcześniejszego dzieciństwa, przejmująco przykrych... Poczucie opuszczenia, samotność, wyalienowanie, chłód, bezradność, bezdenny smutek, poczucie winy... Scena za sceną.
Leżę w rozpaczy, moja twarz, ciało... odzwierciedlało to, co tak intensywnie się ze mną działo.

 

Na szczęście
poczułam ręce Dusi na głowie, ramionach - siedziała za moją głową.ayahuasca 00 1b

Chwyciłam jej ręce i przycisnęłam do swojej twarzy; miałam nadzieję, że będzie przy mnie. - Została! A tama puściła.
Szloch wypełnił moją głowę, brzuch, ręce, nogi, całe ciało.
Sceny - ja, jako bardzo malutka lub trochę starsza dziewczynka zbieram doświadczenia. Realnie widzę i czuję każdą scenę. Rozpacz się nasila.

 

Dusia kładzie się przy mnie
i troskliwie otacza ramieniem. Mówi, żebym płakała.
Przywieram do niej, do jej serca... do Matki...

Wyrzucałam z siebie tyle bólu, a na przemian zastygam w niemym krzyku, który zaciska krtań... Łzy i emocje wypływają z siłą wodospadu. Skąd tego tyle? Nie mogę przestać. Drżę na całym ciele. Kompletnie nad sobą nie panuję. Przemoczyłam Dusi bluzkę.
Teraz widzę wyraźnie moje dzieciństwo, ono cały czas trwa, rzeczywiście każda chwila dzieje się we mnie ciągle. Noszę to. Ta dziewczynka cierpi.

 

W pewnym momencie
- poza swoim bólem - odczułam krzywdę wszystkich dzieci na świecie... - Refleksja; nie ma większej zbrodni niż skrzywdzenie tak bezbronnych i ufnych istot!
Czuję przejmujący smutek i żal. Myślę, że to się nigdy nie skończy.

Dusia przytula, gładzi mnie i koi. Powtarza mi - "...nawet nie wiesz, jakim jesteś skarbem, kocham Cię."
Ja ją z kolei przepraszam, że wylewam na nią cały ten syf.
- "Nie przejmuj się, potrafię tę energię transformować." - Uspakaja mnie, a moje serce przepełnia wdzięczność do niej.

 

Niezwykłe jest też to,
że w tym stanie jestem jednocześnie obserwatorem. Coś mówi: popatrz tu, i tu, i tutaj, zobacz to, i to, i tamto.
Z tej perspektywy mam świadomość, że oglądam album żywych scen ale równocześnie współczuję sobie z całego serca.
Leżę na lewym boku wciśnięta w Dusię. Kryję się pod jej ramieniem.
Czuję beznadzieję. Robi mi się zimno.

 

ayahuasca 00 1cDusia wzywa posiłki.
Jarek klęka za moimi plecami i swoje obie dłonie kładzie na moich plecach między łopatkami.
Dusia kładzie rękę na moim sercu. Uświadamiam sobie jakie ono jest zimne.
Ogrzewają to moje serce z obu stron.
Jarek coś nuci. Dociera do mnie mantra.
Cierpliwie, skupieni na mnie, rozpalają moje serce.
Jak to możliwe, że mogło być tak skute i skurczone?

Teraz nachodzi mnie zrozumienie moich zachowań w młodzieńczym i dorosłym już życiu, zrozumienie relacji z rodziną i innymi ludźmi...
Acha, więc to dlatego było takie; stąd to musiało tak się potoczyć, a to w ten akurat sposób zakończyć.
Widzę przyczyny i skutki. Wszystko jest takie oczywiste.
Wtulona w Dusię, wymęczona płaczem i ... poddana, słucham swojego serca całą sobą.

 

Wyczekuję, jaki rezultat przyniosą wysiłki szamanów.
Stopniowo moje serce się rozgrzewa i wokół niego jest coraz cieplej. Jest mi dobrze, z każdą chwilą cieplej.
Czuję przestrzeń wewnątrz siebie.
Dusia i Jarek pochyleni nade mną, jak czuli rodzice, uśmiechają się, śpiewają mantrę jakby dedykowaną mi, bo co rusz pojawia się w niej słowo, które brzmi jak moje imię.

Uświadamiam sobie, że pomiędzy płucami jest szeroki kanał, którym swobodnie przepływa powietrze. Kanał od nosa i ust do dna przepony... stał się drożny!.
Wcześniej czułam ucisk w części piersiowej na wysokości serca.
Nareszcie mogę oddychać - mówię do Dusi.

 

Przypuszczam,
że na tej sesji przepracowałam traumę wczesnego dzieciństwa.
Dusiu i Jarku jestem Wam bardzo wdzięczna, że byliście ze mną w tamtej chwili.
Upłynęło kilka dni od tego doświadczenia, a wrażliwość mojego serca utrzymuje się.
Czuję je jak niezależny byt. Rozpycha się we mnie, mieni się światłem, wyrywa się do ludzi.
Z całego przebudzonego serca dziękuję Wam.

 

 2 sesja ...
słyszę muzykę i... widzę dźwięki z dołu, góry, po przekątnej... mogę ich dotknąć.
Chodzę miedzy nimi jak po sadzie, podziwiam dorodne owoce... czuję smak dźwięków. Istne 5D.

Niesie mnie do krainy dzieciństwa. A tu... dziecięce, uważne, szeroko otwarte oczy, ciepłe policzki. Obrazy wszystko takie... pyziate, ciepluchne!.
Widzę pierzyny, ogródki zielne, pastelowe kolory, filcowe koty, kolorowe fartuszki, kasztanowe ludziki, popołudniowe słońce, zabawy dziecięce, beztroska. Dzbanek z ciepłą kawą zbożową i mlekiem, rodzice, młodzi i weseli; zabawki pluszowe, tęcza, inne dzieci.
Dziecięce ziewanie, całą sobą, wypuszczanie z siebie pełnych baloników, elfów , co za rozkosz.
Smak mleczno-miodowo-maślanej bułki. Uważne oczy.
Czuję wzruszenie. Łzy ciekną. Widzę siebie jako kryształ, ktoś mi towarzyszy, słyszę głos - Diament płacze.
Wspomnienie szczęśliwych chwil. Dziecięcość połączona z powagą.

Usłyszałam: Wypłakałaś wszystkie swoje gorzkie łzy.
I tak się poczułam. Oczyszczona. Z przestrzenią wewnątrz siebie.
Przeświadczenie: tak właśnie powinno być.

 

Robi mi się niedobrze.
Lecę do ubikacji. Wyrzucam z siebie, co się da.... Coś ze środka brzucha ciągnie na zewnątrz, w końcu gdzieś z dna trzewi wylatuje kilka ciemnych ciapek wielkości małej monety, jakby pleśń..?.
Uff. Jak dobrze.

 

Podnoszę się z kolan.
Patrzę w lustro. Twarz jak nie moja. Oczy spuchnięte od płaczu jeszcze po pierwszej sesji.
Po chwili twarz staje się jakaś demoniczna moje alter ego?
Widzę proces rozpadu ciała. Moja twarz przechodzi różne fazy, od ładnej buzi poprzez marszczącą się obwisłą skórę, potem odpadanie ciała i prawie naga czaszka.
To całkiem normalne wiem. Tak jest, a ciało to nie ja. Zamieszkuję je tu chwilowo. Trzeba o nie dbać. Ale to nie ja.

 

Wracam na salę.
Kładę się na karimacie.
W głowie przebija się dominująca myśl, że Darek domaga się pomocy.
Moje ego też daje o sobie znać: Jeśli naprawdę chce, niech poprosi, np. przez wyciągnie rękę.
Dosłownie w chwilę później coś spadło na mnie z lewej strony. To ręka Darka. Pękł. Zanosił się od płaczu, szlochał.

Zwróciłam głowę w tamtą stronę i zobaczyłam, że Dusia klęczy za jego głową, a Jarek z jego lewej strony.
Byli przy nim, jak wcześniej przy mnie.
Poczułam ogromne współczucie do niego. Wiedziałam, że boryka się ze swoim problem od dłuższego czasu. Skupiłam się na nim. Zamknęłam jego dłoń w obie swoje, przytuliłam do policzka i przesyłałam myśli wsparcia i miłości.
Bardzo chciałam mu ulżyć.

 

3 sesja
W kilka chwil po wypiciu napoju ujrzałam wyraźne krótkie konkretne wizje i przesłania.
Najpierw świetlisto zielony pająk o regularnym, geometrycznym kształcie zbliżał do mojego czoła z dużą prędkością i wniknął za oczy.

Poczułam mrowienie jednocześnie silnie na powierzchni mózgu i wewnątrz, potem w okolicach szyi, karku, i ramion.
Miałam wrażenie, że krąży wewnątrz mojej głowy i podstawy czaszki, wybiera dobre miejsce, sadowi się.

Zaraz potem w okolicy prawego ramienia zobaczyłam świetlisto zielone pałeczki, które układają się w regularną siatkę całej mojej istoty, taki zarys mojej postaci w 3D, esencjonalny wzór mojej powłoki fizycznej.
W tej samej chwili ten wzór został w kilku miejscach uzupełniony, molekularne wiązania stały się spójne i kompletne.

Usłyszałam wyraźnie. - Jesteś naprawiona!
Teraz szybko wzdłuż mojego kręgosłupa, od podstawy do czubka głowy prześlizgnął się wąż, jakby kobra. Układając się swoim ciałem wzdłuż mojego kręgosłupa, swoją szeroką częścią głowy zawisł nad moją głową jak parasol i tak został.

 

4 sesja
Zwiedzanie biblioteki Życia, przegląd wiedzy, wytłumaczenie zjawisk (nie zapamiętałam konkretów!!).
Poruszałam się w przestrzeni swobodnie, widziałam jak w filmie Awatar wyspy w przestrzeni, tak u mnie pojawiały się przeróżne zagadnienia i ich wyjaśnienia.
Wtedy wszystko było takie oczywiste. Przepełniło mnie zrozumienie i pewność, że kultura, obyczaje, muzyka, są nośnikiem zakodowanych informacji o Prawdzie, które mogą być odczytywane w stanach poszerzonej świadomości.
Zobaczyłam, jak za każdą istotą ludzką stoi równie realna dusza.

 

Zobaczyłam duszę/ducha mojej siostry.
Była wielka, potężna, mądra i stara.
Wyraźnie widziałam, jak bardzo przerasta widzialne na co dzień jej ciało fizyczne.
Poczułam się dumna, że mogę z nią obcować na co dzień.
Zobaczyłam duszę mojej córki, też niezwykle wielką i poczułam niewysłowioną wdzięczność za to, że mnie wybrała aby przy mnie wzrastać i rozwijać się.
Uzmysłowiłam sobie obecność cudownej duszy mojego partnera.
Rozumiałam jakiś obcy mi język. Bardzo chciałam go zapamiętać i przenieść do świata zwykłej świadomości. Próbowałam werbalnie powtórzyć słowa, ale to okazywało się prawie niemożliwe.
Zapamiętałam jedno prawdopodobnie podobne wyrażenie, które teraz powtarzam sobie czasem jak talizman. ...

....

Po powrocie z tej naj-niezwyklejszej podróży, moje życie jest inne.
Czuję spokój i nie mam strachu. Moje serce bije dla życia tak chętnie i mocno, jak wtedy, gdy się żegnałyśmy, Dusiu.
Miałam wrażenie, że obie mamy jedno wielkie, wspólne serce.
Teraz chciałabym przytulać wszystkich ludzi i dać im to, co daliście mi Wy i Aya.
Wykorzystajcie z mojej relacji, ile chcecie.


 

 

 

ayahuasca 00 cDAREK - Valcari

Hiperwymiarowy Podróżnik  (nadworny malarz Ayahuaski)

 

 

 

W trakcie pierwszej sesji
w zasadzie nic nie czułem, niewiele się działo.

Wyraziłem wcześniej intencję, że chcę skoczyć w otchłań (jak Castaneda) i miałem tylko delikatne wizje, jakby wariacje na temat skoków z trampoliny, potem ze skały do morza, wreszcie skakałem na różne sposoby w Wielki Kanion...

 

Pomyślałem też,
że dobrze by było po powrocie spotkać się z bratem i odbyć z nim taką męską rozmowę, jakiej brakowało nam od jakichś dwóch lat.

 

Tak więc niewiele się działo,
czułem nawet lekkie rozczarowanie, a wynikało to zapewne z tego, że miałem zbytnie oczekiwania. Liczyłem, że ściany sali rytualnej ociekać będą strugami materii graficznej i zobaczę w 5D Santa Marię della Ayahuasca (której prewizję miałem już w drodze do Holandii)... Tymczasem AYA - Boska Inteligencja, uciszyła mnie i pokazała, że to jest jej impreza, a nie taniec moich psychodelicznych wyobrażeń i oczekiwań...

 

Druga sesja.
Po 10-ciu minutach od wypicia wywaru - poczułem, że to jest to. Nakryłem się białym kocykiem, zamknąłem oczy i rozpoczęła się Podróż...
Aldona położyła się obok mnie, chwyciła za rękę i powiedziała, żebym stał się chłopczykiem. Odparłem jej, że robię to od 42 lat :)
Czułem już, jak DMT zabiera mnie w nowe - choć jednocześnie znane mi od Zawsze wymiary. Umysł wyciszał się i wraz z duszą zaczął kosmiczną, wewnętrzną odyseję.

 

Wizje, obrazy i klimaty
dostrajały się do muzyki. Muzyka była różna i wspaniała. Właśnie weszli Floydzi z moim ukochanym "Shine On You Crazy Dimond" - wprawiło mnie to w totalną ekstazę.
Jednocześnie płakałem (ze szczęścia), gdyż w niesamowitej wizji zobaczyłem swoją rodzinę: małego Dara, brata, ojca (który wcześnie zmarł) i matkę.
W tej wizji byliśmy wreszcie wszyscy razem i szczęśliwi na tych kilka chwil. Wystarczająco długo, aby oczyścić i uzdrowić przeszłość.

 

W tym momencie podszedł Jarek.
Aldona powiedziała mu coś o uzupełnieniu ojcowskiej miłości i ciepła. Jarek położył rękę na moim sercu - to była czysta telepatia, empatia, Miłość . . .

 

Muzyka zmieniła się,
popłynęły hinduskie mantry i zobaczyłem w wizjach siebie samego jako czarno-białe, wielorękie bóstwo - kiedyś to namaluję. Było to przepiękne i jedyne w swoim rodzaju...

 

Kolejne dwie sesje
następnej nocy zacząłem z intencją, że chcę poznać Miłość i Moc Ayahuaski.

I była Miłość i była Moc i były wizje. Dotarłem do Źródła, do Istoty Wszechrzeczy.
Każdą komórką i cząstką energetyczną poczułem, jak funkcjonuje Matrix i jak łatwo jest nam się uwolnić z tej mentalnej niewoli. Tylko trzeba chcieć to zrobić, trzeba skoczyć w otchłań, zaufać Sobie.
Spotkałem swój Cień, objęliśmy się i ukochali. On i ja jedno jesteśmy. Wszelkie dualizmy prysnęły jak mydlana bańka...

 

Aldona wcześniej powiedziała mi,
żebym poprosił Ayę o wzorzec bogactwa (bo jak większość artystów, egzystował z dala od świata materialnego - przypis Aldony).
Przyszły dwa obrazy: najpierw zobaczyłem i ukochałem Martynę, która jest Miłością mojego życia i jest moim bezcennym Skarbem.
A wzorzec albo klucz do bogactwa to oczywiście moja Sztuka....

Nie ma najmniejszego problemu, aby rozsławić swoje malarstwo niczym Alex Grey czy Salvador Dali - moi ulubieni malarze i doskonali kreatorzy swojego życia.
Przecież taki potencjalny wariant rzeczywistości istnieje w nieskończoności możliwości - więc tylko wystarczy się ZDECYDOWAĆ...

 

Zacząłem deprogramowanie Matrixa...
Wizje płynęły jak szalony, barwny kalejdoskop. To było jak świadomy sen, pstryknięciem palców lub impulsem myśli sterowałem strumieniami barwnych obrazów jak tylko chciałem... Jedną z pierwszych wizji, obecnie przenoszę już na płótno w obrazie pt. Przebudzenie.

 

Przez dwie noce ceremonii,
czułem pewien ból, ucisk w dolnej, prawej okolicy brzucha (nie wiem co to, wątroba ponoć nie boli) - zwykle czuję to po pikantnym jedzeniu lub licznych, mocno zakrapianych imprezach.

Pod koniec ostatniej sesji, kiedy wreszcie udałem się na "boskie rzyganie", ból zniknął (nie odczuwam go kilka miesięcy po ceremonii, nawet po imprezach;)
I miałem kolejną, wspaniałą wizję, którą namaluję jako Self-Healing Process oraz sformułowałem Manifest Psychodeliczny Nowej Ery...

 

Generalnie, było to jedno
z najwspanialszych moich życiowych doświadczeń.

Gdy wcześniej, jesienią 2011 roku, pod wpływem 200 Magicznych Kapeluszy, chodziłem gęstą nocą po bajecznym lesie - czułem instynktownie i proroczo, że rytuał Ayi tak właśnie może wyglądać - i tak się też okazało. Święte Grzybki doprowadziły mnie do spotkania z Duchem DMT, z boskością, z Duchem tej Planety i z całym Kosmosem.
Poczułem Miłość Ayahuaski i poczułem Moc - lecz Moc objawiła się nie w huraganie (tym razem) lecz w delikatnym szeleście liści lub - jak mawia Vadim Zeland - w szeleście porannych gwiazd...

Obrazy Darka, patrz: Galeria 


 

 

 

ayahuasca 00 1dMONIKA
ex gwiazdka polskiego filmu,
obecnie pracownik reklamy

 

 

 

 Aya jako terapia dla par.
Przyjechaliśmy strudzeni sobą. Nie przez brak miłości. Raczej brak zaufania do siebie, niewyobrażalne lęki i obawy. Marzyliśmy o cudzie, ślubie duchowym, wskazówce.
Mam kłopot z odnajdywaniem się wśród nowo poznanych ludzi. Nie wiedziałam, co nas czeka. Bałam się. Byłam jak sparaliżowana.

 

Mistyka, ezoteryka, duchowość zawsze istniały w moim życiu.
Mam za sobą wiele technik od medytacji po psychoterapię - cały arsenał narzędzi do samopoznania i transformacji, dostępny przeciętnemu śmiertelnikowi.

 

Ciężko mi było wyobrazić sobie,
że cokolwiek jeszcze jest w stanie zmienić moje nastawienie do siebie i świata lub zmienić naszą relację w związku.
Z relacji osób, które brały już udział w ceremonii, wiedziałam, że jest to głębokie, transcendentne i fizjologiczne doświadczenie. Jednak to, co się wydarzyło, przeszło moje najśmielsze oczekiwania!!!!

 

Pierwsza ceremonia
była największym prezentem jaki dostaliśmy.
Aya widząc nasze przerażenie, postanowiła nas ukoić, uspokoić i pobłogosławić miłością.
Rozpłynęliśmy się w zachwycie nad sobą i światem. Nad niewypowiedzianym pięknem.

Wędrowaliśmy razem wtuleni w siebie, śmiejąc się, rozmawiając i myśląc jednocześnie to samo.
W jednej chwili ustąpiły wszystkie lęki, które oddzielały nasze dusze. Wszystko, co usiłowaliśmy zrozumieć, tłumacząc miesiącami sobie nawzajem nasze błędy, znikło.
Aya w ułamku sekundy odpowiedziała nam na wszystkie pytania.

Nie mam wątpliwości, że jest to Boska Istota, mądra, piękna, dobra. To lekarstwo duszy i ciała.

 

Aya zaprowadziła mnie
najpierw do wnętrza mnie samej, pokazała kim jestem i co kocham.

Stałam się częścią natury, drzew, chmur, deszczu, mchów, kwiatów i zwierząt.
Na moment stałam się Nią.
Potem powiedziała, że to koniec wizji i poprosiła, żebym przytuliła się do Michała.
- Przeżyłam najcudowniejsze duchowe zespolenie, o jakim można tylko śnić. Pełnię jedności kobiecej i męskiej energii, rozkosz i seksualność, która nie wymagała aktywności fizycznej, uniesienie i zaślubiny, o których marzyłam przez całe życie i o które prosiłam w intencji przed ceremonią.

 

Michał czuł tak samo.
Wiele miesięcy terapii, czy rozmów, czy awantur, odchodzenia, powrotów... Było tylko stratą czasu.
To był cud, to jest cud! Wiem, że Aya wskazała nam drogę i to od nas zależy czy wytrwamy na niej, czy nie.

Chce mi się krzyczeć z radości:
Ludzie! To istnieje! Bóg, świat duchowy i doskonała, czysta miłość. Są w każdym z nas.
Każdy, kto przeżywa kryzys emocjonalny i ściera się ze swoim rozumem, ze schematami, jakie narzuca mu stetryczały światopogląd, powinien przyjść na spotkanie z Ayauascą.

 

Gdyby wszyscy ludzie mogli tego spróbować,
nasz dom, nasza Ziemia, nasze życie byłoby rajem. Bo raj jest tu, właśnie w tym życiu.

Nie ma żadnego tam ani kiedyś, jest TU I TERAZ.

 

ayahuasca 00 1eW drugiej części ceremonii
musieliśmy zmierzyć się ze śmiercią. Oboje.

Aya oczyszczała nasze dusze i ciała ze złogów, fałszywych przekonań i złych duchów.
- To nie przenośnia tylko fakt! Tak rzeczywisty, jak laptop na którym spisuje tę relację.
Zmierzenie się z siłą demonów, które wampiryzowały moje ciało, było dla mnie niewyobrażalnie ciężkie. Czułam to fizycznie i duchowo. Bolesne skurcze żołądka, lęk i totalna blokada.

Nie mogłam zwymiotować. Pomyślałam, że coś nie chce ze mnie wyleźć, że mimo miłości, jaka mnie wypełniła, trzyma się kurczowo mojej aury i ciała.

 

- Poprosiłam Jarka o pomoc.
Trzymając mnie mocno, odprawił sobie tylko znany rytuał i... puściło, odblokował, wyrzucił to ze mnie...; Kiedy spojrzałam na dno toalety, zobaczyłam że był to wielki stwór, skrzyżowanie ropuchy i pająka, demoniczne ścierwo.(...)

 

Poczułam się jak nowo narodzona,
ale to nie był koniec. Ceremonia trwała, a ja umierałam, lub raczej rodziłam się na nowo.
Zwinięta w kłębek, bezsilna, z wtulonym we mnie psem i z grzechotkami Jarka nad ciałem. - Niesamowite, jak ten szamański sprzęt oczyszcza aurę. To się czuje, fizycznie...;

Powoli, bardzo powoli nabierałam sił i wracałam.

 

Bardzo silnie współodczuwałam
cierpienie Michała, nie byłam w stanie mu pomóc, ruszyć się...

Aya powiedziała : możecie być zawsze razem, ale pewne rzeczy musicie załatwić sami ze sobą, nikt nie pomoże.
My ludzie mamy tendencję do obwiniania innych lub okoliczności, za swoje cierpienie i pławienie się w nim, bez opamiętania. Okazuje się, że to tylko nasz wybór. Nic i nikt nie jest w stanie nas zniszczyć, jeśli na to nie pozwalamy...; ale to chyba najtrudniejsza lekcja - życie.

Mogłabym napisać opowiadanie...

 

Następnego dnia,
pławiąc mnie w wielkiej miłości i pokoju Aya sprezentowała mi...; oświecenie.

Zrozumiałam tak wiele. Wiem też, że to dopiero początek drogi.
Ogólnie mówiąc już wiem, kim jestem i gdzie jest mój dom.
Czuję bezgraniczną miłość i oddanie dla mojego Michasia. Dojrzewam do podjęcia nowych wyzwań, jako nowa Ja, nowo narodzona Ja. Dostałam też wskazówki dotyczące zdrowia i wiem, że bardzo chcę wrócić na kolejną ceremonię, żeby dokończyć dzieła Ayi.

 

Dziękuję Wam najmilsi, Jarku, Aldono,
za umożliwienie mi odnalezienia siebie, dziękuję za miłość, opiekę i siłę z jaką przeprowadziliście mnie na drugą stronę.

Dziękuję Michasiu, że odważyłeś się pójść za mną i wejść w to doświadczenie, że pokonałeś lęk i otworzyłeś swoje serce.
Dziękuję Ayi za to, że istnieje i obdarza nas miłością i mądrością.
Dziękuję Wam wszystkim z całego serca.  


 

 

 

ayahuasca 0a aa4icBEATA
Krawcowa - artystka z Londynu

 

 

 

Droga Aldonko i Jarku,
jakże mocno, z prawdziwej głębi mojego serca chciałabym podziękować wam za stworzenie tak cudownie nieziemskiej atmosfery.
Przeżyłam w niej momenty nieopisanego uniesienia, spotkania z moja wewnętrzną miłością i - nareszcie - bycia sobą....

Wasza wiedza, wrażliwość i bezgraniczna miłość dla nas wszystkich oplatała nas delikatną nicią czułości, podpory i zrozumienia.

 

Byłam w domu,
w magicznej krainie gdzie wszystko jest możliwe, gdzie moje serce woła, Matka natura przytula, a niebiański Ojciec osłania swoimi opiekuńczymi ramionami...


To jest świat,
gdzie marzenia rosną, kształtują duszę, pokazują drogę do jedności i możliwość połączenia się w Całość....
Z opuszczona głową, pełna wdzięczności i pokory staję przed tym światem.
Chciałabym przy jego pomocy ulepszać nasze tu i teraz, kochać swoje zranione wewnętrzne dziecko i dzielić sie stale wypływającą, czystą, jaśniejącą miłością...

 

Wiem, że to dopiero początki,
malutkie kroczki, chwiejące się chwile, ale postawiam, że będę się podnosić i gdy upadnę, nie poddam się. Będę powtarzać lekcje i wierzyć w moje wewnętrzne ja, będę akceptowac te dobre i złe strony, ażeby zaistniała przemiana.

Tyle chciałabym dać...., ale najpierw muszę tak oczyścić i pokochać swoje serce, ażeby jakakolwiek istniejąca tam jeszcze gorycz przemieniła sie w miód. Muszę stać się silna. Nie będę juz walczyć, nie będę rozumować...
Jesteście cudowni i jeszcze raz dziękuję. Już tęsknią dotykiem Twojej dłoni i Twojego serca, Aldonko!!!
Słodkie buziaczki, no i oczywiście utulcie ode mnie wasze niesamowite dziewczyny!!!! 

 


 

 

DOROTA
lekarka

 

ayahuasca 00 1j

 

 


 

 


twarz in cognitoZADANIOWIEC

twarz z telewizora

 

 

 

... Wróciłem do mojego zagonionego świata,
ale z ogromną rezerwą i spokojem.

Mocno się sobie przyglądam. Szukam śladów Ayi i efektów jej działalności. Niezwykłe jest to, że cały czas udaje mi się je odnaleźć. Myślę, że to była najważniejsza podróż mojego dorosłego życia.

 

Kiedy wspominam dwa dni rytuałów,
dopiero dociera do mnie, jak nieodzowny jest Wasz wkład w cały proces i 6 - sty zmysł, jaki musicie posiadać, żeby ujarzmić choćby takich cudaków, jak ja.

Myślę często, skąd wiedzieliście, żeby w kluczowych momentach zachowywać się dokładnie tak, jak przewidywała potrzeba chwili. Przecież były momenty, kiedy mną nie rzucało, a cały proces odbywał się tylko w głowie.

 

Ja naprawdę stoczyłem walkę.
Mam wrażenie, które mocno pielęgnuję, że się ze sobą zszedłem, że udało mi się podziękować doradcy i skutecznie wyprawić go do innych zadań.

 

Kluczowym było dla mnie odkrycie,
że moja niby naturalna tendencja do sarkazmu, szyderstwa, żartownisiostwa czy wręcz wzgardliwego dystansu to nie ja,
tylko ON - głos zza ramienia, mówiący do mnie po wypiciu Ayi w drugiej osobie.

I tu widzę punkt przełomowy. Aldona powiedziała mi w trakcie sesji o stanie lekkiej schizy, w której się znalazłem.
Tylko, że ona była potrzebna. Jak inaczej wyodrębnić z własnej podświadomości pasożyta?

Za to jestem Ayi i Wam wdzięczny.

 

Zrozumiałem, że to nie byłem ja.
Niczym komornik eksmitowałem gościa z duszy i ciała szarpiąc się z nim niemiłosiernie. Wiedząc, że to nie ja, łatwiej było go pogonić. Mój Obcy bronił się jak szalony, ale wizyta w kręgach okazała się nieoceniona.

Moja mantra (nie wiem skąd przyszła?) stała się kluczowa i pozwoliła mi go przegnać.
Nie wiem, ile razy tamtej nocy powiedziałem sobie "jestem królem i mocarzem", to była naprawdę skuteczna broń.
Najbardziej niesamowite było słyszeć, jak "Jestem królem" zmienia się najpierw w jestem "dobrym królem" , a potem w "dobrym człowiekiem".

 

To były chwile,
kiedy pierwszy raz w życiu naprawdę szczerze, bez tej durnej fałszywej skromności uwierzyłem, że tak jest.

Król na ołtarzu plecami do swoich poddanych walczył na ich oczach targany konwulsjami, żeby udowodnić im i sobie, że jest coś wart i może ponosić odpowiedzialność za innych.
A ci poddani zobaczyli, że jest też zwykłym człowiekiem, który cierpi i walczy. Dlatego można mu zaufać.
Myślę, że poddani są metaforą ludzi, wielu ludzi do których zdarza mi się mówić. Ta walka dała mi nowe zaangażowanie w rozmowy, czucie rozmówców i wchodzenie w ich nastroje z nieznaną wcześniej łatwością. Niezwykłość tego zjawiska polega na tym, że ów proces dzieje się sam. Czerpię z siebie w sposób z jednej strony zaskakujący, bo nowy, z drugiej najbardziej naturalny.

 

Niezwykłe jest też wspomnienie
źfizjologiczno-psychicznego wyzwolenia, jakim jest haft artystyczny, który każde z nas zaliczyło przynajmniej dwa razy.

Wyrzygałem z siebie brzydkie małe istoty, piekielne bestie o niesamowitej inteligencji i... Nie mogłem się z nimi rozstać.
Pamiętacie moją uroczystość pogrzebową w korytarzu?

 

Cudowna matczyna troska Aldony
kazała jej wysłać Jarka na zwiad, co ze mną. On, gdy tylko się zjawił, jak zwykle bez stresu, od razu wiedział, dlaczego mnie nie ma i był zupełnie spokojny. Przytulałem wiadro z tym ścierwem i leżałem tam tak długo, bo nie chciałem się ze świństwem żegnać w aurze nienawiści (to był pierwszy odruch) ani z czułością, która przyszła po chwili i też nie była adekwatna.

Uzmysłowiłem sobie, że to coś udawało skutecznie, że jest mną przez tyle lat, że przeżyło ze mną tyle różnych chwil. Były okresy w moim życiu, gdy to draństwo było moim najlepszym obrońcą i doradcą. Nie miałem innego wzorca, innego systemu wartości. Był tylko ten, w który mój Obcy wpisywał się idealnie.

 

A zatem ani nienawiść, ani czułość
- żadne z tych uczuć nie mogło towarzyszyć mi podczas pożegnania, gdy miałem użyć rytualnej spłuczki :).
Rozwiązanie, które przyszło, pojawiło się tak samo nagle, jak teraz przychodzą mi do głowy idące z serca gesty, pytania czy opinie. Zdałem sobie mianowicie sprawę, że muszę tym moim potworom wyznaczyć jakąś misję (w końcu jestem zadaniowcem). Dlatego zaordynowałem, że jedynym ratunkiem dla ich złej energii jest zamiana jej na dobrą pozytywną, jasną niczym światło MOC, którą muszą zanieść w świat i przekazać. Nie mnie, ja jej nie potrzebuję, ale komuś, kto musi otrzymać taki zastrzyk.

Właśnie ta myśl pozwoliła mi spłukać wiadro i zamiast przekleństw, gestów ze środkowym palcem i złorzeczeniami, życzyć im powodzenia w wypełnieniu misji.
Może ta energia, jasna i pozytywna już krąży gdzieś po świecie i robi coś dobrego? Oby!

 

I jeszcze jedno,
nie boli mnie głowa. Pochmurny dzień, obniżony nastrój i już migrena gotowa. Tak było dotychczas. Teraz mam czasami uczucie obręczy zaciskającej się na czaszce, ale ból po nim nie przychodzi. Nie muszę pić kawy, ani zażywać tabletek przeciwbólowych. Bardzo chcę, żeby się to utrzymało. Jeszcze raz dziękuję Wam bardzo za ważny choć nie zawsze piękny (hafty i trzęsiawki) czas, jaki spędziliśmy w Holandii. Jestem Wam wdzięczny za poczucie taktu i zdrowego dystansu, którego nigdy nie tracicie. To ułatwia odnalezienie się w tej niecodziennej sytuacji.
Wracam do Was niebawem.


 

   

 

ayahuasca 0a mADRIAN
prawnik

 

 

Rytuał nr 1.
Przed pierwszym w życiu wypiciem ayahuaski mam duże oczekiwania... być może zbyt duże. W głowie wypowiedziane intencje, które rozum powtarza w kółko, a które nie pozwalają, by zagościło we mnie coś prawdziwego.

 

Z czasem dopada mnie
uczucie spokoju i rozluźnienie, jak po kilku machach trawki. Nic specjalnego. Wyśmienita muzyka przygrywa w tle, łagodzi i uspokaja. W takim pozytywnym nastroju, a jednocześnie w braku spełnionych oczekiwań kończę pierwszy rytuał.

 

Rytuał nr 2.
Koszmar!
Chwila na uspokojenie żołądka i zaczęło się! Nieustanna paplanina.
Coś lub ktoś. Czarne, wstrętne (jestem tego świadomy) wywija moim ciałem i rękoma.
Okropnie rozbolał mnie prawy bark.
Usta, na zmianę, raz się uśmiechają – i jest to śmiech szydercy, a raz wykrzywiają, wykoślawiają w nieznany mi dotychczas sposób.

 

Jest ciemno, zimno, strasznie.
To coś cały czas gada, śmieje się, czuje się pewnie w swojej roli. Nie mam pojęcia co to jest za byt i skąd się wziął. Próbuję przedrzeć się przez tą ścianę. Wszystko na nic. Wmawiam sobie, że jestem bezpieczny, że jestem wdzięczny za to, że mogę tu być, że jestem kochany. Wszystko na nic.

 

Czuję pomoc Aldony.
Dotyka mojej dłoni, wcześniej pomagając rozpleść moje ręce, które były cały czas ściśnięte razem w okolicy serca.
Jest mi trochę lepiej, ale robię się zmęczony ciągłą walką.
Aldona kładzie misę na moich żebrach. Jej dźwięk rezonuje z moim sercem, ale moc serca nie może przebić się przez tą czarną zasłonę. Cały czas moje ciało się wzdryga i wykręca na wszystkie strony.

 

Robię się coraz bardziej zmęczony.
Zaczyna boleć mnie głowa. Leżę, ale jest mi strasznie niewygodnie. To coś czuje się silne, mówi mi to wprost. Kiedy proszę, aby to odeszło, moja prawa ręka zaczyna rysować palcem jakieś symbole i coś pisze. To coś nie odejdzie. Mam z tym czymś jakiś kontrakt. Ciągła paplanina w głowie zagłuszyła nawet.

 

Czuję wsparcie
– Aldony, Jarka, Ani (córki szamanów) lub kochanych psiaków. Nie wiem kogo, ale udaje się przechytrzyć to coś. „Przepuść mnie choć na chwilę".

To coś się nie godzi. „Przecież masz kontrakt, jesteś silny i tak z tobą nie wygram. Podpisz zgodę na chwilę". Podpisał. Kiedy chcę go ominąć, on się mimo to nie zgadza – znowu pokazuje kontrakt. Ja wtedy pokazuję podpisaną zgodę. On się śmieje, że jest 1:1, ale i tak nie wygram.

 

Przez krótką chwilę
widzę siebie jako niemowlaka, czuję do siebie miłość. Widzę też dwie drogi wyboru w pewnej nieopisanej sytuacji, pierwsza – powoduje lęk i dyskomfort, co stanowi pożywienie dla tego bytu, druga – to droga harmonii i miłości.

To coś znów powraca. Ponownie robi się ciemno i wzdryga moim ciałem. Usta raz szyderczo się uśmiechają, raz wykręcają. Ręka znów coś pisze palcem – przypomina o kontrakcie.
Jestem zmęczony, boli mnie głowa, jest mi źle.

Kiedy Aldona, Jarek i Ania kończą ceremonię, to coś jest zadowolone. Ma poczucie tryumfu. Chcę jak najszybciej usnąć, aby nie czuć wewnętrznego bólu. Całe ciało odczuło te zmagania.
Po krótkich męczarniach, zasypiam. Nareszcie!

 

Sobota
Budzę się zmęczony, jak po ostro zakrapianej imprezie.
Boli mnie głowa, jest mi niedobrze, źle się czuję. Przez myśl przechodzi mi nawet myśl, aby nie pić kolejnej Ayi.
Boję się co może mnie czekać tym razem.

 

ayahuasca 0a maaAldona decyduje, że jedziemy w magiczne kręgi skalne druidów.
Jak się kazało, ta wizyta dała mi bardzo dużo.
Porzucaliśmy rolę ofiary, oznajmialiśmy nasze przywództwo w tym życiu, wytyczaliśmy granice ingerencji innych, czyniliśmy przygotowania do wewnętrznej walki oraz rozwiązywaliśmy wszelkie kontrakty, śluby, zobowiązania i umowy – z tego i przeszłych wcieleń.

Zrobiło mi się jakby lżej na duszy.
Z optymizmem czekałem na kolejny rytuał, choć ból głowy nie ustawał – nawet po wypiciu wywaru z kory białej brzozy.

 

Rytuał nr 3.
Ogólnie spokój. Muzyka koiła zmysły. Powiedziałem, że jeśli ten byt wróci, to nasze kontrakty już nie obowiązują. Ma dwa wyjścia - albo zawczasu odejść, albo przyjść i przetransformować się w miłość.
Podziałało - nie miałem już żadnych nieproszonych gości. Ciągłe przypominanie swoich intencji blokowało mi jednak spotkanie z Ayą. Powiedziałem jej wtedy, aby pokazała mi, co zechce, moim biletem w tej podróży była miłość. Przygotowując się na to co miało nadejść, w ciszy i spokoju przystąpiłem do ostatniego rytuału.

 

Rytuał nr 4.
Ayahuasca zaczęła do mnie mówić!
Opłaca się być cierpliwym i otworzyć serce. Bilet w postaci miłości otwiera niewyczerpany skarbiec doświadczeń.
Zobaczyłem siebie w ogromnej, czarnej jaskini. Wokół żarzyły się czerwone światła.
Odczuwałem niepokój, ale się nie bałem. Czułem, że jestem bezpieczny i nic mi się nie stanie.
Okazało się, że ten niepokój to konieczność nieuniknionej konfrontacji z tłumionymi uczuciami do moich rodziców.
Przeczucie podpowiadało mi, abym biegł do pierwszej wnęki jaskini;

Na środku siedziała moja mama, owinięta grubą liną z dużymi supłami.
Ściągając z niej linę, rozwiązałem supły. Wielka fala łez polała się z moich oczu – zrozumiałem jak bardzo ją kocham i jak rzadko jej to mówię.

 

Głośno płaczę.
Rozumiem, że moja agresja i wycofanie bardzo ją ranią i sama, będąc związana linami ignorancji, nie umie przekazać mi, co czuje.
To nie jej wina. Nikt z naszych rodziców nie uczył mądrości, wypływającej z rozwoju duchowego.

Przytulam ją, mówię, że ją kocham.
Łzy leją się strumieniem. Leżę na plecach i czuję w oczodołach dwa jeziora. Przechylam się, łzy spływają na poduszkę. Biegnę do drugiej wnęki w czarnej jaskini.

 

Te same sceny powtarzają się z moim ojcem.
Siedzi związany grubą liną z supłami. Rozwiązuję linę i supły.
Płaczę i żałuję dystansu, i zimna z jakim go traktowałem.
On też nie wie, jak piękny i nieskończony jest świat „po drugiej stronie lustra". Jak nieskrępowany jest ocean miłości, którą w rzeczy samej wszyscy jesteśmy.

Znajduję się z moimi rodzicami w jaskini, zbiegamy szybko po wykutych schodach na dół. Jest ciemno. 

 

Szukam w kolejnych wnękach siostry.
Początkowo nie mogę jej znaleźć, ale po chwili widzę i ją. Jest również związana. Gruba lina bez supłów.
Ściągam ją czym prędzej.
Mówię, że ją kocham i wszyscy zbiegamy kolejny raz na dół.
Jest tam kanał wodny i łódka, na którą wchodzimy.
Jest wciąż ciemno i żarzą się czerwone światła.

 

Odpływamy kanałem.
Przepływamy przez mieniącą się bielą szczelinę jaskini i wypływamy na piękny, niewzruszony ocean.
Woda jest błękitna, niebo bez chmur, świeci słońce.
Czuję się wolny, radosny, szczęśliwy, uśmiechnięty. Moi najbliżsi są ze mną.
Oglądam się za siebie i ogarnia mnie smutek. Widzę obok mnie wiele łódek z ludźmi wypływającymi, jak my, z niezliczonej ilości szczelin jaskiń, jednak wiem, że to tylko garstka w porównaniu z tymi ludźmi, którzy zostali w jaskiniach.
Zaczynam krzyczeć z całych sił:
„Wy też możecie, wy też możecie!".

 

ayahuasca 0a aa4gPojawia się Aldona.
Jej pełne miłości dłonie dotykają mojej szyi i gardła.
Czuję ciepło i spokój.

 

Aya pokazuje mi
jak z miłości moich rodziców zrodziłem się ja. Mały szkrab.
Patrzę na siebie. Ogarnia mnie miłość i współczucie do tej małej istoty.
Widzę jak rosnę. 2, 3 latka, podstawówka, szkoła średnia.
Zaczynam płakać. Czuję, że ja sam nie okazywałem tej istocie miłości, nie lubiłem sam siebie. Przytulam siebie samego w różnym wieku, daję sobie miłość.
Szlocham, łzy wylewają się jak z wodospadu.

 

Czuję się wolny.
Jakbym zrzucił z siebie grube łańcuchy i kajdany.
Moja intencja została wysłuchana.
Już wiem, że po to przybyłem na spotkanie z Ayą i to był główny powód, dla którego wszechświat zaaranżował nasze spotkanie.

Kiedy to piszę znów pojawiają się łzy. Przypominam sobie tamte chwile. Czuję się świeży, oczyszczony i wolny.
Już teraz wiem, że kiedy kocham siebie, kocham bezwarunkowo tą biologiczną istotę, już nic nie może mnie zranić i skrzywdzić.
Odpada lęk przed krytyką, porażką, działaniem.
Bez względu na to, co się stanie, ta miłość do samego siebie jest już wystarczającą przesłanką szczęścia. Miłość jest szczęściem, a my jesteśmy miłością.

Wszystko inne jest wycieczką do wesołego miasteczka – raz uda nam się wygrać pluszaka na strzelnicy, innym razem nie. Nie należy się tym przejmować. Jest tam przecież wiele innych atrakcji, z których możemy czerpać radość.

 

ayahuasca 0a maLeżę, z moich ust nie schodzi uśmiech.
Ukazuje mi się krótka, acz wyraźna wizja, że my - ludzie jesteśmy zbudowani z kryształów.

Patrzę na swoją rękę, widzę że zbudowana jest z niezliczonej ilości kryształów ułożonych obok siebie. Nie widzę skóry ani kości, widzę kryształy.

 

Kolejna wizja
i spełnienie kolejnej intencji. Widzę, że jestem w jakimś korytarzu z wieloma salami wykładowymi.
Mam czegoś wysłuchać w każdej z sal. Lekko odchylam drzwi pierwszej z sal i - o dziwo - widzę tam siebie i dwóch obcych – są chudzi i bardzo wysocy. Oni stoją po jednej stronie stołu, ja po drugiej.
Widzę hologramy jakichś obracających się układów słonecznych i galaktyk, na modelach których coś jest mi tłumaczone.
Kiedy obcy orientują się, że drzwi są uchylone i podglądam co się tam dzieje, natychmiast każą wyjść i je zamknąć.
Obserwuję jeszcze siebie przechodzącego do drugiego pokoju wykładowego i wizja się kończy.
Do przekazanej wiedzy nie mam dostępu. Mam nadzieję, że ujawni mi się ona w odpowiednim momencie.

 

Pojawia się kolejna wizja.
W kręgach druidów przygotowywałem się do walki, zgodnie ze wskazówkami Dusi.
Teraz jestem silnym i wielkim wojownikiem, który grubą maczugą rozgania jakieś czarne stwory, bijąc je, bez lęku na lewo i prawo.
Chwila wyciszenia i spokoju. Teraz przychodzi odpowiedź na kolejne pytanie. Dlaczego w mojej głowie pojawia się często myśl o pewnej kobiecie. Akurat w tym momencie gra piosenka, której słowa to treściwa odpowiedź. Zadziwiająca synchroniczność, choć wiem, że tu nie ma przypadku.
Już rozumiem wszystko.

 

Teraz kolejna wizja i niezwykły spektakl seksualności.
Coś niesamowitego, całe ciało jest w to zaangażowane.

Jestem przywódcą jakiegoś plemienia, wojownikiem. Jutro szykuje się bitwa.
Kobieta z tej wizji wie, że na głębszym poziomie świadomości jesteśmy pasującymi do siebie puzlami.
Jest noc, leżymy w namiocie, zaczynamy się kochać, tak mocno jakbym jutro już miał nie wrócić z bitwy.
Jesteśmy jednym ciałem i duchem. Jesteśmy jedną świadomością. Wydaje się to tak realne. Czuję przyjemne dreszcze na całym ciele.
Nie chcę, żeby to się skończyło. Przyjemność, której nie da się opisać słowami.

 

Rano z towarzyszami wyruszamy na wojnę.
Kobiety żegnają nas czule, dzieci machają na pożegnanie.
Dochodzimy do czarnej ściany, jakby granicy ze światłem. Granica dobra i zła.
Bezpośrednio ze światła tworzą się miecze, które dobywamy.
Tnę swoim tę czarną „flegmę" nieprzerwanie, bez lęku, ile mam sił.
Kiedy czuję zmęczenie wracamy do wioski z poczuciem wygranej, choć mam wrażenie, że nie wszyscy z nami wrócili.
Teraz ja odczuwam to, co czuje moja kobieta z tej wizji. Nie wie, czy wrócę z bitwy, lękliwie wypatruje powracających wojowników. Kiedy widzi mnie, biegnie, rzuca mi się w ramiona.
Pozwalam wszystkim moim wojownikom się bawić i radować tego wieczoru.

 

Ja wracam z moją kobietą do namiotu,
kochamy się. Jest mi tak dobrze, nie chcę mi się spać, chcę doświadczać tego stanu, ile mogę. Usta mi się uśmiechają. Nigdy w życiu nie czułem się tak wspaniale.
Trwam w tym stanie dopóki nie zmaga mnie sen.

 

ayahuasca 0a mbW niedzielę wstaję wypoczęty, lekki, uśmiechnięty.
Dziękuję Aldonie, Jarkowi, Ani  - za miłość i pomoc w zmaganiach z samym sobą.
Dziękuję dwóm cudownym i mądrym psiakom – Lamie i Guci.
Nie raz czułem ich oddanie i poświęcenie, kiedy kładąc się i tuląc do nóg, ściągała ze mnie negatywne energie.
To niesamowite, jakie to mądre istoty!
Gucia po raz pierwszy została na Sali po rytuale i spała przytulona do moich nóg.
Za okazaną mi miłość, obiecałem, że jeszcze ją odwiedzę :)

Dziękuję Wam!


 

 

 

ayahuasca 0a aa4cANIA
piękna kobieta i zmęczony przedsiębiorca

 

 

Podczas pierwszej sesji
próbowałam otworzyć serce i - pyszna ja - pomóc innym. Ehh...próżność...
Niemal od razu poczułam, że zamiast gorącego serca, pełnego miłości gotowej obdzielić pół świata, mam gdzieś głęboko, w czeluściach klatki piersiowej dwa suche, czarne kamienie.

Nijak nie byłam w stanie ich "ożywić".

 

Zaczęłam cofać się pamięcią wstecz.
Szukałam momentu, kiedy zostałam tak zraniona, że serce postanowiło tak tragicznie się zapaść i zmarnieć.
Przeszłam wszystkie związki... dzieciństwo...i nie! To nie było to.

 

Dopiero w następnej sesji
przyszła do mnie informacja, że.... Zaprogramowałam się na śmierć.
Rzeczywiście, ogrom stresu, związanego z prowadzeniem własnej firmy i niemożności ucieczki od odpowiedzialności doprowadził do tego, że często myślałam sobie, jak cudownym uwolnieniem byłby wypadek, a nawet śmierć...

Myślałam o tym tak często, że moja podświadomość zaczęła ten program realizować.

 

Kiedy to zrozumiałam,
wszystko stało się jasne. To, ze ostatnio wciąż było mi zimno, szczególnie w stopy i dłonie, brak energii i apatia, zaniki pamięci, niemożność prawdziwego odczucia miłości do mojego nowego mężczyzny, brak zainteresowania duchowością...

Na poziomie energetycznym moje serce zaczęło obumierać jako pierwsze i czułam również bardzo mocno niszczejący umysł.
Co najbardziej przerażające - nie miałam nawet energii, by z tym walczyć!
Próbowałam pracować sercem, słać światło do mózgu, ale mój organizm nie odpowiadał....

 

ayahuasca 0a aa4haaByło mi tak zimnooooo,
że musiałam okryć się czterema kocami...
Czułam, że faktycznie zaczynam umierać. Ostatkiem sił wezwałam moich przodków, szczególnie bliskiego mi dziadka, siły natury, nadświadomość i moich przewodników...
- Po chwili zrozumiałam , że oni też ze mnie zrezygnowali.
Poczułam się bezsilna...
To był powolny proces umierania i nie mogłam uwierzyć, że sama to sobie zrobiłam.
Chciałam uciec, nie podejmować jutrzejszych sesji...Bo i tak nie ma dla mnie ratunku!

Zdołałam tylko afirmować koniec pragnienia śmierci i chęć życia.
Powtarzałam w kółko "Dziękuję, że tak się JUŻ stało" i wyobrażałam sobie zniwelowanie poprzedniego programu.

 

Zaczęły się torsje.
Zwymiotowałam na koniec mały, ostry kwadracik, jak małą szkatułkę i zaraz przemknęła myśl: "Program Samozagłady".

 

Dopiero nazajutrz zrozumiałam,
że to jest właśnie powód mojego przyjazdu! Gdyby nie aya, proces zapewne by się urzeczywistnił wypadkiem czy którąś z "ulubionych" chorób cywilizacyjnych. - Postanowiłam walczyć.

 

Trzecia sesja
uświadomiła mi, że program został zniszczony, powinnam więc zabrać się za odbudowę swojego organizmu, serca, uczuć.....

Bardzo długo nie czułam nic...
Miałam wrażenie, że w sumie serce już działa, że reszta to długi proces i nie powinnam spodziewać się cudów.

 

ayahuasca 0a aa4habI wtedy podszedł Jarek.
Kiedy przyłożył mi rękę w okolice brzucha i głowy, czułam na poziomie fizycznym energie rozbiegające się od jego dłoni aż do koniuszków moich palców...

Byłam przekonana, że każdy musiał widzieć te małe, świetliste rurki przebiegające przez całe ciało.

 

Czułam też,
jak ze mną rozmawia myślami.
Kiedy się w nie wczuwałam, wyobrażenia były kosmicznie piękne, kolorowe, kwieciste...i...proste...żadnego drugiego dna..

"NIE MYŚL...CZUJ...."
Gdy wracałam myślami do siebie, momentalnie obrazy były naprzemiennie czarno-białe.

 

I znów troszkę kolorowe.
Nie tak radosne i niezwykle harmonijne, jednak będące jednością z myślami Jarka. Ostatnim jego przekazem było: "Z umysłem pracuj sama, do roboty... Ja tylko rozpędzę perpetum mobile".

 

Pomyślałam sobie,
że musi być niesamowicie, widzieć świat jego i Aldony oczami.
Harmonijny, niezwykle piękny i wolny od zbędnych, zawikłanych myśli. I wtedy zrozumiałam - Jarek i Aldona są oświeceni!! Tylko takie osoby mogą odsunąć na bok te niesforne, wracające wciąż , męczone obrazy naszego życia, te zatruwające czarno-białe mysli i mieć przed oczami i w umyśle tak piękne uczucia, tak wolne od rzeczywistości. RZECZYWISTOŚCI NIE MA, JEST TYLKO UMYSŁ.

Po chwili nie mogłam już przeniknąć nigdzie indziej. Byłam w umyśle, realny świat nie istniał...

 

Kiedy Jarek odszedł...
Zostałam zawieszona w stanie "tylko-czucia" - nawet nie mogłam zacząć myśleć, nie było takiej potrzeby.
Tylko piękno i harmonia. I w tym momencie wzleciałam....

Cały mój organizm przeniknęły energie... Złote , harmonijne rzeki świateł wlewały się w każdą żyłę, unosząc mnie nad ziemią... Emanowałam światłem, które po prostu musiało oświetlać całą salę, rozprzestrzeniać się, jednocześnie wirując wokół mnie i uzdrawiając każdą, pojedynczą komórkę... - To było niesamowite!!!!!

 

Bezwiednie uśmiechałam się ,
zupełnie nie swoim, cudownie dziewiczym, dziewczęcym uśmiechem, wzdychając z rozkoszą dźwiękami,
które należały jakby do nowej mnie... Czystej, przepełnionej kosmicznym ciepłem, światłem i miłością.
Miałam wrażenie, że wokół płynęły delikatne wróżki, pilnujące całego procesu....
Wibrowałam prawdziwą, dziecięcą radością....

 

Po chwili zaczęłam lekko się krztusić.
I momentalnie, wprost do płuc, świetlnym strumieniem wpłynął do mnie ogrom powietrza, wprost z kosmosu.
Uniosłam się, by zaczerpnąć pierwszy, głęboki oddech w moim nowym życiu, oddech zarówno życia, jak i wiedzy.
Otrzymałam trzy tak głębokie oddechy i od tamtej chwili moja klatka piersiowa jakby uwolniła się z trzymających ją obręczy.

Zaczęłam oddychać prawdziwie, głęboko, bardzo głęboko...
czując, jak każdy oddech przybliża mnie do prawdziwego życia, jak z każdym oddechem pobieram nauki, radość i całą energię życiową.
- TO BYŁY MOJE NARODZINY.

 

Miałam wrażenie,
że wszyscy na sali przyglądają mi się, że brali udział, pomagali mi w tym procesie i teraz radują się razem ze mną, spoglądają na swoje nowe dziecko. Czułam się tak kochana , piękna i doskonała, jak nigdy.....

 

Pomiędzy trzecią a czwartą sesją
byłam cały czas w ayi, doświadczałam nowego, uzdrawiającego oddechu, uczyłam się go na nowo, wciąż jeszcze nieporadnie napełniając płuca.
Ostatni łyk napoju wprowadził mnie w okres nauki i zabawy. Poczynając od odrodzonego kokonu, małego, rozkwitającego pąka kwiatu, przez zadziorną dziewczynkę, czułam się, jak... Oh!
Nie myśleć, nie analizować zbyt dużo, wchłaniać radość, miłość i harmonię.
Czułam niemal nad głową blokadę od nad-świadomości i...Jarka,
żeby nie wpadać w wir niepotrzebnych myśli, zawiłości, jakie czekają nas w zewnętrznym świecie... Że powinnam teraz korzystać i wchłaniać piękno... Jak ufne dziecko.

 

ayahuasca 00 1hWalczyłam z sobą
i swoją pychą, próbując przesłać wszystkim miłość z serca,
ba- uczyć ich i pomagać.... podczas gdy cały czas dostawałam informację,
że TERAZ JA.
NAJPIERW POMÓŻ SOBIE, PÓŹNIEJ MOŻESZ POMYŚLEĆ O RATOWANIU ŚWIATA..:)


Ostatnią sesję
spędziłam przy moim mężczyźnie,  który z racji przeżywanej traumy potrzebował ogromu miłości.
Przerabiałam przy nim  okres młodzieńczy, miłość, oddanie, szacunek, a w końcu i... Wiedzę.

Na koniec procesu otwartymi oczyma śledziłam fraktale i strzelające zewsząd energie, mając niesamowicie silne przeczucie, że oto otrzymuję wiedzę, potrzebną w nowym życiu. Wiedzę, której nie muszę teraz rozumieć. Jej zrozumienie przyjdzie, gdy nastąpi taka potrzeba.


 

 

 

ayahuasca 00 1iLUBA
Ukrainka z Holandii

 (Nie koryguję błędów dla szczególnej melodii języka.)

 

 

Nie wiem od czego mam zacząć,
bo to co przeżyłam jakoś ciężko powiedzieć słowami czy opisać na papierze, ale spróbuję...
Moje życie wcześniej wyglądało bardzo szare. Jakieś takie aby do lata, a później do zimy i właśnie nic w tym nie było.
Codzienność nic nie przynosiła; praca, dom i taka pustka.  Nawet sobie nie wyobrażała, że to wkrótce się skończy.
I tak się stało.

 

Po ceremonii
wszystko wokół mnie zmieniło się, a najbardziej ja sama.
Wyrzuciła z siebie wszystko, co tak naprawdę nie dawało mi żyć: złość, zazdrość, smutek, strach i obawy.
A w zamian wypełniłam się wielkim Dobrem i Miłością.

 

I czuję, jak to we mnie żyje.
I to je takie piękne i razem z tym przychodzi takie wielkie szczęście!!!
Więc czego więcej trzeba w życiu kiedy w Tobie Miłość, Dobro i Wielkie Szczęście?

 


 

 

 

ZOSIAceremonia186
opiekunka ludzi starych ze Szwajcarii 

 

 

 

Zaczęło się od tego,
że podczas medytacji prosiłam o pokazanie mi właściwej drogi mojego życia.

Dostawałam zawsze tą samą odpowiedź: nic nie musisz robić... pracuj miłością!
Pewnego dnia koleżanka zadzwoniła, że Aldona i Jarek mogą mi pomóc w zrozumieniu samej siebie.

 

Działałam zdecydowanie
i po kilku dniach znalazłam się u nich w domu, m.in. w towarzystwie sympatycznych panów; jeden był dyrektorem sporej firmy, inny wolnym ptakiem.... - Każdy z nas przybył z innego świata.

 

Natychmiast został stworzony
niezapomniany klimat. Nie boję się tu użyć słowa: wspólne bytowanie w miłości.
Tak, to było coś niesamowitego! Byliśmy ze sobą jak jedna rodzina. Wspomagaliśmy się na każdym kroku i dzieliliśmy się swoimi doświadczeniami.

 

Podczas diety zapoznaliśmy
się z podstawowymi prawami świata wewnętrznego, a wieczorem wyjechaliśmy do Holandii.

 

Pierwszy dzień ceremonii
był dla mnie dniem totalnego oczyszczenia. Pokonywałam stare programy i inne narzucone mi ograniczenia, tak mocno zakorzenione w moim wnętrzu.

Ból głowy był oznaką, że się oczyszczam. Oczy i okolice trzeciego oka rozrywały głowę...
Przyszła do mnie Aldona. Za pomocą dotyku i słów miłości pomagała rozerwać pętające mnie łańcuchy... Czułam dotyk anioła....
Czułam ruch w całym ciele, które wyrzucało z siebie ciemne energie.
W obrazach pojawiały się wszelkiego typu szare i ciemne robaki. Mało ciekawe widoki. Ba! przerażające. I to wszystko tkwiło we mnie, a ja to nieświadomie pielęgnowałam.

 

ayahuasca 0a aa4dNastępny dzień był radością...
Obudziłam się lżejsza.

Pobyt w kamiennych kręgach pomógł mi oczyścić się totalnie. Zrzuciłam z siebie i skasowałam wszelkie śluby, przysięgi i przyrzeczenia. Poczułam się pierwszy raz w życiu wolna... Chciało mi się fruwać...

 

Wieczorna ceremonia
była pobytem w Raju... Bajeczne kolory...cisza...muzyka serca...miłość.. - Byłam wszystkim, co JEST. - Wszechogarniająca radość..., szczęście... Obrazy...wizje...wdzięczność.

Zobaczyłam, co moja dusza pragnie jeszcze doświadczyć i w jakiej kwestii robiłam błędy.
Otrzymałam osobiste przesłanie, dotyczące moich intymnych spraw.

----

Pracuję teraz nad sobą, staram sie żyć w miłości.
Niesamowite przeżycia pomogły mi zrozumieć moją rolę w tym ziemskim życiu.
Samo uczestnictwo w rytuałach ayahuaski zostało zapisane w moim sercu tęczowymi kolorami i tęsknotą powrotu do tych magicznych chwil. Słowa nie potrafią opisać tych przeżyć... - dla mnie to kwantowy krok do przodu.

Pozdrawiam wszystkich, czytających ten tekst.


 

 

 

ayahuasca 0a aa4aJULIUSZ
zwany SZWEJKIEM

 

 

...Było to dla mnie jedno
z najważniejszych - jak nie najważniejsze - doświadczenie w moim życiu.

Szarpnęło i zadźwięczało we mnie taką muzyką,  która już nigdy nie przestanie grać.
Jestem jak małe dziecko, które uczy się podstaw gry na instrumentach. - Teraz na etapie kołatki.
Wybijanie rytmu przychodzi mi coraz łatwiej ;)
Mam w sobie tak wielkie pokłady miłości, kocham ten
stan.
Poczułem ten spokój i miłość u Was. Naprawdę, Aldono, wiesz, co mówisz, że na cokolwiek innego szkoda czasu!!!

 

Po co wiedzieć,
jak działa czarodziejski dywan, lepiej się nim przelecieć i poczuć wiatr we włosach :) :)

 

To co się ze mną dzieję TERAZ
nie umiem już tego nawet wytłumaczyć słowami. Więcej teraz czuję niż myślę.
Kiedyś myślałem, że mój umysł jest na tyle silny, że dam sobie radę ze wszystkim. Lecz umysł, ciało, czas - to tylko złudzenie.
Teraz to wiem. Muszę się ich trzymać, by odegrać swoją rolę na
ziemi. 

 

Zaczynam zauważać manipulację ayahuasca 0a aa4b
czegoś, co ma puste oczy - tak to czuję.
To coś nie jest w stanie żyć bez Naszych złych emocji, bez nienawiści, zazdrości, uległości i strachu. - Straszy coraz usilniej, gdy tylko twa świadomość wzrasta, biczuje emocjonalnie, zapędza w ciemny róg, upadla. ALE ....
- co najważniejsze -
BOI SIĘ MNIE, MNIE PRAWDZIWEGO, ODDANEGO, KOCHAJĄCEGO I OTWARTEGO NA MIŁOŚĆ :-)

 

Choć nie wszystko
tworzy w mojej głowie jasny obraz, to czuję, że jeszcze za naszego życia będziemy
świadkami rzeczy wielkich, takich, o których nasze serca śniły zawsze.
Nie mogą się go doczekać.
Gdy nastąpi, wszyscy będziemy wiedzieć. Jest jeszcze dużo do zrobienia.

 

Coraz bardziej zaczynam rozumieć moje wizje.
Jak wiele pokazała mi Gaja. Dziękuje jej ze szczerego serca, że zerwała mi z oczu kotarę, ciemną i zakurzoną.

 

Pamiętasz jak się męczyłem,
tak dużo mi pomogliście - było tam tak wiele bólu, że trudno było to wytrzymać, ale zarazem tak wiele oddania i miłości.
Była to również potężna siła braterskiej miłości.

 

Muszę o tym Ci napisać,
bo jest to jak mantra, którą muszę komuś kochanemu przekazać.
Czułem się, jakbym posiadał w sobie klucz gdzieś w sercu głęboko ukryty do armii przepięknych cudownych istot,
które połączone były ze mną w wielkim kokonie ze światła.

Wszyscy połączeni byliśmy strużkami światła, ale tak jakby ten kokon zarazem był więzieniem.
Opanowała mnie chęć uwolnienia każdego tego stworzenia boskiego kosztem nawet własnego istnienia.

 

Czułem wielki ból narodzin czegoś
czarnego, jakby embrionu smoka. Ranił mnie bardzo, napinał mi skórę, próbował zniszczyć mnie, gdybym nie chciał dalej spełniać jego woli.
Wiedziałem, że muszę się rozpaść, by powstać na nowo.
To jakby wspomnienia - jakby się to działo, a zarazem dzieje.

 

Nie boje się już.
Dużo rzeczy czysto karmicznych uwolniło się ode mnie wtedy, gdy zapytałaś mnie przy Waszym drzewie, czy chcę uwolnić przykre wspomnienia. (...)

Chciałem prawdy więc ją dostałem.

 

Wspominam serduszka dwóch bokserek,
tak przepełnione miłością, jakże inne od tego, co w ludzkich sercach. Inny poziom postrzegania rzeczywistości,
hasanie wraz z
nimi po łąkach, bycie jeleniem, wilkiem, ale też mitologicznym minotaurem...
Gaja uczy szacunku do każdego stworzenia i nadaje wartość każdemu życiu.


 ....

Po pewnym czasie...
(...) Za bardzo chciałem szybko wszystko zrozumieć.
Dostałem wiele przekazów, aż głowa bolała. Myślałem w pewnym momencie, że zwariuję.
Przecież to wszystko to ja, prawdziwy, JAM JEST. Mogę być wszystkim i każdym, ale po co mi to teraz - ta wiedza, ta moc?
Przecież właśnie z tego wszystkiego zrezygnowałem dla zanurzenia się w prostym, cielesnym skafandrze, by poznać najprawdziwszą z prawd - "praktykę".

 

Umysł, który nam towarzyszy
tu i teraz jest zbyt prosty i ograniczony, by to wszystko przełknąć.

Dopiero teraz wiele rzeczy do mnie dociera zaczynam je rozumieć i czuć. - Na to wszystko potrzeba czasu, bo do wszystkiego trzeba dojrzeć. Zaczynają mi się po woli dopiero teraz objawiać moi przewodnicy duchowi.
Mają w sobie tyle cierpliwości- kocham ich.

 

Tam, gdzie jest miłość,
każde - nawet najmniejsze we wszechświecie istnienie - jest brylantem.

 

Pomału zaczyna mi brakować paliwa.
Czuję, jak światło, które paliło się we mnie potężnym płomieniem, dogasa. Potrzebuję czasami wsparcia, którego nie mam.
Kocham moją żonę, ale ona nie jest w stanie
wesprzeć mnie na mojej drodze.
Nie mam sprzyjającego środowiska. Praca wymusza ode mnie kontaktu z różnymi ludźmi
- najczęściej to szare matryce, wydmuszki, pozbawione ludzkich uczuć marionetki.
Uwikłani są w swoje wewnętrzne sprzeczności, sprawy i schematy zachowań. - Tam gdzie jest miłość,
widzą słabość, tam gdzie jest spokój, widzą egoizm, tam gdzie jest zrozumienie i chęć pomocy, podejrzewają coś złego.

 

Na pewno łatwo jest iść w szeregu,
łatwiej jest być ślepcem, lepiej głosić ogólnie przyjęte tezy.
Jednak, wbrew wszystkiemu nie można zamykać się na ludzi. (...) Uczę się żyć, kierując się przede wszystkim sercem
i tak na prawdę to w cale nie jest takie trudne :)

 

Praca nad samym sobą
stała się moim najciekawszym zajęciem.
Szczególnie, że widzę i czuję więcej. Zaczynam dostrzegać złe (a zarazem te piękne) energie.
Musiałem nauczyć się tworzyć wokół siebie ochronny balon energetyczny, ponieważ zacząłem zbyt dużo widzieć (a raczej czuć).
Nie zawsze
jest to dobre, powiedziałbym, że najczęściej są to duszne, gęste, ciemne energie.

 

U Was czułem się tak lekko,
nic mnie nie ograniczało, nie dusiło z zewnątrz.
Gdy wracam wspomnieniem czuję błogość, spokój, siłę i poczucie bezpieczeństwa.
I wszystko, co mówiliście , sprawdza się.
Mówiłaś, ile dobrej energii wchłonął ten domek ceremonialny. Miejsce ceremonii jest jak łono matki - przeżywamy samych siebie na nowo. To takie oczyszczające i cudowne.

 

Czasami podczas medytacji
jestem z Wami. Staram się wtedy przesyłać Wam jak najwięcej czystej, świetlistej energii, byście nieprzerwanie mieli siły do pracy.
Jak tylko zamknę oczy, w Waszym domu rośnie wielkie drzewo, korona szczelnie wypełnia sufit - jest gęsta i zielona,
korzenie oplatają wszystko delikatną mgiełką w kolorze ciepłego, jasnego różu,
wśród korzeni wystają bardzo stare kamienie z jakimiś znakami, cała podłoga jest
jakby dyskiem, półmiskiem. Namalowane są na nim okręgi z dziwnymi znakami.
Dysk ten emituje energią przypominającą siatkę - tak zawsze widzę Wasz dom :) Kocham Was.


 ....

 Po kolejnych sesjach...
Zmieniam się coraz szybciej, a robię jakby mniej - tak to widzę. Wszystko przychodzi mi bardziej naturalnie. Coś odchodzi, coś innego przychodzi i nie ma żalu. Odczuwam spokój, nie
boję się, mniej strachu - więcej zrozumienia.
Zmienia się świat wokół mnie. Umacnia mi się intuicja, pomaga mi bardzo w wyborach.

 

Mam coraz silniejsze wrażenie,
że nasze spotkania mają na celu mój powrót do domu. Nakreśla mi się powoli obraz bycia wszystkim (dosłownie) i zarazem niczym.
O czy bym
nie pomyślał, tym się staję i tym się czuję.
Chcę się przebić przez tę bańkę mydlaną i pofrunąć w czystą nicość.

 

Mam odczucie,
że jesteśmy dla tych wszystkich istnień w subtelniejszych miejscach i wymiarach bohaterami.
Nie zwlekaliśmy z decyzją, by skoczyć w nieznane i zanurzyć się w zagęszczonym świecie, który może mocno sponiewierać.
Bronimy tu i teraz wszystkiego, co dla Nas cenne i co jest dziełem Naszych rąk.
Jesteśmy żywym dowodem doskonałości boskiej w najmniejszym tchnieniu. Z Naszych
doświadczeń korzystają nieskończone zastępy cudownych istot.
To piękne, czuć tę miłość i wdzięczność.
Poprzez indywidualność i odcięcie od źródła, sami musimy odrobić własną lekcję.

 

Byłoby łatwiej,
gdybyśmy przypomnieli sobie wszystko, czego zdążyliśmy się nauczyć :)

Do tej pory myślałem, że pozbawieni jesteśmy całej Naszej wiedzy, a tu wszystko wraca.
Dzięki ukierunkowaniu się na miłość - tu dziękuję Wam bardzo - tak wiele mi pomogliście.

 

Czasami zastanawiam się,
skąd wiecie, co zrobić w danym momencie - te bębny, pomoc przy złożeniu broni i zbroi.
Działo się to
z istotami, które nie znały niczego innego niż walka, ale ugięły się przy czystej miłości i wszystkie kroczyły za jej śladem.
A była ich masa.

 

ayahuasca 0a aa4Nie mogę znieść cierpienia innych.
To tak jakbym przybył tu z taką misją, by uwalniać przestrzeń od cierpienia.
Widzę wszędzie te zawirowania energii, wspomagają mnie swoją wiedzą istoty z innych wymiarów (lub są to moje wcielenia).

 

Tego nie wiem,
bo łącząc się z taką istotą, staje się nią. Więc
nie ma różnicy, czy nią byłem czy jestem czy będę, ważne ze mogę pomóc innym, wykorzystując wiedzę, zwartą w tym połączeniu dusz. Czyżbym miał tak wielką odporność daną mi od Kreacji?

 

Ostatnia ceremonia
była dla mnie bardzo oczyszczająca, zwróciłem się ku światłu odczułem to w wielu
płaszczyznach.
Byłem na "dywaniku" i obradowała nade mną jakaś rada, złożona z wielu różnych istot.
Rozmawiałem z Nimi bez żadnego zażenowania - tak, jakbym był na spotkaniu z przyjaciółmi.
- Mówili mi o wielu rzeczach, ale jedna mi utkwiła w pamięci, że jest na naszej planecie nie odkryta lub strzeżona dobrze jaskinia
z wiedzą wszystkich znaczących, ziemskich cywilizacji.
Jest to skarb dla tych, którzy zwrócą się ku światłu.

 Istoty o wyższym rozwoju
pomagały mi pozbyć się wielu zanieczyszczeń, otwierały mi głowę i czułem ich cudowną pracę.
Naprawiali mnie i oczyszczali. Byli ze mną cały czas.
W ubikacji dodawali mi odwagi, bym nie bał się odrzucić złe energie, które sam stworzyłem. (...)

 

Każde spotkanie z Ayą jest zupełnie inne.
Prawie nie medytuje, znaczy się nie tak często, jak wcześniej. Myślałem: to źle, ale... nie.
Wszystko teraz przychodzi mi bardziej naturalnie bez potrzeby siedzenia i czekania. Naturalnie przychodzą do mnie różne uczucia i wizje.

 

Na ostatniej ceremonii
przypomniałem sobie tą cudowną miłość, która płynie nie zmierzoną ilością kanalików i reaguje na dźwięki duszy.
Dusza kocha czyste boskie dźwięki i rozświetla reagując w ułamkach sekund wszystko dookoła, zapierając oddech.
Myślałem że się uduszę z tej rozkoszy, jak uderzaliście w misy obok mnie.

 

Dobrze czuje się wśród kamieni, kryształów.
Aya pokazuje mi tak wiele i wiem, że to jestem cały ja - nie jednoznaczny, nie zaszufladkowany, inny niż to, co zostało mi wtłoczone do głowy w tym wcieleniu.
Jesteśmy doskonali i teraz rozumiem, dlaczego lepiej patrzeć na wszystko, co otrzymujemy z niepamięci przez miłość. Bo nią jesteśmy i łatwiej znaleźć spokój dla umęczonej duszy.

 

Głęboko medytując
objawia mi się ostatnio wokoło siatka. Widzę ją przy otwartych oczach - jest żółta i ma

kształt przypominający plastry miodu. Nie wiem, co to jest.
Poza tym układam w dziwny sposób ręce, poprawia to przepływ energii w ciele. Robię to bezwiednie. Prawdopodobnie coś stara się obudzić we mnie. 


 

 

 

ayahuasca 00 1lASIA
z Londynu

 

 

Zaczęło się od bełkoczącego umysłu,
który skutecznie, przez cały czas utrudniał mi kontakt z Ayą. Zapętliłam się okrutnie, jakbym przerabiała ciągle w kółko to samo.
Dawano mi do zrozumienia, że nie łapię sensu przekazu.
Na szczęście po jakimś czasie się zorientowałam i udało mi się wybrnąć z tego marazmu:)

 

 

Następnie Aya
rozłożyła moje myśli na czynniki pierwsze.
Miałam przed oczami mój cały proces myślowy. Widziałam, dlaczego myślę w ten a nie inny sposób i do czego takie myślenie zmierza.
Tak poznałam PRAWO PRZYCZYNY I SKUTKU.

Następnie moje myśli zostały bardzo sprytnie spakowane do złotego obracającego się sześcianu, połączonego złotymi nićmi z milionami innych na tle Wszechświata!

 

ayahuasca 00 1laUsłyszałam głos:
"patrz To jest Twój świat. Każdy ma własny i tylko od Ciebie zależy, jak będzie wyglądał Twój". Nawet wymyśliłaś to, że jesteś teraz tutaj.

- No dobra! Wymyśliłam, ale co to znaczy?
- Odpowiedź dotarła do mnie z opóźnieniem.
- No tak! Pierwsza myśl, potem materializacja. :)
NIESAMOWITE!
Zobaczyć na własne oczy to, o czym się tyle czytało!

To była łagodniejsza część sesji.

 

Nie pamiętam,
jak to się stało, że tak diametralnie zmieniły się obrazy, zapewne za sprawą jakiejś głupkowatej myśli znalazłam się w najmroczniejszych zakamarkach mojej duszy.

Koszmar!

 

Próbowałam jakoś sobie pomóc,
ale nie wychodziło. Nie miałam sił.
Czułam, jakbym kompletnie nie miała wpływu na to, co się dzieje,
że po prostu muszę na to patrzeć!

Miałam wrażenie, że oglądam horror psychologiczny na wideo w trybie przewijania (niestety pilot zaginął gdzieś w akcji.)
To były moje własne dobrze mi znane myśli, lęki ,uczucia zepchnięte i zapomniane, moje wyobrażenia o sobie samej...

 

Szamotałam się dość długo,
aż w końcu poddałam się bezsilna, przekonana, że to już koniec, umieram. Pogodziłam się z tym piekłem, które sama sobie stworzyłam i... obudził mnie głos "Sw. Mikołaja" (Jarka)

Następnego dnia do sesji Aldona mnie przekonała, zresztą słusznie, bo nie byłam pewna, czy to dobry pomysł po przejściach z poprzedniej nocy.
Bardzo się bałam.

 

ayahuasca net plProsiłam o miłość i światło.
Aldona trwała wtedy przy mnie, naprowadzając mnie na miłość (dziękuję Ci za to!).
Pomogła mi zrzucić bardzo ciężki łańcuch lękowców.
No i tyle z tego pamiętam.

 

Co się działo później,
pozostaje dla mnie zagadką.

Tak, jakbym po prostu zapadła w głęboki sen i przebudziła się po jakimś czasie, w ogóle go nie pamiętając.
Ocknęłam się, mając Aldonę z jednej strony, a Jarka z drugiej.
Z mojej perspektywy wyglądało to niemal na reanimację, tyle, że czułam się szczęśliwa, czułam potężną miłość.
Byłam dziwnie pewna, że dowiedziałam się wszystkiego, czego potrzebowałam się wtedy dowiedzieć. Podejrzewam, że zaszła jakaś "instalacja programu".
I tak też się czuję :).

 

Pierwsze, co powiedziałam o poranku po sesji było:
"czuję się, jakby metalowa klatka spadła mi z głowy".

 

Naprawdę nie wiem,
jak mam dziękować za to, że miałam okazję tego doświadczyć. Czasem płakać mi się chce ze szczęścia.

Z dnia na dzień rozumiem coraz więcej i dosłownie mogę doświadczać swojej przemiany.
Oczywiście zdarzają się gorsze dni i niekontrolowane myślotoki, ale też wiem, że na to potrzeba mi więcej czasu (po tylu latach nieustannej produkcji). Ayahuaska pokazała mi DRUKOWANYMI LITERAMI NA CZERWONO, że mogę bić rekordy w tej dziedzinie.

Teraz już tylko do przodu...

 

Aldona:
Komentarz na temat "instalacji programu":
Ayahuasca ma wiele technik przekazu, tylko my jeszcze nie umiemy wszystkich rozszyfrować. Język symboli i obrazów też nie dla wszystkich jest czytelny.
Wbrew pozorom "instalacja programu" (świetne określenie) jest prostsza i tylko pozornie niejasna.

Ten sposób komunikacji można porównać do komunikacji między ludźmi. Dawniej, aby wyjaśnić, jak wygląda Paryż, musieliśmy użyć wielu, wielu słów lub namalować setki obrazów.
Potem fotografowano, filmowano, a dziś wystarczy podejść do Internetu.

 

 Gdyby jednak  posadzić przy komputerze
człowieka   w średniowieczu, nie umiał by się dowiedzieć, jak wygląda Paryż.

 

Przez "instalację programu"
na ceremonii mamy "zainstalowane" coś w stylu kosmicznej dyskietki.

Proces instalacji jest podobny do przepływu znaków zero-jedynkowych przez ekran komputera.
Jakby maligna, jakby sen, jakby coś leciało przed oczami, ale nic nie można uchwycić - NIC, co by mogło mieć sens i logikę.
A potem z reguły pojawia się niewysłowione szczęście.
- Nic z tego nie rozumiemy, "środek" jednak WIE i pamięta. (Rozumu obciążać nie trzeba.)

Na co dzień jest zwyczajnie, lecz gdy człowiek potrzebuje nagle coś wiedzieć, okazuje się, że już to po prostu wie,
chodź nie ma pojęcia, skąd.


 

 

 

ayahuasca 00 1mWOJTEK
artysta, nieufny sceptyk i naczelny krytyk

 

 

Więc byłem, jestem...
i może tak zostanie, w dalekiej podróży.

I jest to trochę tak, jakbym pisał z daleka, albo wręcz przeciwnie, z bardzo bliska....
Cieszę się, że się spotkaliśmy, tyle że - nie powiedzieliście mi - sam sobie nie powiedziałem również - że dostanę czerwoną pigułkę... i że nie ma odwrotu. Bo gdyby był wybór, nie wiem czy bym się zdecydował na takie voyage.... w głąb otchłani.

 

Możecie to nazwać duchem Ayi,
Bogiem, tripem czy jakkolwiek inaczej....,

ale bez względu na to, jaką ścieżką zaczniesz iść, jakiego klucza użyjesz i do których drzwi zapukasz, trafisz w to samo miejsce.
Miejsce, gdzie będziesz musiał się zmierzyć z własną słabością, strachem i ignorancją....
W miejsce, gdzie myśli są tak czyste i jasne, że nawet sam siebie nie możesz już dłużej oszukiwać..... Każda słabość, fobia, strach i fascynacja ukaże ci się ze zdwojona lub zwielokrotnioną siłą i nie odejdzie, aż się z nią nie pogodzisz.....

 

Heh, nie wiem czy to zabrzmiało jakkolwiek sensownie
- wciąż jestem w pociągu powrotnym..., ale może udało mi się przekazać, co się w głowie mojej roi.

Gdy znów się spotkamy, będzie wam łatwiej mnie ogarnąć, a mnie łatwiej zaufać......
Nie boje się już, nie tylko nie tak panicznie jak podczas ceremonii, ale nie boje się wcale....

Aż mi się nie chce w głowie zmieścić, jak sposób myślenia zmienia sposób widzenia, a dalej - wygodę siedzenia.


 

 

 

ayahuasca 00 1nKUBA
operator filmowy

(po wcześniejszej operacji raka mózgu i po chemioterapii)

 

 

 

Myślałem, że dostanę konkretne podpowiedzi,
jak i co budować od nowa. Zrozumiałem potem, że w moim przypadku za szybko na budowanie. Najpierw musiałem wszystko zburzyć, zaorać i dopiero zabrać się za sianie.

Byłem w piekle. Nie mogłem znaleźć ANI JEDNEJ dobrej chwili w moim życiu, żeby ją pieścić i rozdmuchiwać, tulić i jej się złapać.

 

Chciałem umrzeć i nie mogłem,
cierpiałem. Ale nie żałuję ani jednej chwili.

Tej pierwszej nocy runęło w gruzy całe moje życie. Wszystko, co wydawało mi się, że mam, okazało się czymś innym.
Dotarło, że nie umiem kochać tak na prawdę. Nie potrafię ani dać miłości ani jej przyjąć w pełni.

Doszedł do mnie ogrom krzywd, które wyrządziłem sobie i bliskim.

 

Płakałem nad losem mojej żony, moich dzieci, nad sobą.
Żałosny pajac!
(Zostawiłem w domu koszulę na ceremonię i dzięki temu - w koszuli Jarka - wyglądając jak pacjent psychiatryka, byłem ubrany najstosowniej do sytuacji. Komponowało się to idealnie z moim wnętrzem.)
Byłem sam na świecie, nagi, bez siebie, bez miłości, bez prawdy, bez oddechu, bez ciała, którego też się wyrzekłem. Pustka. Otchłań. Ale najcudowniejsze jest to, że to teraz daje mi siłę, a nie rezygnację. Czuję, że było to niezbędne, konieczne i tak naprawdę dobre. Akt łaski po prostu.

 

A to, co wydarzyło się drugiej nocy
w czasie pierwszej sesji to był RAJ
Chwilo trwaj, dzięki ci Ayo, dzięki ci Boże, dzięki wszystkim i za wszystko.
Kochałem wszystkich i wszystko. Kuźwa, jaki ja byłem piękny, cudowny, jak chciałem się tym dzielić. Dawać, brać.
Amorek z wariatkowa w kaftanie bezpieczeństwa!

 

Nagle dobre chwile z mojego życia
posypały się jak dojrzałe owoce z drzewa, którym się potrząśnie. Owoce pełne słodyczy, miłości, spełnienia.

Okazało się, że mam wszystko. Całe życie szukałem tego gdzieś w dalekich rejsach, w odlotach po paleniu, w marzeniach.
A to jest tak blisko, we mnie. Moje wewnętrzne dziecko, mój kochany mały chłopczyk jest ze mną.
Zdradziłem go, zgubiłem, schował się do najgłębszej kryjówki, ale teraz go znowu znalazłem, kocham go, opiekuję się nim.
Raj na ziemi.

 

Doszedłem do tego,
co trzymało mnie i nie dawało żyć. Przeżyłem wreszcie, czego nie mogłem przeżyć od wielu, wielu lat.
Pożegnałem się wreszcie z duszyczkami dwójki naszych dzieci, które straciliśmy przed ich urodzeniem. Wypełniłem je swoją miłością i dałem im wreszcie odejść.

 

A potem znowu
trafiłem do szamba i "żabką, żabką".

Bardzo, bardzo chciałem, żeby było jak wcześniej. Próbowałem ja, próbowaliście Wy, Paty, Chris. Nic.
Wariat się obudził i reszta nocy była zajebiście ciężka...

To było chyba po to, żebym pojął, że zrobiłem dopiero pierwszy, mały kroczek. Ale za to bardzo, bardzo ważny. Jeśli zejdę z tej drogi, nic ze mnie nie będzie. A może być wszystko.

 

Po powrocie do domu
opowiadałem Monice, mojej żonie, prawie do rana. ayahuasca 00 1na
Chyba nigdy nie wypowiedziałem w takim czasie tylu słów.
Łzy płynęły ze mnie nieprzerwaną strugą i nie chciałem przestawać.
Prosiłem o wybaczenie za moją mentalną oziębłość, za to, że tak naprawdę, do końca nigdy nie byłem z nią.

Przyszedł obraz z videofilmu z naszego wesela. Długi stół weselny z miejscami u szczytu dla pary młodej. Monika siedzi sama, moje krzesło jest puste. - Załatwiam coś na sali.
Całe życie miałem coś do załatwienia "na sali", aż zaprowadziło mnie to do koszuli z za długimi rękawami i białej sali w domu wariatów w mojej głowie.

 

Moje małżeństwo
objawiło mi się zupełnie w inny sposób, niż postrzegałem je do tej pory. To, co uznawałem za Moniki obojętność, to był jej sposób na przetrwanie tego, co miała ode mnie. Musiała sobie jakoś radzić.
Złe rzeczy, które otrzymywałem od niej, tak naprawdę pochodziły ode mnie i tylko wracały.

Mam w telefonie taki folder, gdzie trzymam ważne smsy. Najstarsze mają sporo lat. Te od Moniki to po prostu esencja miłości.

 

To, że żyję, zawdzięczam jej.
To siła jej miłości utrzymała mnie przy życiu. Nie mojej, bo nie wiedziałem czym jest prawdziwa miłość. Skąd miałem wiedzieć, jeśli jej w dzieciństwie nie zaznałem, nie czułem, nie żyłem w jej blasku?

Mówiłem teraz Monice o wszystkim bez zahamowań, bez oczekiwań, bez lęku. Powiedziałem wszystko, co chciałem. O tym, że krzywdziłem ją i nasze dzieci nawet nie wiedząc o tym.
W trakcie sesji, w Holandii, to była moja myśl przewodnia. Co ja robiłem moim dzieciom i żonie? Niby żadna patologia, ale na poziomie duchowym - katastrofa. Biedne moje dzieci.
Długo rozmawiałem też z Zosią - naszą najstarszą córką. Dobrze, że akurat przyjechała na święto ze studiów. Dostała "Kołysankę dla wewnętrznego dziecka" z prośbą o wysłuchanie i wybaczenie mi.

 

Dźwięczy we mnie to wszystko, rezonuje i gra.
Chcę jeszcze raz wyrazić moją wdzięczność dla Was, Waszych psich dziewczynek, wszystkich, którzy byli i są. Czuję Waszą obecność w moim życiu, obecność Ayi. Dzisiaj w nocy czułem Twoją bliskość, Aldonka, znowu słyszałem Twoje: "synek, odpuść, już wystarczy, przeprowadzę cię przez to". Znowu czułem Jarka przyklejonego do moich pleców...
Zostanie to we mnie na zawsze, będzie moją opoką.
Aldonko. Jarku. Jestem Wam wdzięczny. Kocham Was. Jeszcze się zobaczymy. 


 

 

ayahuasca 00 oaPATRYCJA
dyrektor w firmie reklamowej swego ojca,

 

 

... Jestem uzależniona finansowo
i egzystencjalnie, staję się nieczuła, drażliwa, przygnębiona, coraz bardziej wypalona i wyjałowiona.
Z trudem odnajdujemy z mężem to, czym niegdyś dla siebie byliśmy; najważniejsze dla nas świętości pospadały z hukiem z boskich piedestałów.
Czuję, że nasze dzieci też są nieszczęśliwe. Szukam rozwiązań... Ostatkiem wewnętrznych sił jadę z mężem na ceremonię ayahuaski.

 

Pierwsze spotkanie
Od momentu przyjazdu pęka mi głowa i podczas pierwszej nocy tylko na tym skupia się moja uwaga.
Niewidzialna macka owinęła się wokół lewego oka i ściska po czubek głowy.

Aldona mówi, że to poczucie winy. Coś mnie głęboko w środku męczy i nie odpuszcza przez kilka dni.

 

Następny ranek przyniósł pracę
nad wewnętrznym dzieckiem krzywdami, smutkami, wyrzutami i brakiem miłości, który tak pieczołowicie w sobie pielęgnujemy. Potem - wyjazd do kamiennych kręgów - antycznych megalitów ułożonych w najróżniejsze kształty.
Jarek prowadził nas od kamienia do kamienia. Transformowaliśmy tam złość i poczucie krzywdy, łamaliśmy przysięgi i obietnice, oczyszczaliśmy się z żalu, lęku i złych przyzwyczajeń.
- Jeszcze w tamtym momencie nie zdawałam sobie sprawy z mocy tych rytuałów.

 

Wieczorem wyjazd na ceremonię.
Myślałam, że jestem przygotowana na przyjęcie Ayi; tyle przeczytałam, całe życie miałam wizje i sny, byłam otwarta na Nowe.
Zdawało mi się, że samo pragnienie zmiany przyniesie natychmiastową ulgę i oczyszczenie.
Byłam daleka od prawdy.
Pierwszy rytuał nie przynosi rezultatów. Nie mam wizji, nie przychodzi olśnienie, Aya się nie pojawia. Nawiedzają mnie jedynie zimne poty i dreszcze na przemian z falami gorąca i okazjonalnym pawiem.

 

Następnego dnia znowu nic,
aż przyszła do mnie Aldonka z Jarkiem.

- Ona w ogóle nie oddycha - powiedziała. Rzeczywiście, zdałam sobie sprawę, że powietrze zatrzymuje się we mnie między klatką piersiową a gardłem.
Jarek przyciska splot słoneczny, Aldona trzyma dłonie nad klatką piersiową. Ich dotyk jest boski.
Biorę głęboki oddech.
To mój pierwszy krok, aby pokochać siebie. Mój brzuch zaczyna się unosić, martwe w nim ziarno dostaje tlenu i rozkwita, niespodziewanie wybuchając feerią wizji.

 

Widzę walące się przede mną
krzyże i hostie, posążki bóstw i bogów.
Łamią się dane przysięgi, obietnice i przyrzeczenia, które tak obficie ferowałam wszelakim wyznaniom, religiom, wyroczniom, symbolom, ludziom, bogom i archetypowym energiom.

- Co z tego miałam? Moc, siłę i magię. Ale magię czarną, nasączoną złem, przynoszącą wraz z kolejnymi wcieleniami coraz większą władzę i coraz więcej bólu.
Ukazał mi się obrzydliwy obraz manipulacji ludzką egzystencją, jakiej się dopuszczałam.
Zobaczyłam siebie jako Czarną Kapłankę, boginię, której składano ofiary, tak potężną, że jedną myślą kreowałam światy i istnienia, nie biorąc odpowiedzialności za nie. Nazbierałam przez tysiące lat ogromnej Mocy i najwyraźniej nie było mowy o tym, aby teraz ją tak zwyczajnie porzucić.

Poznany na ceremonii
Przyjaciel angażuje się w moją wizję, pomaga mi i puszczam w końcu mackę ośmiornicy ostatnią więź z ciemną stroną, ból głowy przechodzi natychmiast.

 

Spontanicznie ukazują się
przede mną różne obrazy: widzę jak przed czarną swastyką składam przysięgę posłuszeństwa systemowi. Widzę, jak braciom ze statku kosmicznego składam obietnicę powrotu. Moi towarzysze już dawno przestali czekać, ale ja nieprzerwanie czułam potrzebę dotrzymania słowa.

Sympatyczny niegdyś, skrzydlaty smok z moich snów okazał się bestią, której naobiecywałam w dawnych czasach mnóstwo różnych przysług. Mieliśmy nieprzyjemne konszachty. A teraz leżał zdychający pod jakąś ścianą. Jego siła i odstraszający wygląd były zaledwie wspomnieniem.
- Chcesz go jeszcze? - Usłyszałam głos.
- Jasne że nie. - Odpowiedziałam.

 

Poczułam, że jestem bardzo starą duszą.
Że moje istnienie sięga eonów lat wstecz. Że nie zawsze byłam wcieleniem zła. - Kim byłam więc na początku? - Zapytałam.

Moim oczom ukazało się niemowlę leżące na wysokim ołtarzu, a nad nim światło pełne miłości i absolutnie czystej energii.
Zaczęłam się trząść, poczułam, że znów mogę być dzieckiem, takim czystym, niewinnym, pełnym miłości i nadziei, jak to tam leżące. Bardzo tego pragnęłam.

 

Poczułam, że się rodzę,
powietrze wokół mnie zgęstniało, praktycznie odczuwałam skurcze wokół siebie, było to absolutnie piękne i ekstatyczne doznanie. Zaczęłam się śmiać, radość wypełniła mnie całą. Już jestem dzieckiem.

Zobaczyłam, jak schodzę po schodach pałacu wśród bajkowej scenerii. Jestem rozradowana i prze-szczęśliwa, moja twarz to jeden ogromny uśmiech. Napadają mnie salwy śmiechu. Wiem, że jestem czysta, piękna, kochana i nowo-narodzona.

 

Pytam o obecne życie, dlaczego tak bolało?
Widzę, jak w momencie śmierci, na polu walki, postanawiam uśmiercić w sobie Czarną Kapłankę.
To była najczystsza w swej formie Intencja zmiany cierpienia w miłość.
Widzę jak wpadam do wolnego płodu. Jesteśmy w nim we dwie. Ona nie chce stracić Mocy, ale Ja za wszelką cenę muszę się od niej uwolnić. Na moment odbiera mi oddech, potem zanika.

 

Rodzę się rodzicom,
którzy w rękach mają coś, z czym nie będą mogli sobie poradzić.
Zalążek Dobra w skorupie Zła. Ich i moja karma łączą się. Od tej chwili to oni manipulują moim życiem, żeby mi pokazać, jak to boli.

Rozumiem teraz wszytko, ich misja już dobiegła końca. Wędruję do nich, wybaczam im i dziękuję.

 

Jednocześnie kreuję
pole ochronne dla mnie i mojej rodziny, uposażam dzieci w tęczowe tarcze, aby nikt nie mógł ich skrzywdzić.
Widzę, jak ciemność tliła się we mnie i starała się wyrwać poprzez różne impulsy i niezrozumiałe dla mnie tęsknoty.
Bardzo długo się im opierałam, ale w końcu dałam im niewielkie ujście.
Zaczęłam kontrolować rzeczywistość tych, którzy najbardziej z tego powodu cierpieli: mojego męża i dzieci. Wybuchłam płaczem, nie miałam pojęcia o krzywdzie, jaką im wyrządzałam.

 

Zobaczyłam mojego męża,
którego misją na tej Ziemi było zwrócenie mnie mojej prawdziwej Matce - Gai.
Widziałam jak pierwsi bogowie wysyłają go - wojownika światła, na misję ocalenia mnie.
To było przedsięwzięcie prawie skazane na niepowodzenie, misja samobójcza.

Widziałam jak mój mąż w wielu wymiarach równocześnie poświęca siebie dla ratowania mnie.
Jak fizycznie, emocjonalnie, duchowo i energetycznie zbiera cięgi od sił nadprzyrodzonych i tych jak najbardziej przyziemnych. Na końcu biczowałam go i ja.

On stał nieugięty, niezłomny w swej misji, ale z dnia na dzień coraz słabszy.
Teraz patrzyłam, jak leży obok i wiedzieliśmy oboje, że spełnił swe zadanie. Czułam, że ma wolną rękę. Może nawet umrzeć i wrócić, skąd przybył, śmierć wyzwolicielka stała tuż nad nim.
Czułam, że się wahał. Iść czy nie. Był bardzo zmęczony. Wysłałam w jego kierunku smugę światła czystą energię miłości, która w niego wpłynęła. - Został.

 

Zrozumiałam, że przez długi czas
był odłączony od Wszechświata, działał w ukryciu, jak komputer na safe modzie.
W jego ciele astralnym znajdowały się trójwymiarowe, nieruchome kompasy. Włączałam jeden po drugim i niewielkie wskazówki ustalały swoje położenie względem Wszechświata. Został podłączony do Akaszy.

Czułam, jak gdzieś na krańcach Uniwersum, a może dokładnie w centrum galaktyki, uśmiechają się do nas bogowie, w aprobacie że udało nam się.
Zrobiłam się potwornie zmęczona.

 

Zapytałam Ayi o moje posłannictwo.
Pokazała mi jak zmieniam się z dziecka w kobietę przeistaczam się w Białą Kapłankę.
To była kompletna metamorfoza, z ognia i popiołu przeobraziłam się w feniksa, na moment byłam cudownym ptakiem, potem znów kobietą - Boginią Miłości.

Aya powiedziała, że moim przeznaczeniem jest dawać miłość w najczystszej postaci i świecić diamentowym światłem.
Ukazała mi wizję naszej planety, na której świecą małe punkciki. To jesteśmy my, dobrzy i pełni miłości.

Planeta obracała się jednocześnie wokół własnej osi i rozciągała się w czasie i przestrzeni, a ja widziałam, jak co chwilę rozbłyskują nowe światełka i jest nas coraz więcej.
Obraz się oddalił, aż ukazały się miliony innych planet, równie pięknych jak nasza, na których mrugały identyczne diamentowe punkciki. Poczułam jedność ze wszystkimi stworzeniami wypełnionymi miłością.
Jesteśmy połączeni i mamy jeden cel: szerzyć miłość, to nasza broń przeciwko złu.
Ono objawiło się jako pajęcza sieć destrukcyjnych energii, które w dzisiejszych czasach przybrały formę skostniałych religii, fanatyzmu, polityki, a nawet programów telewizyjnych.
Zmiana, to jedyna pewna rzecz we Wszechświecie, to jedyny constans powiedziała Aya.
Stagnacja jest wyniszczająca, a zmienność naturalna. Odnosi się to zarówno do naszego, codziennego życia, jak i do wielkich religii czy systemów politycznych.

Widziałam jak gigantyczna, międzyplanetarna pajęczyca zagarnia w sieci nieświadomych ludzi. Diamenciki jednak uciekały w sama porę mają świetną intuicję.

 

Poszłam do łazienki.
Wiedziałam, że będę musiała zajrzeć w lustro tam wiszące.
Ludzie różne rzeczy w nim widzą, niejednokrotnie swoje najgorsze strony. Trochę się bałam.
Popatrzyłam na odbicie, ukazał mi się w nim dziesięcioletni brzdąc z wymownym zawadiackim uśmiechem. Prawdziwy Tomek Soyer. Popatrzałam jeszcze raz tym razem byłam Pippi Lamstrung.

Gdyby nie to, że musiałam sobie puścić porządnego pawia, zaczęłabym chichotać na widok tych sympatycznych twarzy. Jednak zwymiotowałam pajęczyną...;

 

Znów się położyłam,
było kilka dni po pełni, herbata trzymała.
Przypomniało mi się, jak Aldona mówiła, że każdy z nas posiada emocjonalną szatę energetyczną, ściśle połączoną z odpowiadającym jej na poziomie fizycznym kostiumem hormonalnym.
Zobaczyłam, że ta szata to taki płaszcz wibrującej energii. Składa się on z ogromnej ilości elementów połączonych jak karneciki, pozornie różniących się od siebie, jednak tworzących mozaiki o tej samej częstotliwości.

Częstotliwości te, to nic innego, jak nasze oczekiwania, przyzwyczajenia, nałogi, itp. Jeśli np. ktoś czuje się ofiarą, taką sobie przywdziewa szatę, taką wibrację wysyła do świata i to dokładnie dostaje w zamian.
Można sobie powiedzieć: nie chce być już ofiarą, ale to niewiele zmieni. Jedynie czysta, bardzo głęboka, zdecydowana INTENCJA zapoczątkowuje proces, który MUSI być uwieńczony k r e o w a n i e m nowego obrazu siebie.

 

Aya zapytała,
czy jestem gotowa przywdziać mój nowy płaszcz.

- A mogę? zdziwiłam się.
- Pewnie, jesteś przecież Białą Kapłanką. - Odpowiedziała.
Przyjęcie tej szaty, to również podjęcie wyzwania przyjęcia misji bycia światłem dla Wszechświata.
Karty tarota, które wybrałam przed ceremonią, to Kapłan i Kapłanka - jak powiedziała mi Aya, symbolizowały mnie i męża. Stoimy więc obok siebie, twarzą odwróceni w kierunku jej cudownego świata, który jednocześnie należy do nas.
Mamy go ze sobą zabrać z powrotem, pielęgnować w sobie i obdarzać nim innych.

 

Aya zaleca się śmiać,
być wewnętrznym, rozradowanym dzieckiem - wesołą Pipie. Uczy, aby przeplatać baśniowymi nićmi naszą zwykłą rzeczywistość. To pozwoli nam zachować dystans do samych siebie. Ostrzega, aby nie dać się zwieść poczwarze pająkowi, być czujnym przez intuicję.

 

Staram się pytać o inne rzeczy,
chcę jeszcze popracować, ale układa mnie do bajkowego snu, wypełnionego wizjami, fenomenalnymi odczuciami słuchowymi i cielesnymi. Pokazuje jeszcze tylko to, co sama chce mi pokazać, już nie słucha, każe mi w końcu odpocząć.

 

Wszystko, co opisałam,
wydarzyło się naprawdę i w moim przekonaniu dosłownie, aczkolwiek piękno i wielowymiarowość doznań mogą być interpretowane na wiele sposobów. Wrażenia słuchowe i dotykowe były absolutnie fenomenalne i nie da się ich porównać do żadnego ludzkiego doznania. Duchowe przewodnictwo Aldony i Jarka przed-, w trakcie, i po ceremonii, okazało się bezcenne i pod każdym względem mistrzowskie. Każde ich słowo, dotyk czy ruch, odznaczały się nieprawdopodobną intuicją i wyczuciem.

Na koniec; może zdarzyć się tak, że cały nasz światopogląd, wierzenia, uprzedzenia i głębokie przekonania zostaną całkowicie zmienione pod wpływem spotkania z Ayą.
Co zrobimy z otrzymaną mądrością, zależy od nas. Aya daje klucze, my wybieramy, które drzwi otworzyć. Jedno jest pewne, dotychczasowe życie nie będzie już takie samo. Ale to dobrze, myślę, przecież jedyną pewną rzeczą we Wszechświecie jest zmiana...

......

ayahuasca 00 odrugie spotkanie
Ceremonia w styczniu miała dla mnie charakter głęboko oczyszczający, zwłaszcza na poziomie karmicznym. Ta, otworzyła mi oczy duszy.
W pewnym momencie siedzieliśmy (tudzież "barłożyliśmy się" :)) u stóp potężnego drzewa, którego korzenie wystawały ponad ziemię, tworząc swoistą pieczarę. Wypełniona była delikatnym, pomarańczowym światłem, płynącym z wnętrza ziemi.

Wasza świątynia Ayahuaski był najbezpieczniejszym miejscem na świecie, a wy byliście bezpośrednim łącznikiem z Ayą! Cóż za dar dla nas!

 

Wizje były bardzo realistyczne,
momentami mroczne, niosły mnóstwo informacji o stanie świata. Nie dominowały już obrazy egzotycznych pałaców, ukwieconych łąk i boskich kolorów, jak za pierwszym razem.

Obraz pochłaniającego nas matriksu - cyfrowej sieci tkanej przez wyzutą z uczuć, kosmiczną pajęczycę, w pierwszej chwili wciągnął mnie siłą. Głos interpretował zjawiska: jesteśmy tylko programem komputerowym i wszystko jest już z góry zapisane. Nasze słabości, choroby, problemy, są jedynie minimalnym błędem w matrycy i nic na to nie poradzę.

 

Nie pomogę sobie,
nie pomogę innym, lepiej jak sobie odpuszczę walkę. Wszelką walkę słyszałam dalej.

Z przerażeniem zauważyłam, jak wszystko co organiczne: moje dłonie, towarzysze ceremonii, rośliny, zaczynają zmieniać się w piksele. Oto dowód: jesteśmy hologramem komputerowym!
Dostałam propozycję nie do odrzucenia: piękny apartament ze szklaną kopułą na najwyższym piętrze jakiegoś gigantycznego wieżowca. Aż po horyzont rozpościerało się oświetlone - iluminowane miasto. Inni nie są takimi szczęśliwcami, za to ja, Ja mogę żyć w cyfrowym luksusie - usłyszałam. Bogactwo matriksu leżało u mych stóp.

 

Całą sobą buntowałam się
przeciwko tej wizji. To nie może być Aya, krzyczałam w duchu. Tu nie ma miłości. Jak sięgnął wzrokiem, wkoło nie było żadnego organicznego życia, nawet światło było sztuczne. Wiedziałam już: to ona koszmarna pajęczyca, nie Aya.

Chcę do Ayi! - krzyczałam niemym głosem.
- Myśl o miłości.
Wołam więc - kocham Ziemię, rośliny, wodę, życie, i powtarzam w duchu tę mantrę, aż obraz się rozpadł!

 

Potem, ach potem
to już były rzeczy, wprawiające w osłupienie:

historia ludzkości sięgająca poza czas i wymiar, zakochani w Ziemi wojownicy z gwiazd, etniczne pieśni i dziewicze lasy - jak w Avatarze.
Mieliśmy kiedyś bezpośredni kontakt z Gają, ja go miałam, ale utraciłam jak wielu, na przestrzeni eonów lat.
Odtąd toczy się walka o Jej przetrwanie. Wierni ideałom Powiernicy Ziemi działają w ukryciu, można powiedzieć, że w UNDERGOUNDZIE, dla jednego celu: aby pewnego dnia ponownie otwarcie świętować i celebrować Gaję.

 

Stałam się Powierniczką Ziemi.
Co mam do zrobienia, to dopiero sobie uświadamiam. Wiem już, jak blisko jest matriks i wiem po czym go poznać. Macki sztucznej inteligencji przenikają nasze organiczne życie. Chcą z nas wyssać wszystkie soki, odebrać zioła, czystą wodę, słońce i zdrową żywność. Nieświadomie żyjemy w lemowskim świecie na wzór tego z Pokoju na ziemi, gdzie ludzie połykają pigułkę, po której ich życie wydaje się być cudowne i spełnione. W rzeczywistości niewolniczo pracują, żyją w barakach poniżej godności, są poniewierani i truci przez jakiś wyższy, nienaturalny byt. Ostatecznie przekaz zamienił się w obrazy wypełnione miłością i pięknem oraz nadzieją. Informacji było znacznie więcej, ogrom szczegółów. Za wszystkie jestem wdzięczna.

 

Kochana Aldonko i Jarku!
Dziękujemy Wam za opiekę, miłość, cierpliwość, wspaniałe jedzenie i cudowne psy. Jesteście fenomenalnie połączeni ze Źródłem. Jeszcze raz - DZIĘ-KU-JE-MY, jesteście kochani.

 


 

 

IWONA
żona i matka

 

W moim przypadku nie tylko wizje,
ale wszystko, co działo się dookoła ....psy, moje uczucia, ludzie, jedzenie, sytuacje... Wszystko to dawało mi informacje, co mam zrobić w życiu, aby przejść kolejną zmianę...

ayahuasca 00 p

Widziałam mnóstwo
cudownych fraktali i poczułam jak wszystko i wszyscy jesteśmy połączeni. Piłam wodę i pił ją ze mną cały świat - to było doznanie niebywałe i tyle uczuć pięknych i ciepłych - prosto od serca.
Masaż Aldony to było najcudowniejsze doznanie, jakie miałam, a Jarka bezpieczna dłoń i dotyk dały ukojenie i poczucie bezpieczeństwa.
Dziękuję także psiakom... wdzięczna byłam nieziemsko za ich opiekę.

 

Kolejny dzień
był jeszcze cudowniejszy. Jakby początek niemrawy; w pewnej chwili Aldona wyszła z sali, a po chwili poczułam, jak z latarenką ciepłego światła jest w moim sercu i próbuje je ogrzać, rozświetlić.

Kiedy wróciła, poczułam powiew jakby Anioła... i kiedy położyła się między mną a Darkiem, popłynęła miłość.
Aż trudno to opisać, rozkwitłam jak kwiat i czułam błogi, pełen miłości orgazm kosmosu.
Poczułam, że ile mogę przekazać miłości Darkowi, tyle prześlę, dotykając pleców Aldony na wysokości serca.
A potem rozlała się MIŁOŚĆ dla reszty sali, zataczając okrąg pełen cudownej ciepłej energii... 


 

 

ANIA
malarka amatorka

 

 

obrazy namalowane po ceremonii

ceremonia103

 

...Jestem już silniejsza i jakoś bardziej wierzę w siebie. Mam teraz duże poczucie godności, siły, walki o to, czego chcę......

 


 

 

 

ayahuasca 00 raPIOTR
absolwent politologii

 

 

Przyznaję, że na początku nie było łatwo...
Po prostu bałem się ujrzeć siebie jako jakąś złą osobę.
Myśli te okazały się całkowicie bezpodstawne i gdy dzięki staraniom Aldony udało mi się wreszcie otworzyć, poczułem, że dosłownie "odlatuję". Jakaś siła wysysała mnie z ciała gdzieś wysoko w górę jak odkurzacz.
Czułem, że lecę bardzo szybko.

 

Widziałem masę drobnych,
białych punkcików, które się przede mną rozmazywały. W pewnym momencie nie wiedziałem już, czy mam otwarte- czy zamknięte oczy, po prostu widziałem "sobą całym", całą swoją świadomością.

 

 Po chwili doznałem uczucia,
którego słowa nie są w stanie chyba opisać... Była to wszechogarniająca miłość, tak potężna, że do dzisiaj nie mogę się po tym przeżyciu otrząsnąć :)

Oczywiście każdy ma swoje wyobrażenie na temat miłości, ja też je miałem i wydawało mi się, że ją odczuwam, ale dopiero wtedy wszystko zrozumiałem. Czułem ją każdą częścią mojego ciała, każdą komórką. Uświadomiłem sobie jak bardzo jestem kochany i jak bardzo potrafię kochać, jeśli tylko tego chcę.

 

Było to najwspanialsze doświadczenie w moim życiu.
Najcudowniejsze chwile, które zostaną już ze mną na zawsze. Na przemian płakałem i śmiałem się ze szczęścia, jakie na mnie spłynęło.

Czułem, jak energia wychodzi z całego mojego ciała i wznosi się do góry, każdy dotyk innej osoby dawał cudowne wrażenie ciepła i przepływu energii.
Czułem jakbym pierwszy raz tak "prawdziwie" oddychał, słyszałem szum krwi w żyłach, każdy najdrobniejszy ruch mięśni w ciele dawał mi wręcz ekstatyczne odczucie. Teraz wiem, co to znaczy dosłownie "czuć się jak nowo narodzony".

 

Po jakimś czasie zyskałem możliwość
spojrzenia na siebie z boku.
Widziałem swoje życie, komplikacje, jakie sam sobie stwarzam i negatywne sytuacje, które sam powoduję.

Zobaczyłem, że rzeczy, które często bierzemy na poważnie, naprawdę wcale takie nie są i nie powinniśmy się nimi przejmować.
Zrozumiałem, że wszyscy i wszystko jest ze sobą połączone, jesteśmy jedną świadomością. Odczułem niezwykłą więź ze światem roślin i zwierząt.
Otrzymałem to, czego w głębi siebie najbardziej potrzebowałem - zapewnienie o tym, że nie jestem i nigdy nie będę sam, że mam pracować miłością, a wszystko będzie dobrze.

 

Pojawiły się też wizje
- widziałem z kosmosu Ziemię, jak piękny błękitny klejnot zawieszony w przestrzeni, byłem też przez chwilę w jakiejś starożytnej krainie z piramidami, która wydała mi się bardzo harmonijna i wspaniała...

 

Minął już niemal miesiąc,
a moje wspomnienia z ceremonii są nadal bardzo żywe. Nie ma chyba dnia, w którym nie wspominałbym tych magicznych chwil.
Z perspektywy czasu muszę przyznać, że wiele rzeczy zmieniło się we mnie już na stałe.
Są to zmiany jak najbardziej pozytywne i zgodne z moim wnętrzem...
Inaczej postrzegam świat i ludzi. Zniknął strach, który często pojawiał się we mnie bez powodu...

 

WIEM, że wszystko ma swój cel
i jest lekcją, z której wszyscy czerpiemy korzyści. Nie ma już we mnie miejsca na negatywne myśli, z odwagą i optymizmem patrzę w przyszłość, a co najważniejsze wiem już, że kocham i jestem kochany.

Moja świadomość wciąż ewoluuje. Często myślę o sobie jako o dwóch osobach - tej przed - i po ceremonii. Teraz jestem bardziej pogodny, wrażliwszy i bardziej otwarty na innych.

 

Jednocześnie wiem też,
że czeka mnie wiele pracy nad sobą. Rozpocząłem właśnie praktykę medytacji, uczę się autohipnozy, ćwiczę wizualizację, codziennie jestem wdzięczny za to, co mam i staram się nie ulegać złym emocjom.
Podsumowując...jestem szczęśliwym człowiekiem:) Nauka Ayahuaski jest uniwersalna.
Aya daje to, czego najbardziej potrzebujesz oraz o wiele więcej. To po prostu trzeba przeżyć, bo żadna relacja nie jest w stanie tego oddać.



 

 

 

A nMARTA
studentka ...

 

 

 

Od pierwszej ceremonii minął dopiero tydzień,
a ja czuję się tak, jakby to było w innym życiu (chociaż właściwie to było).
Nie jestem w stanie opisać, co czuję.
Przyjechałam po odrobinę wsparcia od Ayi, o wskazanie jakiejś drogi, szukałam chyba samej siebie, a to, co dostałam przeszło moje najśmielsze oczekiwania.

 

Teraz nawet z uśmiechem wspominam,
jak mnie wymęczyła pierwszego dnia. Było mi to potrzebne, żebym "czysta" mogła doznać samych wspaniałości.

 

No i takiego kopa energii,
miłości i bezpieczeństwa w jednym nie byłabym w stanie nawet sobie wyśnić. Zdaje sobie sprawę z tego, że to dopiero początek mojej drogi, że cała praca przede mną, ale wiem że dam radę. (...) znalazłam miłość, spokój (którego tak bardzo potrzebowałam), bezpieczeństwo i ogromną kobiecą siłę.
A najwspanialsze jest to, że znalazłam to w swoim sercu. Odnalazłam siebie w sobie.
- Teraz zrobię wszystko, żeby tego nie zgubić.

 

Dzisiaj jestem bardziej sobą niż kiedykolwiek.
Nie boje się świata ani ludzi. Wiem, że wszystko będzie dobrze. Nie ważne, kim zostanę w życiu, nie ważne, gdzie będę żyła, ważne że przestałam na zewnątrz szukać czegoś, co siedziało we mnie. Tylko nie potrafiłam tego odkryć. Mała wystraszona i zapłakana Martusia już nie jest sama, już się nie boi - ma mnie i ja ją chronię.

Co chwilę dociera do mnie coś nowego, jakaś nowa lekcja , wszystko nabiera kształtu i sensu.

 

Po ceremonii byłam pełna wątpliwości,
jak mam z tym teraz żyć?
Myślę, że wciąż się tego uczę i będę jeszcze przez długie lata, ale nasuwa mi się prosta odpowiedź : normalnie. Niby tak jak do tej pory, ale wszystko inne.

Mam niesamowitą wiosnę w duszy tej jesieni. Za to chcę WAM, ALDONO I JARKU, PODZIĘKOWAĆ Z CAŁEGO SERCA.

 


 

 

 

GÓRAL

nauczyciel

 

 

Obejrzałem  film na youtube
(Alex Grey - Chakra Kundalini Awakening)
i muszę przyznać że po pierwszej dawce ayi miałem bardzo podobne doświadczenie... Zaczęło się to chyba pojawieniem się abstrakcyjnych, pięknych kolorów i kształtów.

 

Było to dla mnie tak niezwykłe,
że zastanawiałem się czy ja to widzę, czy też sobie to wyobrażam. To było jednak wspaniałe.

Bardzo szybko pojawiła się wizja węży, słychać było szum ich zbliżania się, posuwały się wokół mnie, coraz bliżej i bliżej.
Czułem tylko ciekawość.

 

W pewnym momencie,
z prawej strony, lekko z tyłu, wyłoniła się głowa węża z białymi oczami, łagodna, ciekawska.
Rozejrzała się, popatrzyła na mnie i z powrotem zanurzyła się w gąszczu szumnie posuwających się węży.

Po chwili wyłoniła się druga głowa, podobnie wyglądająca. Także popatrzyła na mnie i dała nura jak poprzednia. W końcu wyłoniły się 2 węże, od strony moich nóg i posuwały się w ich kierunku.
Ja się tylko przyglądałem, czując spokój.

 

Węże zaczęły wnikać w moje ciało,
począwszy od nóg, przez tułów do głowy, powoli. Wchodziły w moje ciało ruchem oplatającym.

Czułem jak moje ciało drętwieje i czułem także uścisk w miarę, jak węże posuwały się w kierunku głowy.
Kiedy już przeszły przez moje ciało, zobaczyłem nad głową i wokół siebie świetliste, kolorowe sklepienie na wzór pięknej komnaty.
Kształt tych świateł i ich barwy były niezwykle piękne i zmieniały się co chwilę, w miarę jak zmieniała się muzyka.

Dźwięk przepięknej muzyki był niezwykle czysty i sprawiał rozkosz.

 

Czułem się jakbym był na weselu
i to na swoim weselu. Miałem wrażenie jakby na zewnątrz odbywała się uczta, a ja leżałem w komnacie weselnej, w której mnie do tej uczty przygotowywano.
Co jakiś czas czułem obecność jakby drużby - ludzi, którzy mnie przygotowywali do wesela, do zaręczyn.

Cały czas czułem się rozkosznie.

 

Czasami z góry
świetlistej komnaty wyłaniał się ognisty pomarańczowy język światła, który łączył się z moim trzecim okiem.

Całej sesji towarzyszyły silne, fizyczne, niezwykłe doznania w ciele, drętwienie, uścisk, wiercenie pod żuchwą, szczęką, w podniebieniu.
Wrażenia w drugim dniu były kontynuacją pierwszego. Dominującym uczuciem była rozkosz.

 

Trzy miesiące później - drugie spotkanie.
Stopniowo pojawiły się wizje, bardziej subtelne niż za pierwszym razem.
Tym razem doświadczałem rożnych rodzajów miłości, w zależności od tego, jaką miałem wizję.
Czułem jej delikatność, czułość, potęgę, moc, pokorę, siłę, wszystkie te rodzaje odczuwałem osobno i w różnych konfiguracjach.
Wszystkie te rodzaje miłości miały inną barwę.

 

Trochę mnie zaskoczyło,
kiedy pojawiła się barwa szara, a nawet czarna, kiedy też zrobiło mi się smutniej. Jednak wszystko to była miłość.

Poczułem ogromną wdzięczność w sercu i z duszy dziękowałem. Dziękowałem, a doznanie miłości wciąż trwało. Czułem się zaspokojony.

 

Kolejna dawka
no i proszę, jakież zaskoczenie! Do tej pory wszystkie wizje były piękne, kolorowe. A teraz...
Od samego początku barwy jakie widziałem, kształty i formy były w przeważającej mierze szare, czarne, mdłe, obrzydliwe i tak przez całą sesję.
Przyglądałem się temu, czułem ból w okolicach nerek i lewej części tułowia pod żebrami.
A chociaż wizje były nieprzyjemne i chociaż czułem ten ból, to jednak czułem w ciele także pewną przyjemność i w jakiś sposób czułem się coraz lepiej.

 

Owocem tych sesji
jest uczucie wewnętrznej ciszy.
Czuję, że wreszcie w moim ciele wytwarza się jakaś dawka hormonu szczęścia, bo każdego dnia ta wewnętrzna cisza sprawia pewnego rodzaju błogość, i szczęśliwość, i niezwykłość. Dominującym uczuciem jest jednak cisza, niezwykła cisza, dziwna i przyjemna. (...)
Stała się dla mnie zjawiskiem wewnętrznym, czuję ją stale bez względu na to, czy jest ona na zewnątrz czy nie.
W tej ciszy odgłosy natury brzmią piękniej, a odgłosy otoczenia nie są drażniące, nie dokucza mi hałas.

 

Dodatkowym skutkiem
jest naturalna skłonność do samoobserwacji: swojego ciała, swoich uczuć - bez oceniania ich.
Moja świadomość jest inna, pogłębiona - inaczej odbieram rzeczywistość, inaczej jestem odbierany przez otoczenie i panuję nad tym.


 

 

 

ayahuasca 00 sMAGDA
studentka ostatniego roku psychologii

 

 

 

Głównym powodem
mojego kontaktu z Ayahuascą były względy terapeutyczne.

Przybyłam z nadzieją głębszego wglądu w moją psychikę, w podświadomość, chciałam sięgnąć do źródła moich problemów, głównie lęków przed obcowaniem z ludźmi i niemożnością
wczucia się we własne potrzeby.
Problemem był nieustający głos w mojej głowie, który analizował, w jaki sposób jestem postrzegana na zewnątrz i co zrobić, aby to postrzeganie było bardziej przychylne.
Powodowało to totalny komformizm, strach przed wyrażaniem siebie, emocjonalną zależność od opinii innych ludzi, lęk przed wypowiadaniem się i możliwością zwrócenia na siebie uwagi.

 

Czułam wstyd za samą siebie.
Miałam poczucie, że nie mam nic do zaoferowania, dlatego nakładałam na siebie różnego rodzaju maski
- w celu zwiększenia poczucia własnej wartości, jak również narzucałam sobie obowiązki, na których wypełnianie nie starczało mi sił.

Powodowało to coraz większe niezadowolenie z siebie i poczucie beznadziejności.
Wszystko to wynikało z dorastania w atmosferze pełnej rygoru, dyscypliny nakładanej przez ojca, minimalnych możliwości eksperymentowania i doświadczania życia.
Akceptację i szacunek zdobywałam wyłącznie poprzez spełnianie jego wymagań, co przeszkadzało mi w budowaniu własnej odrębności.
Nie miałam prawa być sobą.

 

Po tym wszystkim
próbowałam na sobie różnych metod leczenia - psychoanalizy, terapii poznawczo-behawioralnych, medytacji,
aby odzyskać pewność siebie i radość życia, jednak dawało to jedynie powierzchowne i chwilowe efekty.

Zrozumienie przyczyn moich lęków nie wpływało w żaden sposób na spadek ich intensywności. Podobnie było z wiedzą psychologiczną na temat właściwych zachowań, prowadzących do zmiany.
Nie pochodziły one z mojej głębi, ale były mi narzucane jako odpowiedni sposób zachowania (podobnie jak jedyny właściwy sposób na życie narzucany przez ojca).
To wszystko sprawiało, że coraz bardziej oddalałam się od siebie z głupią wiarą, że jestem na dobrej drodze.
Aby złagodzić lęki, popadałam w uzależnienia od używek (pomimo mojego młodego wieku) i tworzyło się coraz więcej problemów. To wszystko sprawiło, że przestałam wierzyć w cudowne środki, dlatego do ceremonii starałam się podejść z dystansem, bez wielkich oczekiwań, aby nie przeżyć kolejnego rozczarowania.

 

Ku mojemu przerażeniu
pierwsza ceremonia była dla mnie absolutną torturą.

Nie potrafiłam pozbyć się mojej zachowawczości, która nie pozwalała mi na porzucenie nieustającego monologu w głowie, mówiącego mi, co wypada, a co nie. Nie mogłam pozwolić sobie na czyste odczuwanie.
W końcu mój umysł został zdominowany przez myśli, kłębiące się w mojej podświadomości - pełne agresji i przemocy.
Nie potrafiłam się uspokoić, czułam się kompletnie zagubiona i przerażona.

 

To, co wtedy widziałam,
było odzwierciedleniem moich najgłębszych lęków.
Ludzie, których się obawiałam, wizualnie zamieniali się w potwory. Nie było dla mnie żadnej ucieczki, miejsca, gdzie mogłabym się schronić, ponieważ to, czego się bałam najbardziej, siedziało w mojej głowie.

Niewiele pamiętam z tej sesji. Pozostał po niej tylko ogromny smutek i przerażenie na myśl o kolejnym wieczorze z ayahuascą...

 

Następnego dnia
- ku mojemu zaskoczeniu -
przeżyłam najpiękniejsze chwile swego życia.
Udało mi się uzupełnić braki, które nękały mnie przez całe życie.
Po raz pierwszy otrzymałam bezwarunkową, rodzicielską miłość i troskę w bardzo intensywnej i otwartej formie.
Chłonęłam je całą sobą, aż do momentu, kiedy czułam się całkowicie nasycona.
Zostałam otoczona totalną akceptacją, której nigdy wcześniej nie czułam.
To pozwoliło mi na powrócenie do okresu dzieciństwa, poczucie się jak dziewczynka, która nie musi nic robić ani udowadniać, żeby zasłużyć na miłość.

 

Napełnienie się
rodzicielską miłością pozwoliło mi zwrócić uwagę w kierunku moich współtowarzyszy. (Podobnie jak dziecko, które po otrzymaniu od rodziców bezwarunkowej troski, nie musząc o nią zabiegać, otwiera się na cały zewnętrzny świat z ciekawością i zaufaniem.) Byli oni dla mnie w tym momencie jak bracia.
Po raz pierwszy poczułam, jak to jest być częścią wspólnoty, jej pełnowartościową częścią.

Czerpałam ogromną radość z tego powodu, odczuwając w sobie jednocześnie troskę, jaką obdarzali mnie, którą przyjmowałam z pełną otwartością i uznaniem, że na nią zasługuję.

 

Po tym pięknym przeżyciu,
przy kolejnym piciu ayahuaski naszły mnie wczorajsze, przerażające myśli i lęki. Jednak tym razem miałam w sobie wystarczająco dużo siły i odpowiednie narzędzie, aby z nimi walczyć.
Tym narzędziem była miłość.

Przeżyłam intensywną walkę dobra ze złem w mojej głowie i im dłużej wygrywałam, tym większe szczęście mnie opanowywało. Choć zdarzały się chwile, kiedy złe myśli opanowywały mnie do takiego stopnia, że promienie światła były ledwo dostrzegalne w tym mroku.
Ale gdy już ujrzałam mały promyk, rozszerzałam go tak bardzo, aż rozświetliło cały mój umysł.

 

Przyjeżdżając dostałam
te rzeczy, których mi zawsze brakowało, a o istnieniu niektórych nie zdawałam sobie nawet wcześniej sprawy. Czuję się teraz dziwnie spełniona i spokojna.

 

- mail po kolejnym spotkaniu z Ayahuaską (pół roku później)
PEŁNA METAMORFOZA
... Postanowiłam, że będę dla siebie najważniejszą osobą, a moje odczucia będą mi wskazywały kierunek.
Nadałam im największą wartość i zaczęłam szanować, niezależnie od tego, jakie one były.
Czułam, jakby wychodziła ze mnie osoba i postanowiłam, że cokolwiek ta osoba będzie chciała, to będzie najpiękniejsze i jedyne rozwiązanie.

Możecie sobie pomyśleć jakie to było dla mnie ekscytujące poznawać siebie :)
Przestałam używać racjonalizacji, które zagłuszały moje naturalne odczucia (mój stary zabieg).
Poczułam się, jakbym odzyskała wzrok i słuch!!! Jakbym z dnia na dzień oczyszczała się z tego, co nie moje, zrzucała starą skórę z siebie. Zdjęłam z twarzy ten okropny sztuczny uśmiech i zaakceptowałam emocje takimi, jakie były. (...)
No i wróciłam na jogę.

 

Sprawa ojca również się wyjaśniła,
a to dzięki kamiennym kręgom i deklaracji o odrzuceniu wszelkich zobowiązań. Niewiele mi po tym zostało.

Wcześniej nie rozumiałam czemu mi nie wychodziły wizualizacje, a miałam po prostu niezły bajzel w głowie. Z jednej strony chciałam być szczęśliwa, z drugiej szczęśliwi ludzie wydawali mi się kompletnie nie atrakcyjni i nudni. Z jednej chciałam uciec od niezdrowego trybu życia, z drugiej zdrowy tryb w ogóle mnie nie fascynował...
Jednym słowem musiałam wszystko zrozumieć i jakoś się ukierunkować.

 

Zaczęłam systematycznie
stosować afirmacje, które przywróciły mi w jakimś stopniu spokój.
Zaczęłam się modlić; o wszystko czego potrzebowałam, o najlepsze sposoby na moje plany, o wskazanie kierunku... I to przychodziło do mnie. (...) I tak to właśnie jest, słuchajcie, że jak się teraz gubię, to przypominam sobie co się działo na naszej ostatniej ceremonii, jak to się wtedy przytulaliśmy i czułam to wszystko, co było takie piękne...

I ja wtedy WIEDZIAŁAM i ZNALAZŁAM.
I to wspomnienie od razu mnie naprostowuje i sprowadza do kultury :)


 

 

  

ayahuasca 00 tKAROLINA
aktorka, malarka, pisarka... - ARTYSTKA

 

 

...zasiadam przy stole zastawionym miłością,
naiwnie nieświadoma tego, co tak naprawdę wokół się wydarza.
Z odwagą głuptaska przechylam pierwszy kieliszek wywaru. Kładę się i czekam...

Moje ciało zaczyna poruszać się w niesymetrycznym rytmie bolącego brzucha, w rytmie przeszkadzających mdłości.
Zaczynam się pocić i ogólnie czuję się bardzo źle, nieswojo, nieprzyjemnie.
Oczy chcą płakać, niewiele już słyszę z muzyki...

 

Pojawia się przy mnie Jarek z Aldoną;
on jest strażnikiem, ona żywą miłością, współpracują.
Aldonka przytula mnie od strony pleców i kładzie dłoń na moim splocie słonecznym.
Mimo ogromnego dyskomfortu i męczarni czuję od niej od ogromną falę miłości, jedną po drugiej. Przepływają przeze mnie fale ciepła i wibracji, wspaniałe.
Wiem, że całe dobro jest za moimi plecami.

 

Widzę światło,
które próbuje się przedrzeć zza kotary moich lęków, słyszę duszki natury, które zaglądają do mnie przez ramię - dobre i cudowne, pełne światła i barw. Jest tam ciepło i dobro. Widzę małe roślinki wokół, rosną, kwitną, i te małe istoty, takie leśne elfy, one czekają... są tak blisko, tuż za moimi plecami...
Ja jednak nie umiem im się poddać, nawet te fale w pewnym momencie mi przeszkadzają, choć wiem,
że potrzebuję ich ponad wszystko.
Jest mi skrajnie niewygodnie z samą sobą, choć nie jestem już dziś pewna, czy aby z samą sobą czy z czymś, co zadomowiło się we mnie bez pytania i za darmo (pasożyt paskudny, jeden z drugim).

 

Po dłuższej chwili fale
miłości wniosły iskierkę spokoju i już mogę dać ciepłu wejść we mnie...;
Ciało zaczęło się rozluźniać, znów byłam w stanie nim poruszyć tak, jak tego chcę.

 

Ręce powędrowały na boki
i leżałam w totalnym otwarciu, ayahuasca 0a aa4hana plecach, z rozłożonymi rękami.

Otwarte oczy widziały tylko powłoczkę świata zewnętrznego, bo zaczęłam widzieć oczami duszy - bez analiz i męki.
Sala ceremonialna nabrała blasku i światła, stała się jakby pełna ognia, który nas wszystkich ogrzewa.

 

Zorientowałam się,
jak głęboko mogę oddychać nosem! (Zwykle alergia nie pozwala mi oddychać...). Zatem oddycham! Mocno, szczęśliwie, wypuszczam stare powietrze ustami, wraz z nim to, co mi się nie podoba.
Czuję się coraz lepiej, czuję, że żyję, że jest tak, jak zawsze miało być.

 

Przypomniały mi się
wszystkie postacie (rzeczywiste oraz fikcje twórczości literackiej i filmowej), z którymi chciałam się identyfikować, którym zazdrościłam, które były moim alter-ego, które za coś podziwiałam.Za ich odwagę, za ich stabilność, za ich blask i za wiele innych aspektów, które - jak zrozumiałam - sprowadzały się do jednego.
Te kobiety miały Moc! Miały moc wewnętrzną, kosmiczną, umiały dokładnie wykorzystać to, kim są i wiedziały, że tylko ich niezależna miłość do samych siebie sprawia, że osiągają, co zechcą.

 

Nagle poczułam, że ja też to mam!
Dokładnie to, za czym rozpaczliwie gonię w zewnętrznym świecie. Już nie muszę, mam już wszystko! (..)
Czuję się jak po najwspanialszym zbliżeniu seksualnym z najlepszym partnerem, ten nieuchwytny moment błogości i jedności, z tą cudowną różnicą, że jestem sama i sama mogę się tak czuć, bo mam tę błogość i siłę zarazem w sobie...;
Rozkoszuję się tym, niezdolna się poruszyć i wytrącić z błogostanu.

 

Podchodzi do mnie dobra wróżka
(w ciele Aldonki, zresztą one są jednością), uśmiecha się do mnie i cieszy ze mną, że mi się udało TO poczuć.
Siada za moją głową, dotyka mojej twarzy.

Jej dotyk jest jak muśnięcie najdelikatniejszej we wszechświecie materii, nie można dotykać jeszcze delikatniej, radość w moim sercu wypełniała każdy zakamarek duszy.
Wróżka pozostawiła na mych skroniach i trzecim oku po kropli pachnącego olejku, który doskonale ukoił moje zmysły.
Muzyka zgasła....

 

Z trudem się podniosłam,
ale z ochotą przechyliłam kolejne dwie porcyjki. Paskudztwo pierwsza klasa!
Czuję się senna, zmęczona ..., idzie kolejna fala i już wykręca mi ciało, ja znów w pozycji embrionalno nabrzusznej, telepie mną, niedobrze mi, źle mi, bardzo źle, nie wiem, co się dzieje, przygniotło mnie do ziemi.
Zaczynam wydawać dźwięki i odgłosy bardzo dziwne: wyję, wyję na różne sposoby, wołam pomocy!
Wchłonął mnie dziwny świat, w którym bardzo nie chcę być, a czuję, że nawet przypomnienie sobie stanu błogości sprzed godziny nie daje rezultatu. Nie działa, samo się dzieje!
Najbardziej miota moim ciałem. Wykręcam się, moje kończyny zachowują się tak, jak na filmowych egzorcyzmach...;

 

Istotnie czułam się,
jak ofiara opętania. Nie było MNIE, moje wewnętrzne ja było tarmoszone za mordę w każdym z możliwych kierunków, było upokarzane i zdeptane, ja się nie liczyłam.

Ogarnął mnie smutek, żal i rozpacz nad sobą samą. Płakałam i na powrót mną targało.
Jarek z grzechotką przyszedł mi na ratunek. Dobry w całej swojej istocie, ciepły, współczujący...;
Moje malutkie i uciemiężone "ja" bardzo się ucieszyło, gdy on się pojawił.
Ułożył się przy mnie, złapałam jego dłoń i ściskałam mocno, jako jedyne dobro, którego mogłam się chwycić.
Było bezpieczniej. Wiedziałam, że póki on jest przy mnie, to jest szansa, że to w końcu minie.

Po upływie koszmarnie długiego czasu wciąż wydawałam z siebie dziwne i przerażające dźwięki, miotało moim ciałem, czułam męki i mdłości, niemoc...;
Jarek głaskał mnie po głowie. Matka Natura łaskawie dawała mi dłuższe przerwy w zapętlonym kole cierpienia, wtedy patrzyłam Jarkowi w oczy. On doskonale wiedział, czym to jest, kiedy odejdzie i dlaczego się dzieje.

Patrząc mu w oczy też zaczynałam rozumieć, że muszę to przeżyć, po prostu muszę.
W pewnej chwili czułam jak Matka Natura Ayahuasca patrzy przez moje oczy i uśmiecha się do Jarka przez moje usta, jej uśmiech był szyderczy i surowy, jakby mu mówiła:
- wciąż jej mało, co? Nadal nie rozumie. Jeszcze raz.
- I wyszła ze mnie fundując mi kolejne zatoczenie koła mojego koszmaru.

 

Wszystkiemu towarzyszyła muzyka.
Z jej przewodnictwem zrozumiałam kilka kwestii na temat swojego życia i relacji z różnymi ludźmi.
Konkretne dźwięki czy instrumenty reprezentowały poszczególne osoby, one tam były, choć nie chciałam, by akurat były świadkami mojego upadku.

 

Zrozumiałam że mrok,
przez który przeszłam, jest we mnie i jeśli nie będę uważna i nie wyselekcjonuje relacji i sytuacji życiowych,
w które się pakuję, to zawsze będę na głodzie miłości i szczęścia, których nigdy nie znajdę na zewnątrz.

Siła mroku jest ogromna.
Mam w sobie zarówno mrok jak i światło - tworzą całość, idealnie ze sobą sklejone.

Teraz będę wybierać świadomie i uczyć się korzystać z obu, ale tym razem nie pozwolę
rozhulać się koszmarom samopas po mojej pięknej duszy. Choć ta, starym nawykiem traktuje ciemną stronę Wenus jak narkotyk,
coś ją tam ciągnie. Poznałam ją już w duszy i w ciele, poznałam w życiu.. tak, jak poznałam lustra, którymi byli ludzie mojego mroku.

 

Czas na Światło, czas na Miłość!
Choć dopiero raczkuję, to świat zewnętrzny (popularnie zwany rzeczywistością) już zaczyna formować się według mojej woli. Ukaże mi swoje piękno i wskaże ludzi pełnych światła i wewnętrznej, bezwarunkowej Miłości.

 

ayahuasca 0a aa4hNa drugi dzień
czułam się jak na największym życiowym kacu.
Przewalcowana, przemielona przez maszynkę, pobita, wypluta i pozostawiona na pastwę rekonwalescencji.

Wypiłam napój, obrzydlistwo jedno, fe... Szybko też poczułam nadchodzące mdłości i dyskomfort cienia z dnia poprzedniego.


Jarek jak dobry tata
"wywlókł" moje pokurczone ciało do toalety, gdzie czarodziejskim sposobem spowodował we mnie falę okrutnych torsji, a po totalnym wyczerpaniu zaprowadził mnie z powrotem i kazał ułożyć się w embrionie.

Było mi wszystko jedno!

 

Zapadłam się w ciepełko
miękkiej materii i z zamkniętymi oczami wsłuchiwałam się w muzykę oraz bicie mojego serca. Czułam się jak w łonie matki. Taki maluch, co się jeszcze nic o świecie nie dowiedział.
Zrozumiałam, że w trakcie męczarni umarłam, teraz czekam na narodziny.

 

Po chwili zdawało mi się,
że właściwie, to już jestem bardzo maleńkim noworodkiem, sklejone oczka otwierają się i widzę kawałek wielkiego świata wokół. Jeszcze mi się nie podobał. Nadal rozkoszowałam się ciepełkiem i odpoczynkiem po strasznym wysiłku.
Z każdym kolejnym ziewnięciem moja bobasowatość rosła i zaczęłam zmieniać pozycje na wygodniejsze, zmieniłam nawet bok i widziałam swoich towarzyszy.

 

karolinkaNagle Ona mnie zauważyła,
Matka Natura, Ayahuasca, Aldona (one są jednym podczas ceremonii), patrzy i podchodzi do mnie.  Ułożyła się twarzą w twarz do mnie, obdarowała mnie swym cudownym uśmiechem, delikatnie ucałowała mój palec i zaczęła szeptać:
...Będziesz wielką gwiazdą, jeśli tylko pozwolisz sobie nią być, gdy pozwolisz tej gwieździe błyszczeć z głębi twojego serca.
Gwiazda błyszczy własną mocą. Nie potrzebuje pogubionych mężczyzn.
Oni tylko przychodzą się ogrzać. Bo tylko kobiety mają to ciepło.
A Ty łaskawie pozwolisz im się ogrzać i zrobić dla siebie wszystko, albo nie.
Będą przychodzić po niebo, jakie stwarzasz wszędzie tam, gdzie się pojawisz, a oni zrobią wszystko, by być przy tobie.Możesz im łaskawie dać bezwarunkową miłość, taką, którą sama stwarzasz i nie jest ci nic z zewnątrz potrzebne. Dajesz z radością, bo w tobie jest moc.
Pozwól Matce Naturze przeprowadzić się przez wszystkie aspekty miłości.
Zostawiam cię z nią. Kocham cię bardzo.

 

Mogłam odpowiedzieć
jedynie łzami wzruszenia i uśmiechem wdzięczności. Moje serce otworzyło się!
Moje ciało znów przybrało pozycję otwarcia, na plecach, rączki na bok, otwarte dłonie w geście dawania.
Z pomocą muzyki, jaka mnie dochodziła, przeniosłam się do wielu światów po kolei, przeżyłam miłość i swoją odwieczną wewnętrzną moc.
Byłam księżniczką pośród elfów, żyjących na magicznych prawach Matki Natury (takie Rivendell z Władcy Pierścieni).
Byłam wśród ludów pradawnych w lasach, kiedy to natura i jej bogactwo były mi dobrze znane.
Byłam hinduską księżniczką, byłam kobietą pełną mocy, taką, którą zawsze chciałam być!
Przepiękne stany duchowe; moja dusza była ukołysana pieśnią miłości.
- Nie można wyrazić tego słowami...

 

ayaguasca  Jarek 1Znów pojawił się Jaruś!
Podszedł i przysiadł przy mnie.
Położył mi rękę na klatce piersiowej i dał mi nieograniczone strumienie ciepła i miłości.
Było cudownie!

 

Rosłam w siłę,
przepełniało mnie czyste dobro i radość, uśmiech na twarzy wyciskał się automatycznie, łzy wzruszenia leciały samoistnie, a ja dryfowałam po światach pełnych spokoju, harmonii, ciepła, miłości, nieskończonego piękna wśród wyższych bytów, które subtelnie manifestowały swoje energie.

 

Widziałam moich duchowych rodziców.
Naszym domem był indyjski pałac, droga, taras do jego wnętrz prowadził po białych, marmurowych chodnikach, pomiędzy nimi woda/fosa, na wodzie rosły lotosy.
Na tarasie bawiłam się z Matką Naturą (jednocześnie z moją matką),
widziałam ją przez cały okres swojego dorastania w blasku jej miłości.
Była zwiewna, piękna, miała cudnie mieniącą się indyjską szatę w kolorach pomarańczy, z orientalnymi wzorami.

 

Wzory były wszędzie wokół
podczas trwania całej wizji piękna. Tańczyła ze mną, podziwiałam ją, naśladowałam, a ona uczyła mnie, jak pielęgnować wewnętrzną moc i jak emanować dobrem i miłością, bo tylko wtedy inni będą wspierać mnie na mojej drodze.

Małe elfy i duszki przyrody były na moje zawołanie, bawiły się ze mną i opiekowały się mną, dostawały ode mnie miłość i wdzięczność - totalna harmonia.

 

Biegnę w kierunku ojca,
który jest pięknym, ogromnym, białym lwem. Jego grzywa promienieje światłem, skrzy się jak diamenty. Wtulam się w nią, jest ciepło, miękko, bezpiecznie i radośnie. On też gwarantuje mi swoją opiekę podczas okresu mojego dorastania. Uczy mnie, bym była gotowa radzić sobie sama. Abym była spełniona i szczęśliwa sama ze sobą. Abym była pełna mocy, dzięki której spełnię każde swoje pragnienie i tam, gdzie się pojawię, sprowadzę niebo na ziemię.

Rozumiem to, co mi dają. Kocham ich ponad wszystko, jestem im wdzięczna.

 

Jarek wziął w pewnym momencie misę tybetańską
i postawiwszy ją na mojej przeponie grał na niej, wpuszczając we mnie doskonale harmonizująca energię, fale absolutu przechodziły przez całe moje ciało, łzy radości same spływały symetrycznie z kącików oczu, po policzkach i figlarnie wpadały do muszli uszu.
Zaczęłam fizycznie bawić się miłością, którą tworzyłam w głębi serca. Ona wypływała z mojego wnętrza, a ja lepiłam w rękach różne jej kształty i wysyłałam w przestrzeń, pomagałam jej rozpłynąć się w przestrzeni dmuchając w nią strumieniem powietrza. Mój ruch był płynny i spokojny, dobry, doskonały.


Moje serce było (jest!!)
diamentową gwiazdą, lekko mieniącą się kolorem wrzosowym.
Jest to symetryczna kombinacja diamentowych elementów tworząca dużą całość, przypomina jednocześnie serce i gwiazdę w jednym. Lśni jasnym światłem.

Im więcej wysłałam miłości, tym więcej jej powstawało w moim sercu, fizycznie nawet czułam jak to się wydarza.

 

Pojawili się po kolei
wszyscy mężczyźni mojego życia, z którymi byłam związana, których pokochałam, którzy nigdy nie pokochali mnie. Uśmiechałam się do nich. Każdy  mógł pojawić się i odebrać tyle miłości, ile mu było potrzeba, tyle, ile jego serce potrzebowało do ukojenia.
Cieszyli się jak dzieci.
Dałam im wszystko, wysłałam z radością oceany miłości. (Do kilku wysyłam wciąż, wiem, ze nadal jej potrzebują i wiem, że to mój karmiczny dług wobec nich. Niech mają i niech biorą z nawiązką, mnie już nie braknie!).
Wysłałam też mojej rodzinie, mamie, braciom, Aldonce, Jarkowi, moim duchowym opiekunom.... Czułam się doskonale.

 

Potem Jaruś wziął dzwonki
zamiast misy i zagrał nimi nad moją głową i nad stopami. To były kolejne fale radości, które przeze mnie przeszły, we mnie weszły.
Wiele się wtedy działo, lecz nie było w tym chaosu, nie było niepokoju, wszystko miało swój łagodny rytm i bogactwo. .... chciałam by stan doskonały trwał zawsze i wszędzie i nigdy się nie skończył.....

 

Nagle Jarek zza pleców mówi do mnie:
Daj rękę. Cała grupa trzymała się za ręce liniowo. Poczułam jak strumień miłości w postaci pioruna przechodzi przez nasze połączenie dłoni, połączenie dusz, serc, byliśmy naprawdę RAZEM. PEŁNI MIŁOŚCI, STANOWILIŚMY JEDNOŚĆ. Już wszyscy zrozumieliśmy, że MIŁOŚĆ JEST KLUCZEM!

 

Zawsze chciałam doświadczyć
magii i przenieść się w doskonały świat, czysty i pełen harmonii. Tak się czuję na wspomnienie całego pobytu w miejscu pełnym MIŁOŚCI, u moich najwspanialszych szamanów Aldony i Jarka.
Dziękuję z wszystko.
Kocham Was!


 

 

  

ayahuasca 00 uMACIEK
przyszły aktor

 

 

 

Na ayahuascę przyjechałem
z moją matką (mam 21 lat). Czuła potrzebę wzięcia w tym udziału, a ja z ochotą się przyłączyłem. Jechałem po nowe doświadczenie i z nadzieją, że może to coś zmienić w moim życiu, które i tak w sumie było całkiem udane.
Nie miałem wielu problemów, no, może oprócz tego, że nigdy jeszcze nie miałem dziewczyny.
Tak czy inaczej, byłem usatysfakcjonowany swoim dotychczasowym życiem. Do czasu...

 

Pierwszym piciem byłem zawiedziony.
Przeleżałem 3 godziny, posłuchałem ładnej muzyki i tyle.

 

Drugie picie
było podobne. Co prawda pojawiały się jakieś wizje, obrazki, które zainspirowały mnie do namalowania ich (lubię rysować, malować...), ale czułem, że to nadal nie jest to...

 

Jazda zaczęła się po trzecim piciu.
Drugiego dnia przed ceremonią wyciągnąłem kartę tarota, która kazała mi odkryć swoją kobiecą naturę.
Położyłem się na swoim miejscu... i zaczęło się! Zacząłem wyprawiać jakieś dziwaczne wygibasy, przy czym czułem się niesamowicie subtelnie, zmysłowo i lekko.

 

Po jakimś czasie
do wygibasów doszło nowe zachowanie. Wyciągnąłem rękę do góry, czułem jak wszystkie mięśnie się w niej napinają i mając zamknięte oczy zobaczyłem, jak niebieski strumień energii wpływa przez moją dłoń do... ciała?
Nie, nie do ciała. Po prostu do mnie.

Po tym przepływie rozluźniłem się i zacząłem wić się dalej.

 

Sytuacja powtórzyła się kilkukrotnie
z różnymi kolorami energii.

Potem wszyscy usiedliśmy razem i trzymaliśmy się za ręce. Kiedy złapałem kolegę obok mnie, poczułem od niego nieprawdopodobną siłę. Jeszcze nigdy nie trzymała mnie tak silna osoba.
Czułem się spokojnie i bezpiecznie. Czułem Miłość, krążącą wokół nas i w nas.

 

Czwarte picie
było najbardziej niesamowitym doświadczeniem w moim życiu!

Powtórzyła się akcja ze ściąganiem energii, tylko tym razem bez wygibasów i nie ściągałem jednego koloru, tylko całą tęczę barw! Czułem się naładowany po brzegi tą energią.
Potem było jeszcze lepiej. Wyciągnąłem obie ręce ku górze, rozłożyłem je szeroko i przyjąłem tak ogromny ładunek tego tęczowego światła, że zacząłem śmiać się na głos.
- Bywa tak, że śmieję się, aż nie mam już czym oddychać i do tej pory zdawało mi się, że to jest najintensywniejszy śmiech, jaki może mnie ogarnąć. - Śmiech po przyjęciu energii nie zatykał mi oddechu, był donośny, pełny i czułem jego moc.


Potem schowałem się
pod koc i chyba wtedy doświadczyłem całkowitego podłączenia do Źródła.
Czułem się dosłownie Bogiem! Chciałem zniszczyć ten świat i wybudować w jego miejscu nowy. Czułem, że naprawdę mogę to zrobić! Towarzyszyła temu radość, jakiej jeszcze w życiu nie doświadczyłem.

Potem dotarło do mnie, że nie chodzi o zmienianie całego świata, a tylko swojego.

 

Wszystko stało się dla mnie proste.
Zniknęły moje lęki, ogarnął mnie spokój i poczułem, że nie jestem ZADOWOLONY, tylko SZCZĘŚLIWY, a to wielka różnica!

 

Na wstępie powiedziałem,
że moje życie wydawało mi się dobre. Było dobre.
Teraz jest WSPANIAŁE! Czuję wewnętrzną siłę, Miłość... Zmienił się nawet sposób, w jaki głaszczę kota - kiedyś robiłem to dla siebie, bo kot jest puszysty i przyjemny w dotyku. Teraz czuję przepływ Miłości, pewność siebie.

Ufam Życiu, że mnie nie skrzywdzi, a będzie tylko pouczać.
Dziękuję Bogu, Ayi, Aldonie, Jarkowi i wszystkim współuczestnikom ceremonii, że mogłem przeżyć tak niesamowite i odmieniające chwile .
P.S. Jutro idę spotkać się z dziewczyną, która bardzo mi się podoba. I nie czuję żadnego strachu ani blokad. Będzie pięknie! 


 

 

 

marta NMARTA
konsultantka feng-shui z Londynu

 

 

PIERWSZY DZIEŃ - UMIERANIE
Po wypiciu swojej porcji zamknęłam oczy i czekałam na wizje.
Nie bałam się, byłam tylko przejęta, bo nie wiedziałam, co mnie czeka.

Po kilkunastu minutach odczułam lekkie mdłości, pojawiły się różne myśli, osoby, obrazy.
Widziałam pode mną ciągnące się w nieskończoność, skomplikowane konstrukcje z czarnego metalu.

 

W pewnej chwili
wszystko wypełniło się plamkami w odcieniach turkusu, zieleni, granatu i błękitu.

Plamki pulsowały, delikatnie falowały, a pośród nich uformował się pysk smoka bądź wielkiego ptaka, którego dosiadłam.
Zaczął on poruszać się bardzo delikatnie, i unosząc mnie falował niczym wąż. Wolno płynął przez przestrzeń, a plamki zmieniły się w ławice maleńkich rybek.

 

Nagle wszystko znikło,
a ja poczułam się bardzo źle.
W jednej chwili spadłam z ogromnej wysokości w dół, wciągnięta w bezdenną pustkę. W ogromnym tempie, jakby ktoś zrzucił mnie ze skały. Nie było już odwrotu. (...)

Zaczął się koszmar! Czułam się źle - fizycznie i psychicznie. Bałam się zamknąć oczy, bałam się że umrę.
Jednocześnie zanurzyłam się w swoich panicznych myślach.
Czułam, że nie kocham życia, ale że nie chcę też niczego zmieniać w taki właśnie sposób.

 

Pilnowałam się,
aby nie zamknąć oczu i nie "odlecieć". Czułam tylko strach, bezsilność i poczucie winy. Chciało mi się płakać. Chciałam wrócić do domu!

Wiedziałam, że muszę wiele zmienić w swoim postępowaniu, czułam się winna.
Nie potrafiłam wymiotować i byłam wdzięczna psu, który właśnie przyszedł i przylgnął blisko mnie. Poczułam, jak wszystko to zabiera ode mnie, że uwalnia mnie od strachu.

Trwałam w ogromnym bólu i wyczekiwałam jego końca.

 

Nie chciałam
brać udziału w drugim piciu. Wtedy Aldona wyszeptała, że jestem na wpół "martwa" i przekonała mnie, że jeśli się poddam do końca, Ayahuaska będzie dla mnie o wiele łaskawsza.

 

 NARODZINY
W następnej sesji znów widziałam rożne konstrukcje z czarnego metalu, ostro zakończone groty, wystrzelone w moim kierunku. (...)
Nagle wszystko pociemniało i czułam, że zaczyna się dziać coś ważnego, że jakaś siła pcha mnie ku górze.
W bardzo powolnym tempie przesuwałam się ku czemuś nade mną, ku jakiejś nowej przestrzeni.
Otaczały mnie ogromne insekty, zwrócone do mnie wnętrzem swoich odwłoków, zatopione w czerwonej pulsującej tkance.
Poruszały się i pulsowały, zacieśniając przestrzeń.
Była to długa i mozolna podróż. Nie bałam się, ale przepełniały mnie sprzeczne uczucia.

 Widziałam nad sobą światło.
Powoli dochodziły do mnie głosy i myśli moich przyjaciół z grupy, że jeszcze tylko "trochę" i będzie po wszystkim, że oni są tam/tu po to, by mi pomóc.

Byłam wewnętrznie rozdarta, z jednej strony chciałam się "przebić", z drugiej obawiałam się tego, co mnie spotka po "tamtej" stronie.
W toalecie "ujrzałam", jak wyrzucam z siebie pająki, karalucha i kilka innych insektów.
Poczułam ulgę.

 

Wróciłam na miejsce,
położyłam się i zamknęłam oczy. Wciąż się przesuwałam. W końcu jednak podjęłam decyzję : "dobrze.. ok..spróbuję.." i spojrzałam w górę, by zobaczyć światło.

Było nad moją głową, jasne, mgliste, dobre, jaśniało pośrodku jakby ogromnej kopuły, ogromnego przestrzennego sklepienia.
Czułam jak wychodzę powoli z tunelu, jak zostawiam insekty i powoli unoszę się do tego światła, jak w nie wchodzę, a ono przesuwa się po mojej twarzy i wciąż idę w górę.
Wzniosłam się do niego i w tym samym momencie przepełniła mnie ogromna radość.

Otworzyłam oczy i WIEDZIAŁAM, że właśnie oto narodziłam się na nowo!

 

Zbliżyłyśmy się z Aldoną
do siebie w ogromnej radości. Chciałam dać jej odczuć, jak bardzo ją kocham. Tuląc się do niej szeptałam, że narodziłam się na nowo, że dziękuję wszystkim, że mi pomogli.
Cieszyłam się jak małe dziecko, chciało mi się śpiewać i tańczyć.
Miałam wrażenie, że wszyscy się budzą, podchodzą do nas uśmiechnięci, radośni.
Usłyszałam że "narodziła się księżniczka".

 

Czułam do Aldony i Jarka
wdzięczność i miłość, jaką dziecko odczuwa do rodziców. - Stali się moimi duchowymi rodzicami.
Przepełniało mnie ogromne poczucie szczęścia, bezpieczeństwa i niesamowita radość.

Czułam się pełna wigoru, wciąż się śmiałam do siebie. Szczebiotałam jak ptaszek, nie do końca zdając sobie sprawę, że nie są to tylko moje myśli ale też słowa wypowiadane na głos.
Poprosiłam Aldonę, aby brała ode mnie energię regeneracji i odnowy, aby pozwoliła sobie być obdarowywaną.
Czułam, jak wraca do sił.
Chciałam żeby była silna, aby dawać życie innym nowym, pięknym, duchowym dzieciom.
Bardzo jej dziękowałam. Przepełniała mnie euforia i światło życia.

 

ayaguasca Aldona 1Aldona! Byłaś dla mnie
symbolem Matki Natury, Gai.
Byłaś tą, która wydaje na świat Nowe Dzieci, a ja byłam Miłością.
Przekazywałam Ci tę Miłość w każdym wydechu i dotyku i ona nas wypełniała.
Matka Natura i Miłość to jedno. (Trudno to opisać słowami)
Miłość płynęła przez czubki moich palców, przez oczy i usta.
Z każdym wydechem wdmuchiwałam Ci tę energię, a ona płynęła przez Ciebie jak różowo biały potok rozświetlając i rozgrzewając Cię od środka. 

 

Jakiś czas później
widziałam siebie znajdującą się w Tobie i zarazem w centrum piramidy.

Widziałam przepływający przeze mnie strumień różowej energii Miłości, widziałam piękne owalne lśniące kamienie różowego kwarcu w sercach wszystkich kobiet na świecie i to jak są one połączone tą Energią ze Źródła.
Natomiast w sercach wszystkich mężczyzn pojawiły się diamenty najdoskonalszego szlifu i blasku. Kamienie tworzyły iskrzącą się siatkę. Granice naszych ciał rozmyły się. - Był tylko cudowny przekaz Miłości..

 

Jarek!
Odczuwanie Miłości umożliwiło mi przeżycie i doświadczenie miłości ojcowskiej.
Wiele to dla mnie znaczy, ponieważ jako dziecko jej nie otrzymałam. To było głębokie, radosne i pełne zaufania uczucie.
Jesteś jak Strażnik, silna energia ochronna. Nauczyłeś mnie też tego, że im mniej słów, tym więcej przekazu z serca. Wiem, że odpowiedzi przyjdą w snach.

Jeszcze raz Ci dziękuję, Jarku. Zawsze wysyłam moc Miłości dla Ciebie a pąki lotosu pełne przekazu prosto w Twoje ręce.
Będziesz wiedział co z nimi zrobić. :)

 

W pewnym momencie
miałam wizję, jak znajdujemy się z Waldkiem (moim mężem) w ciepłej przytulnej komnacie, wypełnionej delikatnym pomarańczowo białym blaskiem świec.
On leżał w centrum, na podwyższeniu, owinięty lekko w biały materiał.
Wyglądał jakby głęboko spał, dłonie miał skrzyżowane na piersi. Ale spał snem niezwykłym, jakby snem wiecznym.
Pochylałam się nad nim i obmywałam go wodą. Miałam za zadanie go oczyścić i czuwać nad nim.
Woda była czymś świętym, pełnym znaczenia.
Wykonywałam tę czynność z czułością, przepełniona Miłością i nadzieją że wkrótce zobaczę piękny, najdoskonalszy lśniący Diament.

 

Miałam niezwykły kontakt
telepatyczny z grupą; czułam myśli wszystkich i to, jak reagują na moje myśli.
Powoli się wyciszałam i koncentrowałam.
Czułam, jak przepełnia mnie energia Miłości i Światła, jak wpływa ona we mnie i zaczyna wypełniać całkowicie.

Zostałam wewnętrznie poproszona, by podzielić się tą energią Miłości.
Pozwoliłam by wypłynęła najpierw przez moje ręce.
Dłonie zaczęły poruszać się w symboliczny, starożytny sposób.

Widziałam, jak energia miłości wypływa przez czubki moich palców i zostawia w przestrzeni harmonijne wzory ze światła w rytm radosnej muzyki. Rąk było cztery.

 

Czułam się księżniczką,
która odrodziła się w świętym domu, w szlachetnej rodzinie z Indii.
Wszyscy stanowiliśmy rodzinę duchowych istot.
Czułam ogromny strumień miłości, który przepływał stale przeze mnie, strumień energii miłości bezwarunkowej.

Wiedziałam, że ta energia nie jest moja, że zostaję nią napełniona i że mam jej pozwolić płynąć dalej, do innych istot. Czułam jak jestem poproszona o główny przekaz - Przekaz Miłości.
W tym cudownym momencie starałam się przekazać wszystkim to, że powinniśmy stworzyć krąg, ujmując się dłońmi, a krąg nie powinien być zamknięty lecz pozostać otwarty. Dwie osoby, które tworzyły to otwarcie, sprawiały, że Miłość płynęła na zewnątrz, dla innych, na cały świat.
Gdy zostało to uczynione, mogłam skupić się na przepływie tej energii. Przekaz brzmiał:

 

Wszystko jest Miłością,
jest przez nią utrzymywane, tworzone i rozprzestrzeniane. Źródło tej miłości zawsze biło z serca Ziemi.

W życiu codziennym powinniśmy cieszyć się, otaczać radością i śmiechem. W ten sposób rozluźniamy się, rozluźniają się nasze ciała i umysły. Wtedy doświadczamy Miłości.
Dowiedziałam się, że Mantra Om Mani Peme Hung jest aspektem miłości uspokajającej, stabilizującej i rozluźniającej wszystko.
Rozluźnienie jest bardzo ważne, by otworzyć się na przepływ miłości.
Mantra ta jest nieskończona i nikt nie powinien nawet starać się odnajdywać jej początków.

Rozluźnienie pomaga oddechowi, który jest ożywczą energią wszystkiego, jest białym światłem.

 

Czułam
jak wdycham głęboko energię Wszechświata, zamieniam w sobie "szare na złote" i wydycham cudowną energię, którą mogą chłonąć inni. Mantra wypływała z moich ust wraz z wydechem do ust i trafiała do każdej istoty na ziemi.
Dawałam miłość wszystkim. Widziałam swój czakram serca zupełnie otwarty.

Widziałam, jak ważne jest życie, jakie jest cudowne i to że energia Miłości i Życia są nierozerwalnie złączone i przejawiają się w oczach. (...) Czułam, jak to jest naprawdę komuś wybaczyć - że siła wybaczenia jest silnie związana z miłością - są nierozłączne i w tym samym momencie wszystko się "uspokoiło" i złączyło z Miłością.
Czułam, jak zmienia ona wszystko, jak uzdrawia. Wysyłałam ją do każdego - przez dotyk można przekazać ją każdemu!

 

Moje dłonie były bardzo ciepłe.
Energia wypływała przez dłonie i oddech.
Stałam na kuli ziemskiej a strumień Miłości, który przepływał przeze mnie, otaczał światłem Ziemię, uzdrawiając ją i napełniając odnawiającą siłą.

Widziałam, że przestrzeń jest bogactwem i każdy znajduje w niej coś dla siebie, czułam się tą przestrzenią.
Brałam od ludzi wszystkie ich pragnienia, żale i słabości - przemieniałam je siłą miłości i oddawałam im prawdziwe skarby, całe bogactwo przestrzeni.

Widziałam najskrytsze pragnienia i marzenia kobiet i mężczyzn, które sprowadzały się do poszukiwania źródła Miłości. - Dawałam im, czego pragnęli, wlewałam im w serca Miłość.
Widziałam, jak wszystko jest utrzymywane przez Miłość, jak wszystko jest energią i światłem. Widziałam, w jaki sposób energia przepływa, jak wszystko wydarza się na najwyższym poziomie i nieustannie wibruje.

 

Zrozumiałam,
że wszystko jest najpierw myślą, potem energią a na samym końcu się materializuje.

Widziałam, że energia krąży, skupia się i przybiera ruch koła. Widziałam , że czas jest kołem.
Rozumiałam w pełni znaczenie symbolu Yin i Yang. aaa1078
Rozumiałam też ruch ciała węża - świetlany wąż pokazywał mi dlaczego ludzie chorują.
Cieszyłam się, że miłość może przepływać przeze mnie do innych.

 

Widziałam,
jak jestem związana z piramidą Yantra. Stanowiłam jej środek, energię Miłości.
Strumień Miłości był jej centrum.
Potem nie musiałam już robić niczego. Cieszyłam się każdą chwilą, a obserwowanie innych i utrzymywanie wszystkiego w miłości było prawdziwą rozkoszą. Tylko to było najważniejsze!


  

 

 

ayahuasca 00 wADRIAN
kulturoznawca, siła robocza z Londynu

 

 

Było to kolejne już spotkanie.
Dowiedziałem się, że "odrobiłem lekcje" z pierwszego razu całkiem dobrze i gdy wszedłem w ten stan głębiej, pokazała mi, że działa oczyszczająco.
Aby tego nie stracić, każdego dnia powinienem zmieniać (tworzyć) siebie i otaczający mnie świat. Żeby świecił jasnym światłem miłości.

W pewnej chwili poczułem, że przechodzę inicjację i staję się wojownikiem światła.

 

To było coś
jak koronacja na rycerza, a gdy się dokonało, ogarnęła mnie wielka miłość.

Leżałem koło mojej dziewczyny, Asi, i cieszyłem się z tego, co przeżyłem. Aya pokazywała mi, że Asia jest moją niewiastą, która zawsze będzie na mnie czekać, gdy ja będę walczył o lepsze jutro.
To było jak jedna z bajek o rycerzach i królewnach, co wprawiło mnie w niesamowicie wspaniały humor.

 

Gdy Aldona zajęła się mną,
zdawało mi się, że widzę jakąś postać obserwującą mnie z góry. Nad moją głową robiło się coraz jaśniej... Miałem wizje bliskie oświecenia. Dotarłem do domu. (...)
Pamiętam też, że zastanawiałem się, jak to jest, że ludzie trafiają na ceremonie, w jaki sposób ona dobiera sobie ludzi, którym pokazuje swą mądrość.

 

Aya powiedziała mi,
że właśnie w taki, jak u Aldony. Ktoś przyjeżdża, uczy się i przekazuje pałeczkę dalej.
Powiedziała mi też, że bardzo lubi pomagać ludziom na ziemi i jest szczęśliwa, kiedy może tak czynić. Dowiedziałem się wszystkiego, co na ten moment było mi potrzebne. (...)

Potem Aya pokazała mi lęki innych ludzi i to, co ich blokuje. Postanowiłem podnieść się i trochę pomóc. (...)
Mam parę lekcji do odrobienia przed następnym piciem w przyszłości i wierzę, ze do tego czasu przygotuję sie dobrze.


  

 

 

marzena 098MARZENA
właścicielka firmy, producent mebli

 

 

Co dały mi rytuały?
- Doświadczyłam połączenia ze sobą, swoja pierwotną energią.
Jest to energia kreacji, energia serca; bezmierna, bezkresna, bez początku i końca. Jest bramą do wszystkiego, co istnieje.
Pojawiła się jako praźródło, środek wszechświata, a jednocześnie wiedziałam, że to moja pierwotna energia - z niej się wyłoniłam.
Zawiera całą wiedzę, od początku do tej obecnej chwili i dalej - w nieskończonym procesie rozwoju świadomości.

 

Poczułam ogromne bezpieczeństwo
i radość i moc. Poczułam się piękna i silna.
Zobaczyłam to przez serce, w którym jest ŹRÓDŁO. Otworzyłam serce. Uruchomiłam energię wielkiej, bezmiernej miłości, spokoju, bezpieczeństwa i wszelkiej mocy.

 

Nareszcie mogę pełną piersią oddychać,
bez obaw, że mnie ktoś zaatakuje. Nie muszę się kulić. Nareszcie mogę czuć radość, nareszcie nie ma we mnie żadnych zakazów ani nakazów. Nareszcie mogę w pełni doświadczać siebie -otwarcie i subtelnie - być jednocześnie wewnątrz siebie i być wszystkim tym, co na zewnątrz.

 

Przy otwartym sercu
nie ma samotności, nie ma możliwości kogoś lub siebie skrzywdzić.
Światło przenikło z mojego serca na zewnątrz i wprowadza rezonans we wszystko. Moc, której nic i nikt nie zniszczy.
Mam prawo do bycia człowiekiem w każdym jego przejawie. Mam prawo być małą "księżniczką" i wielkim twórcą. Jestem pod opieką najpiękniejszej istoty we Wszechświecie - siebie samej. Taki jest człowiek.
Wszystko, co piszę, bardzo dokładnie widziałam i fizycznie odczuwałam.
Dziękuję, że mi pomogliście stać się taką i wrócić do siebie. Cały czas mam rozgrzane serce.

 

OPIS CEREMONII
Pierwszy dzień - oczyszczanie, przygotowanie, świadomość...
Pojawiają się obrazy: moje wycofywanie się na pozycje przeciętności - tak, aby nie było mnie widać. Bardzo zawsze dbałam o to. Zrozumiałam, że dawno, dawno temu (poprzednie wcielenia) zablokowałam sobie prawo do bycia doskonałą, do wyróżnienia się z tłumu - nie wolno mi było świecić, szarość dawała to złudne bezpieczeństwo. Uwielbiałam bajkę o czapce niewidce.
Transformowałam to uczucie na budujące - wprowadzałam sobie pojęcia, że mam prawo być doskonała, mam prawo wiedzieć więcej, mam prawo świecić. Odczuwałam uwolnienie i radość.

 

Weszłam w moment,
kiedy dopiero co się urodziłam. Widziałam siebie w kołysce. Wyposażyłam malutką siebie w szczęście, radość, miłość, moc tworzenia. Dałam sobie narzędzie - umiejętność ochrony tak, by nic mnie nie skaleczyło emocjonalnie ani fizycznie, narzędzie do usuwania wszelkich bloków i stwarzania wszystkiego, czego pragnę.

 

Zaczęła się żmudna nauka
posługiwania się tym narzędziem. Musiałam "zobaczyć" i zakodować pewność, że wszystko potrafię - naprawić ciało, zmaterializować dowolne marzenie. - Nie było to łatwe, musiałam usunąć wątpliwość.

Dotąd biegałam jak po wstędze Mobiusa - niby w górę, niby w nowe a tak naprawdę w kółko. Taki jest umysł. Zmusiłam go, by stał się małym, zgodnym element w mojej konstrukcji (coś jak chromosom w łańcuchu DNA).
Tak zaczęłam się uczyć tworzenia siebie na nowo. - Gdy tylko pojawiała się gorsza myśl, przypominałam sobie, że potrafię sobie radzić.
(...) Nastąpiła erupcja światła - stworzyło się coś nowego, czego jeszcze nie rozpoznałam, choć było oczywiste.

 

Drugi dzień - budowanie, połączenie, transformacja...
Zaczęło się od bardzo złego samopoczucia, smutku, samotności, zgniecenia, lęku i prawie rezygnacji. Poczułam, że coś mnie trzyma za szyję, dusi i siedzi na piersiach, nie daje oddychać.
Z ogromnym wysiłkiem próbowałam wydobywać z siebie jakąkolwiek pozytywną myśl o sobie.
Napłynęły obrazy z dzieciństwa. Byłam taka szczęśliwa, miałam dobre dzieciństwo, to co się stało ze mną?
Pojawiły się sceny, kiedy kończąc studia, pełna marzeń i pomysłów, otwarta i szczęśliwa wplątałam się w związek, urodziłam dziecko, wyszłam za mąż.

 

Marzenia zamieniły się
w traumę, nastały straszne dni samotności; stawałam się coraz smutniejsza, zamknięta i opuszczona, a życie zamiast być radością, zmieniło się w koszmar. - To było ponad moje siły. Przywdziałam zbroję, by więcej nie doświadczać bólu. Więcej nie byłam w stanie udźwignąć. Serce się zablokowało.

Późniejsze lata były trudną i surową nauką - ponownego odnajdywania się. Dziś wiem, że nie na próżno.
Poczułam się tak bezradna, jak nigdy. Wcześniej nie przyznawałam się do tego przed samą sobą - trzeba być przecież silną, zwartą i gotową... Poczułam jak ten wrzód pęka, jak wylewa się cały ten skrywany ból. Przestałam się bronić.

 

Aldona i Jarek pomogli mi,
przytulając mnie, masując serce i brzuch.... i powoli ból udawało się transformować.
Zaczęły napływać myśli, że jednak odczuwam miłość i ktoś mi w tym pomaga, pomaga zrzucić ten cały ciężar i że już nie jestem sama. Otwierało się zrozumienie, zaczęłam sobie uświadamiać, że przez długie lata w moim umyśle i ciele była samotność, pomimo, że byłam otoczona wspaniałymi ludźmi.

I zobaczyłam jak z dziury serca wydobywa się małe źródełko, kropelka za kropelką. I poczułam ogromną ulgę i zobaczyłam gdzieś w dole ŹRÓDŁO białego światła. Wiedziałam, że z tego się wyłoniłam. I wreszcie połączyłam się z tym ŹRÓDŁEM ponownie.
Właściwie to zawsze byłam połączona, zlikwidowałam tylko blokady.

 

Jestem już bezpieczna i silna,
bo mam siebie. Spełniła się intencja wypowiedziana przed ceremonią, że chcę się połączyć ze sobą, zlikwidować konflikt w sobie. Poczułam, że od teraz zawsze będę wiedziała, co jest prawdą, a co nie. Mam nieograniczony dostęp do całej wiedzy. Z siebie mogę czerpać do woli, całkowicie pewna, że co wiem, czuję i widzę, jest prawdziwe.
I pojawiła się łagodność i pojawiła się akceptacja każdej odmienności, inności ode mnie. - Okazało się, że bardzo bałam się innych.

 

Zobaczyłam i zrozumiałam,
że człowiek połączony ze sobą, gdy bazą jest energia serca i praźródła wiedzy, nie popełnia błędów.
Nie muszę się już o nikogo martwić, ani przed nikim zabezpieczać. Odzyskałam świadomość siebie - wolność i niezależność.
Poczułam ogromny spokój, dystans i szczęście. Po prostu jestem. Jestem wszystkim tym, co widzę czuję i wiem.

W tle akurat była muzyka indyjska. Pojawiły się obrazy indyjskiej księżniczki w pięknych, kolorowych ubraniach na rydwanie, zaprzężonym w dwa cudne konie. Chciało mi się tańczyć i śpiewać. Zaczęłam krzyczeć w myślach do koleżanki, leżącej obok: zobacz jaka jestem silna i szczęśliwa. JA ŚWIECĘ !!!

 

Poczułam, jakie mam ogromne,
niezbywalne prawo być spontaniczna, beztroska jak dziecko. I mogę tworzyć wszystko, co zechcę, gdyż jest to tworzenie bez błędów - w energiach serca i w stanie całkowitej świadomości. Serce coraz bardziej mi się rozgrzewało.
Cały czas byłam świadoma wszystkiego, co działo się we mnie i w tych, na których się skupiałam. Mogłam w każdej chwili wstać, otwierałam oczy, przy zamkniętych widziałam jak przy otwartych.

 

Wszystko, co się uruchamiało,
odczuwałam mocno w ciele fizycznym. Wiedziałam co robię i po co to robię.

Obrazy, zdarzenia były zaskakujące, ale nie obce - bardzo, bardzo długo oczekiwane, w pełni spójne z moją istotą i wiedzą. Uświadomiłam sobie, że wszystko to już dawno wiedziałam, tylko było ukryte, dając jednak siłę w momentach ciężkich kryzysów.
Mam w sobie moc tworzenia - nieograniczoną, dojrzałą, świadomą, spójną z wiedzą wszystkich istot ludzkich. Czuję się piękna i radośnie wypełniam wszystko doskonałością. Jestem

 

P.S. Muzyka - niesamowity jej odbiór to jest jeszcze jeden cudowny efekt uboczny po aya - trzyma mnie do dziś z tendencją wzrostową.


  

 

 

ayahuasca 00 waMAREK
właściciel firmy

 

 

Podczas rytuałów czułem się,
jak gdyby moja świadomość swobodnie unosiła się w przestrzeni. Ogarnęła mnie niesamowita euforia, piękno nie do opisania słowami. Obrazy i odczucia były jednym. Właśnie takiego stanu szukałem wiele lat!!!

Ayahuasca otworzyła moją duszę na nieskończone możliwości kreatywnych rozwiązań. Pokazała i uświadomiła ważność wyborów, których dokonujemy na co dzień.

 

Upewniłem się,
poczułem i całkowicie uświadomiłem sobie, że najpotężniejszą, wszechmocną, doskonałą, cudownie piękną i podstawową energią twórczego przejawiania życia na wszystkich poziomach jest właśnie energia MIŁOŚCI!!!

Tak! Energia miłości to wzór na moje życie. Właśnie na jej podstawie próbuję, wybieram, decyduję i kreatywnie rozwiązuję zadania w moim codziennym, wspaniałym życiu.
Cieszę się, że żyję i o tym wiem.

 

To prawda,
że po ceremonii ayahuasca jeszcze w nas zostaje. Ważną rzeczą jest też uświadamiać uczestników, aby po ceremonii jakiś czas normalnie rozmawiali z Ayą - ja to robiłem i oczywiście otrzymałem następne bezcenne dla mnie informacje.
Cały czas dbam o to, by utrzymać z nią kontakt. Energetycznie czuję się inaczej, trochę jak małe dziecko i jest to bardzo przyjemne. Nieustannie mam wizje przed oczami.
Dziękuję za taką możliwość i za Wasz profesjonalizm, za pomoc w pozbyciu się moich brudów, inaczej pewnie nie miał bym dostępu do ayahuaski. (...)

 

Było to najwspanialsze,
najpotężniejsze, najciekawsze, najcudowniejsze objawienie duchowe, jakiego doświadczyłem w tym wcieleniu.

ayahuasca 00 wbDostałem odpowiedzi, których szukałem bardzo długo!!!
Teraz już wiem, jaki jest sens mojego życia, wiem po co się urodziłem, wiem co mam robić i wiem jeszcze dużo, dużo więcej!!!

Nie spodziewałem się, że tyle dostanę...

 

Mam zamiar ogłaszać całemu światu,
jaką wielką i wspaniałą wartość niesie kontakt z Ayą.
Jest to idealny skrót do przepięknego, duchowego świata. Inaczej myślimy, inaczej mówimy, inaczej czujemy w ogóle stajemy się chyba innymi ludźmi. Wspaniałe, fascynujące doświadczenie. Szkoda tylko, że tak krótko trwało!
Dodatkowe zeznanie po dwóch latach

(na specjalną prośbę, gdyż Markowi niełatwo to opisać):
Ayahuasca całkiem zmieniła spojrzenie na otaczający mnie świat, miedzy innymi dlatego też - po kilkunastu latach zdecydowaliśmy się na drugą córkę. Rozmawiałem z nią przed poczęciem właśnie na ceremonii.

 

Aya już wtedy poinstruowała mnie,
jakie jest jedno z jej ważnych zadań na życie. Będę próbował ją w tym kierunku kształcić. -

Ayahuasca wyprzedziła czas, pokazała wzór, jak mam postępować. Długo bym musiał to opisywać, spróbuję posklejać parę zdań, ale to jest takie trudne...

 

Widziałem Postać
bezosobową i przeźroczystą. Surfowała w przestrzeni kolorów na czymś, co przypominało deskę surfingową. Była bardzo pochłonięta i zafascynowana, a może natchniona jakąś czynnością, którą wykonywała.

Przyglądałem się temu z boku. To uczucie tej fascynacji udzielało mi się trochę, było wspaniałe!!
Ayahuasca powiedziała mi, że to jest dusza mojego dziecka, które może się narodzić, oczywiście zdecydować miałem sam.
Zobaczyłem też jedną z rzeczy, które prawdopodobnie ma stworzyć w przyszłości (coś w rodzaju gry holograficznej, która ma uczyć ludzi kontaktowania się i obsługiwania swojej podświadomości. (Jest to trudne do opisania, opowiem wam dokładnie, jak przyjadę na najbliższą ceremonię. )

 

Aya powiedziała mi
to wszystko w taki sposób, że zrozumiałem, że chyba ma być to chłopak, do dzisiaj zresztą nie wiem. Pomyślałem sobie "super!" Chłopak! Wreszcie będzie jakaś równowaga". Zacząłem rozmyślać: żona, 13-letnia córka, dwie suczki, papuga-samiczka, teściowa za drzwiami i wykastrowany kot ! (Jeden kogut i sześć kur). A więc do dzieła!

Do zadania podszedłem bardzo zdeterminowany tak, że rach-ciach i po krzyku. Co miesiąc z żoną jeździłem do lekarza na USG i szukałem pędzla między nogami, aż tu nagle okazało się, że pędzla nie ma i nie będzie.

 

ayahuasca 00 wcMyślę sobie,
co jest? Czyżbym źle odczytał sugestię Ayahuaski?

Usiadłem pod piramidą, zamknąłem oczy i zacząłem pytać.
Odpowiedź była głośna i wyraźna:

Gdybyś wiedział wcześniej, jaki będzie rezultat, mógłbyś się nie zdecydować!!!
Twoje ego by na to nie pozwoliło !!!

 

Wow !
Dopiero zrozumiałem jaki byłem głupi. I znowu podwójne uznanie dla Ayahuaski za perfekcyjny sposób , który idealnie ominął moje ego.

Bo w tym przypadku na pewno by blokowało.
Z perspektywy czasu nie zamieniłbym mojej małej (foto) nawet na dwóch chłopców.


  

 

RobertROBERT
Właściciel firmy meblowej.
Dawny uczeń (z czasów warsztatów pracy duchowej.)
Wobec ayahuaski ponury, krytykancki sceptyk - namówiony na ceremonię przez brata.

 

 

 ...Powrót do rzeczywistości przebiegł dość gładko,
trzymało mnie jeszcze tydzień, równiutko do kolejnej niedzieli i to mocno.
Później kołowrotek, natłok spraw, zdarzeń i powrót do tego wszystkiego co było wcześniej ale... No właśnie ale.
Coś się jednak wydarzyło i nic tak na dobrą sprawę nie jest takie samo, jak było wcześniej.

I dobrze!

 

Niby nic się nie zmieniło
w moim życiu, patrząc z zewnątrz, nie dokonałem jakiś wielkich zmian i zajmuję się cały czas tym samym co wcześniej, ale ja wiem, że patrzę teraz na życie inaczej. Dostrzegam subtelne zmiany w sobie i w otoczeniu, myślę, że jestem choć ociupinkę lepszy dla ludzi i przede wszystkim dla siebie.

Chciałoby się więcej ale w tej rzeczywistości działa to jakoś wolniej. :)

 

Co do samej ceremonii to...
sami widzieliście, strasznie mnie sponiewierało.

Na początku było super, dostałem coś jakby menu w dobrej knajpie. Czyli taki przegląd możliwości, na co można liczyć. A wiecie jak się czyta kartę w super restauracji, gdy ma się wilczy apetyt. - Byłem pod ogromnym wrażeniem.
A potem się zaczęło!

 

Strasznie się wystraszyłem,
śmiertelnie (teraz to mi się już śmiać chce, jak to sobie przypomnę), ale wtedy byłem przekonany, że już po mnie, że umieram. I strasznie z tym walczyłem!

Nie czułem się jeszcze gotowy, a im mocniej się opierałem, tym było gorzej. Do tego dochodziło uczucie nieuchronności tego wszystkiego i przerażające uczucie, że ja już tego doświadczałem wcześniej (pytanie tylko kiedy?!), że ja już to wszystko znam
i że znowu trafiłem do jakiegoś strasznego miejsca.
Myślę, że byłem w piekle!!!

 

Czułem się oszukany!
W Was widziałem potwory, które mnie tu zwabiły (sorry, Aldona, za tą "wiedźmę" :) ).
Bałem się, że jak wykituję to obudzę się w jeszcze gorszym szambie.

Miałem wizję umierania w strasznych warunkach. (Wizje te wcześniej nękały mnie w koszmarach.) Nie mogłem się uspokoić. Spirala strachu nakręcała się, chciałem uciec. Nie! Nie uciec! Spier...lać! I to z piskiem opon jak najdalej, ŻEBY TYLKO TEN KOSZMAR SIĘ SKOŃCZYŁ.
I nagle doznałem olśnienia i zrozumienia ludzi, którzy jeżdżą na haju i zalewają się w trupa, żeby uciec.
A potem trzeźwieją nieraz w jeszcze gorszym bagnie.

 

Pierwszy raz poczułem
współczucie i zrozumienie - dostrzegłem jakby siebie w innym człowieku. (Do tej pory menele wzbudzali we mnie tylko wstręt, odrazę i agresję.)
Kolejnym olśnieniem było zrozumienie, jak powstają struktury oparte na strachu. Chodzi o strach przed zmianami, przed nieznanym. Myślę, że w moim codziennym życiu łatwiej mi teraz będzie to dostrzec.

Pomimo, że byłem już teraz taki "mądry", to dalej nie mogłem się uspokoić. - Dziękuję Ci, Aldona, za pomoc w tamtym momencie!

 

Nie będę się rozpisywał
o szczegółach, ale pomału z tego przerażenia jakoś mogłem się otrząsnąć i poczułem ogromną, głęboką więź z Aldoną.
Trudno to wyrazić, ale to coś jakby rodzina, ktoś bardzo, bardzo bliski. Takie uczucie, jak między rodzicami a dziećmi, między rodzeństwem albo dziadkami a wnukami.
Ciężko to wyrazić. Dziwne, bo w kontaktach z Wami zawsze myślałem, że to z Jarkiem mam lepszy kontakt.

W ogóle byłem zdziwiony, mój brat ciągle się jeszcze ze mnie śmieje, że pytam się notorycznie:
co to było?!

 

Dla mnie całe to przeżycie
z ceremonią było czymś, co nie da się porównać do niczego.

Nie doświadczyłem wcześniej niczego podobnego.
I niesłychanym odkryciem było to, że w tym innym świecie, spotkałem Was, zwłaszcza intensywnie doświadczyłem tam obecności Aldony, która - miałem wrażenie - czuje się tam jak w domu albo - chciałoby się powiedzieć - lepiej jak w domu. Ha ha!

 

Wracając do samej ceremonii,
to na drugi dzień miałem niezłego pietra i do końca nie wiedziałem, czy nie zrezygnuję. Bałem się powtórki z historii.
Wiedziałem jednak, że prędzej czy później muszę stawić temu czoła i że odwlekanie nie ma sensu.

Sam kontakt z duchem rośliny - bułka z masłem. Nie maiłem żadnych trudności, powiedziałbym, że jest to dziecinnie łatwe, samo się dzieje bez najmniejszego wysiłku.

 

Było fajnie,
ale zaczęły dopadać mnie znowu negatywne wrażenia, widziałem jak na talerzu tą zależność naszych myśli i emocji.
Jak sobie pomyślałem o sprawach, które traktuję jako problemy czy kłopoty, to od razy zbierało mnie na wymioty
i szybko zacząłem myśleć o sprawach przyjemnych; o mojej córci jak była mała, z czułością o sobie samym.
Np. zrobiłem sam sobie wirtualny masaż pleców, które bardzo mnie bolą i... Po chwili nudności znikały. Cudowna muzyka zaczynała grać dalej.

 

Jednak gdy się zapomniałem,
gdy choć na chwilę zacząłem myśleć o kłopotach to, (no kto zgadnie?) znów chciało mi się rzygać.

Pamiętam, że był moment, że zrobiło mi się bardzo niedobrze i Aldona spytała, czy mają mi z Jarkiem jakoś pomóc przez to przejść. Oczywiście od razu miałem przed oczami te horrory z poprzedniego dnia (Aldona - jeszcze raz wybacz mi tę wiedźmę :)).
Przypomniała mi się wcześniejsza rozmowa, że każdy musi przejść przez to sam.
I oczywiście podziękowałem.

Gdy Aldona usłyszała moje "nie, postaram się sam", mimo wszystko od razu przystąpiła do działania
(pytałam wyższego JA, nie Roberta - przypis Aldony): stożki, kadzidełka i takie fajne wiaderko, w które jak się delikatnie uderzy,
to czujesz nawet ostatni atom w końcówkach włosów - jak wibruje.

No i masaż Jarka, czułem jak do lodowatych stóp powraca życie.
Dzięki ci Jarku! REWELACJA!!!

 

Oczywiście
wewnętrzny krytyk tak szybko nie rezygnuje i coś tam podpowiadał, ale krytyka ma okropną wibrację, a po zażyciu herbatki wszystko działa natychmiast, więc w międzyczasie zachciało mi się lekko rzygać.

 

Na szczęście był to ostatni atak CIENIA!!!
Potem to już było z górki. Po tym, jak pomogliście mi przejść przez te ciężkie chwile, to już poczułem się jak zawodowiec na czarnym szlaku. Do końca odbywała się jakby zabawa-szkolenie, jak zachowywać się w nowej rzeczywistości. Ciągle trwała zabawna nauka, obserwowałem swoje myśli i ich reakcję, jak dokonują się zmiany. Raz na pozytywnie, raz na negatywnie.
Ciągle ćwiczyłem, negatywnych myśli było coraz mniej i nie powodowały już takich gwałtownych reakcji. To tak, jakbym się pomalutku dostrajał do właściwej wibracji.
I nagle przyszły same rozwiązania (niektórych) problemów z jakimi się zmagam.
Popłynęły łzy i zrobiło się cudownie.
TAKIE TO PROSTE!!!

 

No i proszę,
miesiąc się zabierałem za napisanie relacji i mi nie szło. A dziś pomyślałem, że napiszę Wam chociaż podziękowanie, bo znowu zleci czas i będziecie musieli mnie wrzucić do szufladki z gburami, a ja za takie towarzystwo to dziękuję :)

Dzięki za wszystko, ceremonia = REWELACJA!!! Obsługa techniczna super!!! Papa Smerf - zawodowiec! Dzięki Ci, Jarku, za opiekę. Aldonie za obecność po drugiej stronie. No i fajnie, że nie daliście mojej cielesnej powłoce uciec, bo byłby dym!
Jak to teraz wszystko zastosować w życiu? Będę się dostrajał i zobaczymy co z tego wyjdzie.
Mam nadzieję, do usłyszenia!

 

PS. Jeszcze coś ważnego mi się przypomniało!
Jednej jedynej wizji nie rozumiałem. Mianowicie, gdy postrzegłem siebie jako dzidziusia w brzuchu mamy, to czułem obecność innego istnienia. Widziałem coś, co można by opisać jako zalążek życia.
To była krótka, wręcz błyskawiczna informacja: zawiązało się nowe życie.
Ni przypiął ni przyłatał, aż tu nagle okazuje się: będę tatą! To stało się parę dni przed ceremonią.
Jak widzicie u braci P. ayahuaskowe dzieci to nasza rodzinna przypadłość :)


  

 

 

ayahuasca 0a bMACIEJ
bardzo poważny przedsiębiorca

 

 

(...) Porwany, wręcz wciągnięty
przez nauczyciela (nazwałem go AYA) znalazłem się w świecie, którego nie da się opisać słowami.

Piękne kolory, zmieniające się obrazy, wszechogarniające ciepło no i AYA.
Zmieniłem się w dziecko, a ONA, emanująca ogromną miłością zaczęła prowadzić mnie przez ten świat niczym przewodnik w muzeum, ucząc wszystkiego jak matka.

 

Cofnąłem się praktycznie do swoich narodzin.
Na początku AYA uczy mnie sposobu porozumiewania się między nami.

Jest to język gestów i odczuć fizycznych, którymi przekazywała mi pewne informacje. Co ciekawe ta nauka odbywała się bardzo szybko.
Pierwszą rzeczą, którą mnie nauczyła, to poddanie się czyli pozwolenie jej na działanie. Mrowienie w rękach to znak, że ma mi coś do powiedzenia, przekazania. Wtedy poddawałem się całkowicie.

 

Uczyła mnie tańczyć,
bronić się przed ciemnymi bytami, leczyć swoje ciało, sterować oddechem. Każda lekcja przeplatana była jakimś żartem z jej strony. Czułem się jak mały szkrab w przedszkolu, któremu podczas zabawy wpajana jest jakaś wiedza.

Po kilku takich lekcjach, zorientowałem się, że ją słyszę, a moje pytania uzyskują odpowiedź, zanim je wypowiem w myślach. Weszliśmy w kontakt telepatyczny. Te odpowiedzi powstawały w moim wnętrzu i rozlewały się w mojej głowie. Wiem, ze to brzmi trochę dziwnie, ale inaczej nie potrafię tego opisać.
Cały czas czułem wszechogarniającą miłość, czułem, że ta istota mnie kocha matczyną, ciepłą miłością i że jej na mnie zależy.

 

W pewnym momencie
wyraźnie poczułem, ze AYA posmutniała.

- Chcesz mi coś powiedzieć? - Zapytałem. - Coś złego?
- Tak. - Usłyszałem odpowiedź.
Nie chciałem tego usłyszeć i próbowałem zmienić temat. Później okazało się, że była to jedna z najważniejszych moich lekcji - lekcja zaufania do samego siebie.

- Nie uciekaj, to nic nie da. - Powiedziała.
- Ok. Słucham. - Zrezygnowany czekałem na cios.
- Ty już tu nie masz nic do roboty, choć ze mną....
Przeraziłem się nie na żarty

- Dlaczego? Zapytałem - Nie chcę, nie mogę.
- Dlaczego nie możesz?
- Obiecałem moim dzieciom, że wrócę, oni mnie potrzebują. - W te słowa włożyłem całe swoje serce.
AYA nie odpowiedziała, poczułem mrowienie w rękach, a to sygnał, że mam się poddać.
Chwila niezdecydowania, strach i nagle myśl, moja myśl... Przecież AYA nie skrzywdzi moich dzieci, musze jej zaufać".

Teraz wiem, że właśnie o to chodziło, o zaufanie, zaufanie do AYI, czyli do samego SIEBIE.

 

Poddałem się,
znów byłem dzieckiem, niemowlęciem.
AYA uczyła mnie wszystkiego od początku, ruchów, gestów, chodzenia, oddychania, tak jakby restartowała moje całe doświadczenie życiowe. Oczywiście cały czas czułem ogromną miłość, ciepło i bezpieczeństwo.

 

Kolejna lekcja,
trochę trudniejsza, odbywa się w toalecie. AYA uczy mnie decydować o sobie, panować nad swoim ciałem. Pokazuje jak przerwać drżenie ręki, jak powstrzymać odruchy wymiotne, jak zamienić odczucie zimna na ciepło.

- Poddaj się, nie walcz, teraz ja decyduję!
No i treść żołądka znajdowała drogę do celu... hehehe.

Było to fascynujące uczucie, JA panuję nad swoim ciałem, ono mnie słucha.

 

Wszystkie moje odczucia,
ciepło/zimno, strach/lęk zależą tylko ode mnie... Walka w toalecie trwała tak długo, aż zrozumiałem... TO JA DECYDUJĘ!

Ukazując mi odczucie mdłości i ścisk w okolicach żołądka prosiła, żebym to zapamiętał, jako pewnego rodzaju alarm. Alarm przed złą energią, przed chorobami. Pokazała mi, jak je odpychać, jak z nimi walczyć. Było to bardzo łatwe...
Pozbyłem się lęku przed ciemną stroną i poczułem się jeszcze bardziej komfortowo. Miałem nad nimi władzę i byłem od nich silniejszy.

 

Następna lekcja - lekcja miłości, najpiękniejsza.
Odbierałem miłość od całego Wszechświata, płynęła do mnie zewsząd i rozlewała się po całym ciele. Jedna Wielka Ekstaza. Potem oddawanie, wysyłanie w przestrzeń mojej miłości. I obezwładniające uczucie Harmonii. Te słowa wychodzą ze mnie automatycznie, nie zastanawiam się zbytnio, płyną z głębi serca, AYA jeszcze mnie trzyma w swoich objęciach.
Najpiękniejsze przeżycie - AYA pozwala mi zbudować na nowo relacje miłości z najbliższymi, z żoną i dziećmi. Zaczynam ich jakby lepić z gliny od początku i im więcej w to wkładam miłości, tym bardziej wyłania się oczekiwana postać. Bardzo wzruszająca chwila, płaczę, ale są to łzy szczęścia, euforii.
Dzieci. Trzymam w rękach te małe istotki, są przezroczyste, są czystą energią.
Żadne słowa nie są w stanie oddać tego, co czułem i czuję w dalszym ciągu, bo to nie przemija, te uczucia pozostają.

 

Kolejna lekcja,
lekcja miłości do kobiet. AYA pokazała mi ich piękno, kierując całą moja seksualność w kierunku tej jedynej, najważniejszej.
Było to bardzo zabawne, niczym ojciec lub matka groziła palcem zawsze, gdy w głowie pojawiał się stary stereotyp myślowy.

Później zrozumiałem, co mi chciała przekazać. - Kochaj w taki sposób żebyś nie krzywdził tych, których kochasz!
Zapytałem AYE. - Kim jesteś? - Wtedy poczułem mrowienie w rękach. Mój palec wskazał na moje ciało. Ona jest mną, zrozumiałem, moim wyższym JA.
- Pokochaj siebie! - Powiedziała. - Przytul się mocno i daj tyle miłości, ile możesz.
- Co mam zrobić, żeby o tym nie zapomnieć? - Zapytałem
- Oddychaj świadomie, od dzisiaj będziesz oddychał świadomie, a z każdym oddechem będziesz czuł, że jestem z tobą i kocham cię ponad wszystko. 
Zaczęła mnie uczyć oddychać, smakować zapachy. Po raz pierwszy poczułem, ze oddychanie może być takie przyjemne. Zresztą czuję to do dnia dzisiejszego.
- Oddychasz świadomie. - Powiedziała - Pamiętaj o tym.
I co jakiś czas przypominała mi. - Dlaczego nie oddychasz, udusisz się. Znów zapomniałeś?
- hahaha.

 

W pewnym momencie usłyszałem myśl: "uzdrowienie".
- Ja mam uzdrawiać?- Zapytałem. - Nie potrafię, nie chcę, to zbyt trudne.
- Masz uzdrowić siebie. - Odpowiedziała, a moje ręce bez mojej woli zaczęły dziwny taniec wokół mojego ciała, jakby wypychały z niego jakieś złe energie.
- Zobacz, jakie to łatwe. - Powiedziała. - TY DECYDUJESZ! Ta choroba została stworzona przez ciebie samego, po to żebyś mógł poznać dar uzdrawiania. Teraz możesz uzdrawiać innych.
W pierwszym odruchu trochę się przeraziłem, ale akceptacja pojawiła się prawie natychmiast. Później jednak okazało się, ze nie było to takie jednoznaczne i proste. AYA cały czas prowadziła jakaś grę i małymi krokami prowadziła tam, dokąd zamierzała mnie zaprowadzić.
Próbowałem uzdrowić, najpierw moją zonę i dzieci, odbierając od nich ich choroby. Poczułem silny ścisk w żołądku i odruch wymiotny. Potrafiłem już nad tym zapanować, a złe energie opuszczały moje ciało - po odkaszlnięciu czułem pewnego rodzaju lekkość.

 

Piszę trochę nie chronologicznie,
ale nie jestem w stanie odtworzyć wszystkiego dokładnie w poczuciu czasu. Przypomniałem sobie jak uczyła mnie śmiać się.

- Ty nie umiesz się śmiać. - Stwierdziła. - Nigdy się nie śmiałeś.
Było to bardzo zabawne i tym razem śmiałem się naprawdę. Zresztą nie tylko ja, moi przyjaciele z grupy również. Ten śmiech to był taki most porozumienia miedzy nami.

 

Ta sesja zmieniła moje życie na zawsze,
do rana nie mogłem zasnąć analizując każdy szczegół tego, co przeżyłem. Była to najpiękniejsza przygoda mojego życia. Nie wiedziałem jeszcze, że to dopiero początek...

 

Bez lęku i nadzieją,
ze znów spotkam się z tą cudowną, kochającą mnie istotką, przystąpiłem do ceremonii drugiego dnia.
Nie mogłem jednak znaleźć Ayi. Czułem, że jest, blisko, ale z jakiegoś powodu stanęła gdzieś z boku i obserwuje...
Pomyślałem, że może to jakiś egzamin, chce sprawdzić, czy coś zapamiętałem z poprzedniej sesji.

Od początku miałem problem z jakimiś bytami, które pchały się do mnie ze wszystkich stron, nie było to przyjemne, ale jakoś sobie radziłem.

 

Później zrozumiałem,
ze te demony to moje myśli i emocje, z którymi miałem się rozprawić. Taki prawdopodobnie był temat tej lekcji. Cały czas plułem, kaszlałem, czułem obrzydzenie...

Praktycznie nie miałem żadnych wizji, tak jakby ktoś wyłączył obraz w TV, ale dokładnie wszystko czułem, wiedziałem, co się dzieje. W pewnym momencie pojawiły się jakieś małe istoty o geometrycznych kształtach. Chciały żebym z nimi poszedł, wydawały się miłe, więc poszedłem za ich głosami.
Nagle usłyszałem dźwięk grzechotki Jarka i pojawił się rzeczywisty obraz tych istot, które nie były już takie sympatyczne.
Zacząłem się wycofywać. Nie były z tego zadowolone, biegały i przeklinały...

 

Znalazłem się w Dżungli,
zaczęły pojawiać się obrazy, ale bardzo oszczędne.
Przez moment byłem bardzo dużym drzewem. Czułem jego moc i siłę, chłonąłem to uczucie.
AYA prosiła żebym je zapamiętał. Potem byłem tygrysem, pojawiło się uczucie siły, gniewu i władzy. Następnie łanią - uczucie łagodności i bezbronności. Na koniec tej przebieranki pojawiłem się, jako słoń, czułem jak macham trąbą, jestem pewny siebie, nic nie jest w stanie wyprowadzić mnie z równowagi.

 

ceremonia102Praktycznie cały czas
miałem kontakt z grupą, każda chęć porozumienia była natychmiast realizowana, a wyrazem tego były emocje radości i śmiech.
Staliśmy się jak jeden organizm, jeden duch. Z tej sesji pamiętam jeszcze wyraźnie naszą wspólną akcję czyszczenia Łukasza.
Czułem jak wychodzi z niego mnóstwo różnego badziewia.
Znów musiałem pluć, kaszleć, miałem odruchy wymiotne, jednak dawało mi to dużo satysfakcji.

 

Tej samej nocy
po wypiciu kolejnej AYI wiedziałem, że będzie ostra jazda i to, co się wydarzyło zostanie już w mojej głowie na zawsze. Ogólnie było to jedno wielkie cierpienie i walka o życie, ale po tym doświadczeniu nic już nie jest w stanie mnie pokonać.

 

Zaczęło się niewinnie.
AYA pokazała mi koło, ze nasze życie to cykl i musi się w nim znaleźć wszystko, i dobro i zło, że najważniejsza jest równowaga i harmonia. Tak zbudowany jest Wszechświat i jeżeli chcę to zrozumieć, muszę to wszystko wchłonąć.
Nie zapytała nawet, czy chcę i zaczęła się jazda na całego. Tempo, w jakim zmieniały się obrazy, natłok informacji, które wpychały się do mojej głowy, był nie do opanowania. Myślałem, że eksploduję, że pęknie mi głowa.
Czułem się, jakbym miał zjeść cały Wszechświat, spakować go z powrotem do rozmiarów mieszczących się w mojej głowie.

Nie miałem wpływu na jakość tego, co pochłaniałem, było tam wszystko, co do niedawna miałem od siebie odpędzać, a teraz to wszystko było już we mnie.

 

Gdy tylko zdobywałem się na walkę,
od razu słyszałem głos. - Poddaj się temu! - Z drugiej strony wiedziałem, że za chwilę już tego nie wytrzymam. Chciałem to przerwać, prosić o pomoc, ale nie mogłem wydobyć z siebie ani słowa.

Znów usłyszałem słowa, ze, jeśli chcę się dowiedzieć, muszę się poddać całkowicie...
- Co to znaczy? Czy to znaczy śmierć?.... Ale co z moją rodziną, obiecałem, że wrócę, muszę wrócić. Nie chcę się poddać, walczę..., ale im dłużej stawiam opór, tym ból jest coraz większy.


Pojawiły się wymioty,
nie do opanowania, rozrywające mnie od środka.
Sprawiły, ze zacząłem myśleć o poddaniu, wiedziałem, że długo już tego nie wytrzymam. Jedyna rzecz, która mnie trzymała, to myśl o moich najbliższych. Gdzieś jakby w lustrze zobaczyłem swoja powyginaną w bólu twarz. Myślałem, ze to koniec... Znów usłyszałem głos. - Poddaj się! - Ale jak mam to zrobić?

Wtedy przyszła myśl, że może nie jest tak źle, przypomniała mi się lekcja o zaufaniu i kolejna, że może tu wcale nie o mnie chodzi. Kto ma się poddać? Przecież nie ja, to moje EGO ma się poddać, to o nie cała ta wojna. Poddałem się, nie miałem już siły walczyć.
Wyszedłem z toalety z rolką ręcznika papierowego i stojąc w sali ceremonialnej bezwiednie przyłożyłem ją do ust. Zobaczyłem, jak wydobywa się z niej ogrom światła w różnych kształtach.
Tak naprawdę nie wiem, co by to miało oznaczać..., jednak poczułem się znacznie lżej.

 

Położyłem się i zapadła głucha cisza.
Nie wiem, jak długo to trwało. W tej ciszy zacząłem prowadzić jakiś dialog, sam ze sobą. Uświadomiłem sobie, że umarłem, było cicho i bezpiecznie, dobrze. (...)
Zacząłem składać mój świat od nowa, najpierw DNA jak z klocków lego - z pewnością siebie, jakbym to robił już wiele razy. Wystarczyło, że o czymś pomyślałem, a to już powstawało, najpierw, jako obraz, hologram, a po chwili stawało się namacalna formą.

Na moich oczach tworzyły się drzewa, zwierzęta, ludzie.
Do tego cały czas towarzyszył mi pośpiech, czułem, ze mam mało czasu. Całe moje działanie było zdeterminowane powrotem do dawnego świata. Czułem się jak wewnątrz jajka, które w każdej chwili może pęknąć i wyłoni się moje dzieło, mój świat. Tworzenie szło coraz sprawniej, uczyłem ludzi mowy, tworzyłem uśmiech. Właśnie! Jak zbudować uśmiech?

Wziąłem jakieś wiadro, w którym była kisielowata masa, to była miłość, ale... czegoś jeszcze brakowało i nagle olśnienie!
OCZY! Uśmiech to przecież głównie oczy zatopione w miłości.

Byłem z siebie bardzo dumny.

 

Po każdym akcie tworzenia
musiałem niejako pochłonąć swoje dzieło, połknąć je, po czym zapadała cisza, z której budził mnie ogromny haust powietrza, tak jakbym dłuższy czas przebywał pod wodą i nagle się wynurzył.

W pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, że, jeżeli mam już taką okazję, to coś zmienię, zbuduje nowy, lepszy świat, bez cierpienia, piękny i zdrowy.
Ale natychmiast na takie myśli przychodził obraz konsekwencji; każda zmiana to inny świat, stary przestaje istnieć!
Wiedziałem już, co mnie trzymało w tej walce! Bałem się, że moi ukochani przestaną istnieć, albo raczej ja przestanę istnieć dla nich. Natychmiast porzuciłem te myśli.

 

Zastanawiałem się,
dlaczego mi tak zależy na tym starym świecie, przecież tak naprawdę zawsze na niego narzekałem, że jest okropny, nudny i szary, niesprawiedliwy, nie raz przecież miałem już wszystkiego dosyć.

I nagle zrozumiałem, ze ten świat, którego nienawidziłem, jest jedynym, którego pragnę, że nic nie jest w stanie go zastąpić.
Żeby to zrozumieć musiałem stanąć na krawędzi i poczuć stratę.

Zrozumiałem, ze nic nie trzeba poprawiać, ze forma jest iluzją, a jedyną rzeczą niezniszczalną i niezmienną jest miłość.
Z niej jest zbudowane wszystko.

 

Podjąłem decyzję,
ze nic nie zmieniam, że kocham ten świat taki, jaki jest. Znów zapadłem w ciszę, po raz kolejny obudził mnie haust powietrza. Czułem ze wszystko wraca do normy.
Gdy usłyszałem dzwonek, ucichła muzyka, otworzyłem oczy i byłem znów w swoim świecie. Wpadłem w pewnego rodzaju ekstazę. Cieszyłem się, że już mam to za sobą, że udało się wrócić, że znów żyję.

-----

 Dopiero w domu zrozumiałem przesłanie,
które otrzymałem od mojego JA. Zrozumiałem, że nie da się poprawić czegoś, co samo w sobie jest doskonałe, jest cząstką Boga.
Jedyne, co mogę zrobić, to żyć w miłości do tego świata, wtedy ta doskonałość zacznie się odwzajemniać.
Pełna akceptacja, pozwolenie żeby rzeczy mogły się wydarzać, danie im przestrzeni i pozytywnej energii, bez jakiegokolwiek oporu.
Mam żyć tu i teraz, bieżącą chwilą, to jest właśnie życie, reszta jest iluzją.

Nie wiem, czy to mi się uda, ale przynajmniej wiem, co jest najważniejsze, do czego mam dążyć, jak starać się żyć.
AYA cały czas działa i jest ze mną, zaskakuje mnie codziennie, odpowiedzi przychodzą czasami z jak najmniej oczekiwanych źródeł, ale najważniejsze, że przychodzą. Codziennie dostaję nowe drogowskazy.

Jeszcze raz dziękuję za wszystko, jestem wdzięczny światu, że spotkałem Was na swojej drodze...


  

 

 

ayahuasca 0a aPAWEŁ
kierowca z Londynu

 

 

 

Z pełną świadomością
mogę napisać, iż było to najważniejsze, najbardziej doniosłe i odkrywcze doświadczenie w moim dotychczasowym życiu.

Tak jak mówiliście, jestem miło rozleniwiony i nigdzie mi się nie spieszy. Leżę, słucham muzyki, piję herbatki i dużo śpię, słowem odpoczywam po ostatnich kilku latach ciężkiej pracy.

 

Muszę się przyznać,
że nie powiedziałem Wam wszystkiego na swój temat.
- Pamiętam opowieść Aldony o gościu, który po ceremonii powiedział : "ale byłem skurw... ". - W pełni się z tym utożsamiłem, gdyż Aya pokazała mi, jak wielkim dupkiem byłem.

Żal mi było moich bliskich, których bardzo raniłem przez tak długi czas. Mój płacz na ceremonii wynikał także z uświadomienia sobie tego, jak złym człowiekiem byłem.
Aya pozwoliła mi spojrzeć na życie z punktu widzenia dziecka i odnieść to do życia mojej córki.
Poczułem się odpowiedzialny za jej wychowanie...
Dostałem od Was tak ogromną porcję miłości, której nigdy w życiu nie doświadczyłem, że muszę Wam to napisać:

 

Poczułem się,
jakbym wrócił do mojego prawdziwego domu, o którym nie miałem pojęcia przez tyle lat! Jest to we mnie i nie chcę tego zmarnować. To czego doświadczyłem, a w szczególności to, co otrzymałem od Aldony, było tak mocne,
że zapragnąłem tego w moim codziennym życiu.
Choć stosunki z żoną wisiały już na włosku i ona pogodziła się z faktem, że nie będziemy razem, postanowiłem spróbować.

Jadąc do domu, w którym notabene już nie mieszkam, nie wiedziałem czego się spodziewać, jak się zachować, co powiedzieć. Gdy już tam dotarłem i zobaczyłem moje dziewczyny, padłem na kolana i wybuchłem płaczem, jak jeszcze nigdy w życiu.
Myślę, że żona widzi, iż ma do czynienia z nowym Pawłem. Dała mi szansę. ....

 

PO KILKU TYGODNIACH
Tak jak Aldona mówiła, że po ponownym zanurzeniu się w szambie trzeba "żabką, żabką" - do góry z tego bagna - tak też zrobiłem.
Jestem otwarty na innych, moja świadomość stale się poszerza, a możliwość przeglądu własnego życia jest tak ogromna, że brak mi słów.

Przez kolejnych kilka tygodni spędziliśmy wiele wieczorów na wspólnej i szczerej rozmowie.
Można powiedzieć, że otworzyłem się przed żoną i mogliśmy przedyskutować wiele spraw od nowa, patrząc na rzeczy z innej perspektywy.

Zacząłem słuchać żony, jej potrzeb i jej punktu widzenia na życie. Zdałem sobie sprawę, z jak wspaniałą kobietą żyłem przez tyle lat. Wcześniej moje własne ego nie pozwalało mi spojrzeć dalej, niż na czubek swojego nosa.
Zdałem sobie sprawę jakim egoistą byłem.

Zrozumiałem, na czym polega partnerstwo, rodzicielstwo i wiele innych, jakże podstawowych spraw, o których wcześniej nie chciałem słyszeć.

 

Te kilka tygodni po ceremonii
były bardzo uświadamiające - ja słuchałem, Basia mówiła, zadawałem pytania, a potem w pracy miałem czas na przemyślenia.

Ale to coś - najważniejsze - wydarzyło się w moje urodziny, koło północy, dokładnie 30 lat po narodzinach.
W trakcie rozmowy poczułem ogromną energię w pokoju, gdzieś za plecami. Byłem zdezorientowany, a Basia wyglądała, jakby wiedziała, co się zaraz wydarzy.

Poczułem, jak coś niewyobrażalnie wielkiego wniknęło w moje serce, zaczęło mnie grzać, jakbym czuł ogień w sercu. Nie mogłem sobie z tym poradzić, to było wszechogarniające.
Zacząłem głośno sapać, płakać i śmiać się na przemian. A ona tylko siedziała spokojnie ze łzami w oczach i trzymała mnie za ręce.
Potem poczułem jak płynie po rękach od niej do mnie strumień energii miłości. Zamknęliśmy oczy i rozmawialiśmy bez słów. To było niesamowite przeżycie, którego nie zapomnę do końca życia.
Dążę do tego, aby to było-trwało miedzy nami cały czas, w życiu codziennym.
Poczułem TO i wiem do czego dążyć.

 

Rozmawiamy z Basią teraz często
o tym, o czym ja jeszcze nie dawno nie mogłem z nikim porozmawiać, bo uznawano mnie za wariata. Mam najwspanialszego przyjaciela i jest nim moja żona. Ależ to jest wspaniałe, brak mi słów.

Po tym wszystkim mam wrażenie, że wy kobiety jesteście jakby lepiej rozwinięte emocjonalnie, potraficie wyczuć, a nie wymyślić.
Stoicie wyżej w rozwoju, macie większą wiedzę i być może jesteście tu po to, aby nam, zbłąkanym duszom, dopomóc w odnalezieniu siebie samych.

To tylko moje subiektywne spostrzeżenie, jedno z wielu :)

 

Obydwoje pracujemy
teraz tylko po 3 dni w tygodniu, uwolniliśmy się w jakimś stopniu od wyścigu szczurów i mamy więcej czasu dla siebie. Planujemy swoje życie razem, ustalamy cele i świadomie dążymy do realizacji marzeń. Mamy już piramidę i berła, wiec będzie łatwiej.

 

Mam przeczucie,
że swoją lekcję już w większości odrobiłem i coraz częściej myślę o Ayi. Niedługo znów się z nią spotkam, aby zrobić kolejny krok ku oświeceniu.

Jestem Wam bardzo wdzięczny za to co robicie, brak mi słów by to wyrazić. Niech wyrazem szacunku i wdzięczności będzie treść tego maila. Myślę, że nie muszę nic więcej dodawać...
Dziękuje, kocham Was, do zobaczenia...

......

 Po latach i wielu ceremoniach:
Dopiero teraz przychodzi głębsze zrozumienie tych wszystkich rzeczy, które było mi dane doświadczać u Was.
Aldona! Dotarło do mnie jak wiele miłości mi dałaś, jak pomogłaś uleczyć małego Pawełka i jak pokazałaś, jak kochać.
Otworzyłem się dość mocno i od 2 lat przechodzę mocne zmiany, zmiany które zapoczątkowała pierwsza ceremonia u Was.Jesteście razem z Jarkiem bliscy memu sercu, wskazaliście mi drogę, za co jestem Wam wdzięczny.


  

 

 

ayahuasca 0a cKASIA
dekoratorka

 

 

 

Jesteście Doskonałymi Szamanami,
nieustannie w moim sercu.
Bardzo Wam dziękuję, Aldonie - za nieustający strumień energii serca, miłości, jaką mnie napełniłaś i uświadomiłaś jednocześnie jak bardzo, naprawdę bardzo tego potrzebowałam, Jarkowi- za prawdziwą, nieprawdopodobną, męską opiekę i czułość.

Dzięki Wam doświadczyłam fizycznego przejawu Energii i Miłości Życia. Dzięki Wam odkrywam świat na nowo.
Zawsze był dla mnie piękny, ale teraz zupełnie zmienił swoje oblicze.

 

Każdego dnia
napełniam się energią roślin, minerałów, odczuwam świat zwierząt, przeobrażam siebie. Inaczej patrzę na ludzi, a raczej dopiero teraz zaczęłam na nich patrzeć.

Doświadczam, jak ważna jest akceptacja i jak bardzo otwiera wszystkie istoty.Podczas ceremonii czułam, jak przepływają przeze mnie fale energii, na przemian wynoszą ciało do góry, potem spychają w dół.

 

Czułam rozpychającą mnie od wewnątrz energię,
która przymuszała do porządkowania wszystkich struktur, wdzierała się w najdrobniejsze cząstki ciała, drobinki psychiki, zakamarki umysłu.

Wszystko to, co odsuwałam od siebie, zakrywałam, udawałam, że tego nie ma, powróciło ze zwielokrotnioną siłą.
Zrozumiałam, że muszę się oczyścić, rozplątać wszelkie supełki, wniknąć w każdy konflikt i opór. Muszę rozpoznać przyczyny blokad, stresu, bólu. Muszę zejść do mrocznych podziemi siebie, wpuścić tam światło, powietrze, uwolnić się, oczyścić.
Trwało to długo i było bardzo bolesne.

 

Potem zapragnęłam doświadczyć
wszystkiego tego, czego odczuwałam brak, niedostatek. Tylko w taki sposób mogłam się dopełnić i urodzić na nowo. Stworzyłam obraz nowych rodziców, z niecierpliwością oczekujących mojego przyjścia na świat.
Od pierwszych chwil narodzin czułam nieprzerwany strumień miłości i czułości od mamy, a od taty delikatności i nieprawdopodobnej opieki, jaką otaczał nas obie. Byłam skąpana w energii ich serc. Kolejno doświadczałam: stanu błogiego lenistwa, nieustającego odpoczynku i relaksu; nieprzebranego bogactwa i dostatku. Doświadczałam stanu zaspokojenia każdej zachcianki i pełni istnienia.
Strumień białej energii buchnął przez moje piersi i wypełnił mnie całą.


 

 

 

ayahuasca 0a d

TOMASZ
tłumacz sądowy z Irlandii

 

 

Moja duchowa podróż zaczęła się dwa tygodnie przed ceremonią.
To była próba sił przeciwko woli przemiany. Wewnętrzne demony wiedziały, że to ich koniec, że będą musiały odejść, ustąpić miejsca Światłu.

Na szczęście nic nie było w stanie mnie zatrzymać! - Budziła się we mnie mistyczna siła, dzięki której czułem się bezpieczny. Pewność, co do podjętej decyzji rozjaśniała mój umysł.

 

Ceremonia
Pachniało kadzidłami, paliły się świece - piękny wystrój pomieszczenia, można się było poczuć jak w łonie matki.
Stworzyliśmy krąg, składając prośby do ducha rośliny. Atmosfera była gęsta od miłości. Wypiliśmy i każdy położył się na swoim posłaniu.

 

Myśli jak natrętne muchy
pędziły po mojej głowie. Próbowałem je wyłączyć, ale to było bardzo trudne.
Byłem przywalony grubą warstwą naleciałości i musiałem przejść gruntowny proces oczyszczenia.
Pojawiło się wiele krótkich wizji, czarno- białych, bo takie było moje życie.
Docierało do mnie mnóstwo informacji na jego temat (długo by o tym pisać). Przez wiele lat zgromadziłem w sobie mnóstwo nienawiści do świata i lęku przed nowym. Byłem blokowany przez wytwory własnych myśli.

 

Moja karma.
Myślałem, że może nie jestem jeszcze gotów.
Takie poczucie niższości - to był mój odwieczny problem - czuć się godnym.

Czułem mieszankę uczuć, tragicznych wspomnień, psycho-somatyczne bóle i blokady... Przypominało to kaca moralnego z całego życia. Emocje z różnych zdarzeń, tak, jakby ktoś zebrał wszystko, co w moim życiu negatywne, kazał to zjeść, przeżuwać kęs za kęsem, a potem wszystko zwrócić. Cały ból, wstręt, apatię, niechęć.... Wszystko na raz. Ból, problemy z oddychaniem (na poziomie mentalnym) i uczucie grzęźnięcia w bagnie. I bezsilność.
Byłem zdeterminowany. Chciałem uciec, miotałem się w doznaniach, wszystko wydawało się nie stabilne, bałem się, że wybuchnę, zrezygnuję... Lecz coś we mnie szeptało; Zostań, to Twoja szansa. Daj ją sobie.
- Zmobilizowałem wszystkie siły, skoncentrowałem się, żeby ogarnąć chaos.

 

Kulminacyjnym momentem
stało się dotarcie do centrum bólu.
Było jak czarna, ciężka kula, wypełniona brudnym metalem. Mocowałem się z nią, starałem się ją podnieść i usunąć ten ciężar z mojego centrum. Kolejne próby kończyły się jeszcze większym bólem i bezsilnością.

Spokój do serca wprowadziła pomocna dłoń Jarka. (Dziękuję!) I wtedy mnie oświeciło! Zrozumiałem, że mogę to zrobić tylko łagodnością i miłością. I tak się stało.
Czułem szczęście. Miałem teraz dostęp do siebie. Mogłem żyć dalej bez obciążeń, które dotąd zasłaniały mi prawdę na mój temat.

 

Przez cały czas byłem świadomy,
co się dzieje. Pomimo, że nie miałem żadnych wizji, nie czułem rozczarowania. Przejrzystość myśli była dla mnie wspaniałą nagrodą.

Do moich wątpiących uczuć zaczęły docierać proste odpowiedzi. To było rozjaśnienie umysłu, jasny wgląd, trzeźwe spojrzenie na moje emocje.

 

Otrzymałem ZROZUMIENIE.
W następującym potem myślotoku przeprowadziłem konwersację sam ze sobą, możliwe, że zrobił to duch rośliny albo moje wyższe Ja.
Nie wiem, czy bym sobie kiedykolwiek sam poradził z natłokiem negatywnych emocji i bólu.
Chylę czoło przed profesjonalizmem Jarka i Aldony.

 

Część druga
Silne przywiązanie do starych wzorców sprawiało, że za każdym razem, kiedy udało mi się dosięgnąć szczęścia, myślałem, że to nie czas. Rozum - jak zły chochlik - ściągnął mnie w dół, ale po wcześniejszej lekcji już umiałem pokonać siebie.
Czas już nie grał roli.

Nie wiem, jak przekonałem rozum do ustąpienia, ale już było inaczej.

 

Przed moimi oczami
ukazał się wąski kanion ze stromymi ścianami jakby ze szkła.
Bałem się a raczej zdawałem sobie sprawę, że jeśli tam wejdę, to nie będę miał odwrotu, droga jest tylko do przodu. Obawiałem się tego, co mnie spotka. W myślach wołałem o pomoc!

I pojawiła się Aldonka (dziękuję!). Udzieliła mi pomocy z taktem i wyczuciem - jak chirurg duszy. Otuliła moje ramię i poprowadziła przez dolinę złych myśli, pomogła uchylić drzwi do światełka.
Reszta przyszła sama. Było już łatwo.

 

Widziałem siebie
jako małego chłopczyka, który był prowadzony za rączkę. Ogarnęło mnie ogromne uczucie bezpieczeństwa, umacniane uczuciem radości. Poczułem, co te jest zaufanie. Każdy mały kroczek był milowym krokiem.

Poprawiałem, usuwałem, wstawiałem nowe myśli, wzorce... Była to niełatwa praca.
Moment w czasoprzestrzeni, do którego dotarłem to czas uwolnienia i odrzucenia starego. Raz na zawsze.
W miejscu, gdzie wszystko bierze swój początek, nadałem sobie prawo do wiecznej miłości, wybaczenia tym, którzy zadawali mi rany. Pojąłem, że sam o tym decydowałem.
Poczułem ogromne wzruszenie, łzy obmyły brudne soczewki moich oczu. Widziałem jasno i przejrzyście, czułem się lekko, swobodnie, ciało moje wypełniło światło, które leczy.

 

Rozpoczął się proces leczenia
i usuwania blokad energetycznych.

W pełni poddałem się duchowi rośliny, a ona mnie poprowadziła. Używała moich dłoni jak instrumentów.
Z moich palców wypływało jasne światełko i przenosiło się tam, dokąd je skierowałem. Po raz pierwszy w życiu czułem lekkość oddychania i swobodę ruchów.

Ujrzałem kolory, a dokładnie w miejscu splotu słonecznego pojawił się kwiat lotosu. Mienił się barwami, pokrywając całą moją klatkę piersiową. Zrobiło się jasno i przyjemnie. Światło wypełniło całe moje ciało, a szczególnie głowę. Płynęła do mnie Wiedza dotycząca świata, życia... nawet nie trzeba było zadawać pytań.
Czułem już tylko lekkość.

 

W życiu nie bałem się prawie niczego,
największy strach budziło we mnie okazywanie miłości.

Z pomocą Aldony postawiłem pierwszy krok w prawdziwym rozwoju.
Teraz wiem, że bez miłości bezwarunkowej nie jesteśmy w stanie nic osiągnąć. Miłość do samego siebie uskrzydla i daje moc przenoszenia gór.

Duch ayahuaski, wszechobecna mądrość. Bóg, siła..., która w każdym z nas tkwi - jest obecna, żywa i kieruje naszym życiem, a my mamy do niej dostęp. Wiem, że możemy Nią być - naszą świadomością, tu i teraz.

--------

 Te pierwsze moje ceremonie
wspominam z namaszczeniem - jak proces prania wstępnego.

Nie miałem jeszcze tych wszystkich barwnych wizji ani nieznanych światów. Było za to bogato w emocje i szczęście - ze ZROZUMIENIA. Wszystko, czego pragnąłem, otrzymałem z nawiązką.
Przede wszystkim wiem, kim jestem. Stan świadomości.
Prawdziwe cuda dzieją się po ceremonii; zmiany w życiu, w kontaktach z ludźmi... Odczuwam realną zmianę w świecie mentalnym i materialnym.
Zacząłem dążyć do bycia lepszym człowiekiem. Od 20 lat byłem uzależniony od tytoniu, marihuany..., teraz jestem czysty! Ceremonie tego typu powinny być ogólnie dostępne jako terapie społeczne. 


  

 

 

ayahuasca 0a eAGNIESZKA
studentka anglistyki

 

 

 

(...) wreszcie nastąpił moment spotkania z Ayą.
Sala ceremonialna i muzyka były bardzo magiczne, ale położyłam się i....nic, leżę, leżę i leżę, przewracam się z boku na bok i nic. W końcu Aldona musiała mi pomóc swoimi sposobami. (...)
I kiedy zaczęło się działać, zawyłam wniebogłosy.

 

Przed oczami pojawiali się wszyscy mężczyźni,
którzy mnie zranili, łącznie z moim tatą, jak również Ci, których ja skrzywdziłam.

 

Wypłakiwałam, lub raczej, wyrykiwałam
te wszystkie smutki, aż powoli zaczęłam przechodzić w "tumiwisizm" i usłyszałam autentyczny skrzeczący głos mówiący: "ale to głupie!".

Aldona powiedziała, żebym teraz zaczęła sobie wyobrażać szczęście.
Czym dla mnie jest?
Zobaczyłam siebie ubraną w białe, zwiewne ciuchy, tańczącą w zbożu, skąpanym ciepłym popołudniowym słońcem; siebie patrzącą w gwiazdy; siebie w pięknym góralskim domu z bali. - Bardzo słowiańsko i "pogańsko".

Przez te wszystkie wizje, którym towarzyszyło nieopisane ciepło, poczułam, jak wokół mojego konturu pojawia się różowy łańcuch miłości i centymetr po centymetrze przylega do mojego ciała. Poczułam miłość.

 

Po drugim piciu odpłynęłam w barwne wizje.
Na początku były to pawiany jak w kalejdoskopie, potem przed oczami miałam kontur Shivy, który był wypełniony geometrycznymi, hinduskimi wzorami w pięknych kolorach. Były róże, zielenie, złoto, pomarańcze i w szczytowym momencie gorący żółcień. Wokół konturu były podobne wzory i różne nieznane mi dotąd figury geometryczne.
Powoli zaczęła się moja lekcja.

 

Krok po kroku dostawałam wiedzę o życiu,
o tym jak powstaje, jak się powtarza, zatacza koło, jak bardzo wojny, ustroje i ból są bez sensu, jak wszyscy jesteśmy jednością, że wszystko stworzone jest z miłości (...).
Wszystko zaczyna się i kończy w tym samym czasie.
Potem zaczęłam się zastanawiać, co nadzoruje tą naszą czasoprzestrzeń, jaka świadomość jest ponad nami, ale na to nie dostałam odpowiedzi.

W tej masie energii, tak ciepłej i dobrej, z której wszyscy jesteśmy zrobieni, widziałam, że moim zadaniem jest przekazywanie tej wiedzy i tej radości ludziom.

 

Jak się okazało - jestem szamanką.
Miałam też ochotę wychodzić z tego stanu i biec żyć i tworzyć, ale za chwilę rozumiałam, że jestem wszystkimi tymi momentami i nie muszę się nigdzie spieszyć, bo historia wcześniej czy później się powtórzy.

Czułam się całym wszechświatem i zarazem czułam się mała, ale równa wszystkim.

 

Gdy otwierałam oczy,
moje ciało wydawało mi się ogromne i dostrzegałam jego wartość. Dzięki niemu mogę robić to, na co mam ochotę i materializować to, "czego (dosłownie i w przenośni) dusza zapragnie".

Zobaczyłam też jak działa ego, jak niszczy nasze szczęście, każąc nam się przejmować zupełnie nieważnymi szczegółami.
Następnie na chwilę się ocknęłam, bo usłyszałam wyraźnie MUZYKĘ, której istnienie w tle dotąd ignorowałam. To byli Pink Floydzi i wraz z ich dźwiękami wizje porwały mnie w jeden z mój ulubionych światów - właśnie muzyki.
Byłam Jimmim Hendrixem, Santaną, całym Woodstockiem (czułam energię, którą czuli jego uczestnicy), byłam Beatlesami.
I już w rytm muzyki czułam szczęście i radość i to, skąd się to bierze.

Widziałam siebie, chichrającą się ze znajomymi z różnych "kręgów".
Widziałam, jak w niedalekiej przyszłości wyjeżdżam do pracy w ciepłe kraje i animuje turystów, śmiejąc się i tańcząc.

Tańczyłam też w rytm muzyki, na ile to było możliwe;).

 

Potem zaczęły się wizje
z mojego życia; sytuacje, które wymagały wyjaśnienia, dlaczego wprowadzają mnie w dziwny, smutny nastrój. Widziałam swoją zazdrość, smutki i przeżywałam je w kółko i w kółko dopóki nie zrozumiałam, skąd się brały i jak to wszystko było naiwne i bezwartościowe.

Gdy już nacieszyłam się stanem szczęścia, zaczęłam się coraz bardziej zastanawiać, co jest tą wyższą świadomością, poza granicami naszego ogarnięcia. Dostawałam informacje, że jest to teraz nieważne, ale mimo to w kółko i w kółko zadawałam to samo pytanie, aż moje wizje zaczęły powoli ustawać.
Podsumowując, to co mam robić w życiu, to rozwijać swoje zainteresowania, poznawać siebie i cieszyć się każdą minutą życia.

 

Następnego dnia
obudziłam się z bólem głowy, idealnie zdiagnozowanym przez Jarka, jako ból powołany przez wyrzuty sumienia, za to,
że pozwoliłam sobie na za dużo przyjemności i teraz muszę odpokutować. Dokładnie tak się czułam!

Ze względu na mnie wróciliśmy do Niemiec, na gry fabularne w kręgach druidów, które niesamowicie mi pomogły. Czułam jakbym z każdym wypowiedzianym słowem rosła w siłę.

 

W nocy po pierwszym piciu
przeżyłam chwilowe drgawki i przechodzące przez moje ciało ciarki. Ten stan był niesamowicie mocny i ogromnie przyjemny.

Tym razem miałam przed oczami geometryczne wzory w kształcie Shivy pod postacią słonia. Było tam więcej niebieskiego i zieleni.
Leżałam na sierpniowej łące w słońcu, wygrzewałam się i czułam jak faktycznie zaczynają pracować i grzać wszystkie moje czakry. Uśmiechałam się i cieszyłam tym ciepłem i miłością, pełnią zrozumienia i załagodzenia wszystkich nadszarpnięć duszy. Miałam wrażenie że śmieje się jak głupia, bardzo to było przyjemne.

 

Tym razem nie były dla mnie ważne
rzeczy nie do ogarnięcia, tylko to, co miałam w zasięgu swoich przeżyć.

Wiedza z dnia poprzedniego się ugruntowywała, ponownie przeżywałam wspomnienia miłe i te niemiłe w celu zrozumienia.
Jeszcze raz przeżywałam pobyt w kręgach i energetycznie pobudzałam słowa tam wypowiedziane.

 

Wypiłam kolejny napój
z intencją miłości i pytaniem, co zrobić ze swoim życiem.

Widziałam swoją zazdrość i dostałam przekaz, żeby
a) nie przejmować się innymi, tylko sobą i
b) cieszyć się z czyjegoś szczęścia i ewentualnie dać sią inspirować pomysłami.

 

Widziałam chłopaka,
z którym niepotrzebnie spotykałam się przez ostatnie kilka dobrych miesięcy, i życzyłam mu jak najwięcej szczęścia.

Okazało się, że moje studia są zupełnie nie dla mnie, wydawały się moim marzeniem, a są zupełną bzdurą. Studia - jeżeli już muszę - powinnam kończyć jak najmniejszym nakładem pracy, energii i stresu.

 

Widziałam siebie szczęśliwą
z mężczyzną i dzieckiem w pięknym domu w górach, spełnioną i radosną.
Aya pokazywała mi też, z kim warto utrzymywać kontakty, przekazała, że mam dalej tańczyć, poznawać siebie a w końcu ludzie z dokładnie tej samej bajki, co ja, pojawią się w moim życiu. Napakowała mnie pewnością siebie, bo to jedyny sposób żeby być sobą, być szczęśliwym.

Teraz mam nowe cele i marzenia.
Odwiedziłam w swojej wizji druidów, a konkretnie jednego Druida i Mędrca, rozwiązującego problemy innych. Gdy zapragnęłam się czegoś nauczyć, dostałam do studiowania księgę ziół i z niesamowitym szczęściem chłonęłam tą wiedzę.

 

ayahuasca 0a fZnowu widziałam się
śmiejącą i szalejącą ze znajomymi, po prostu cieszącą się życiem.
Podczas tego wieczoru bardzo mocno czułam leżącego obok mnie Jacka (poznanego na ceremonii), przez prawie całą sesje trzymaliśmy się za ręce.

Wpuszczałam do siebie dobrą męską energie i mam nadzieję, że oddawałam w zamian dobrą żeńską, przynajmniej tak chciałam.
Starałam się przez to zmienić swoje poglądy na mężczyzn. Jeszcze bardziej, niż wieczór wcześniej, chciało mi się tańczyć z radości i jeszcze bardziej umiałam dopuścić do siebie szczęście i radość.

 

Były to cudowne chwile
i mam nadzieję, że zostaną one w mojej pamięci na długo i pozwolą czerpać z tego ciepła jak najwięcej.


  

 

 

ayahuasca 0a gJACEK (TYGRYS)
właściciel firmy budowlanej w Manchesterze

 

 

Przed pierwszym spotkaniem z AYĄ bardzo się bałem.
Może dlatego , że nigdy nie próbowałem żadnych środków odurzających i nie wiedziałem co " To" ze mną zrobi.

Otrzymałem dwukrotną dawkę ruty i pomyślałem : - No to nieźle musi ze mną być!.
Zaowocowało to mocnymi wymiotami, podczas których widziałem coś w rodzaju czarnych pajęczyn wokół mnie.

 

Pamiętam, że czułem się
bardzo źle. W głowie bębniły mi słowa : - Co oni mi podali ? Co ze mną zrobili ? Otruli mnie !?

Po mocnych ( kolejnych ) wymiotach poczułem się lepiej, jednak z powodu lekkich zawrotów głowy przerwę musiałem spędzić leżąc.

 

W czasie tego pierwszego spotkania
z AYĄ towarzyszyły mi piękne, niezapomniane kalejdoskopowe wzory.
Pamiętam, że przedstawiano mi wschodnich-prawdziwych Bogów, źródłem ich pochodzenia były Indie.
Informacje te były okraszone licznymi figurkami bożków jakby z Ameryki Południowej.
Odrzucałem to, prawie z tym walczyłem, bo bardzo kłóciło się to z moim dotychczasowym, prawdopodobnie mylnym wyobrażeniem Boga chrześcijańskiego.

 

W pewnym momencie
ujrzałem mnóstwo wstrętnych jaszczurów. Śniętych, nieprzytomnych, czekających na przebudzenie, uaktywnienie się. Były tak mocno splecione z sobą kolczastymi grzebieniami, ogonami i pazurami, że ich usunięcie było niemożliwością.

 

Ostatnia porcja AYI.
Wszedłem tak głęboko, że traciłem poczucie rzeczywistości.
Zamiast wymiotów miałem tylko odruchy wymiotne, tak mocne, że żołądek był potargany do granic, a mój ryk było słychać 200 m poza budynkiem, w którym odbywała się ceremonia.

Byłem tego świadomy , ale nie mogłem nad tym zapanować. Wówczas to zyskałem sobie słynny (jak myślę) w środowisku p. Mirońskich przydomek "tygrysa". Nie ze względu na moją waleczność przy muszli klozetowej ( chociaż ta również była bez zastrzeżeń) , ale ze względu na zauważone wówczas możliwości moich strun głosowych, których nie powstydziłby się żaden z drapieżników.

 

Pod koniec tych męczarni powiedziałem w myślach:
- Skoro już mnie tak męczysz, pokaż mi, co to jest. - I wreszcie ujrzałem jakby ośmiokątną maskę z wizerunkiem bożka o bardzo ciemnym obliczu i gniewnej minie.
Umęczony położyłem się, by w spokoju zakończyć spotkanie z AYĄ .
Wśród następnej dawki kolorowych wzorów, otrzymałem wspaniałą porcję szczęścia, miłości i na koniec smutku, który mentalnie zamieniłem w miłość.

 

Rano czułem się jak zdjęty z krzyża.
Byłem jak dziecko po wyrwaniu bolącego zęba, które to obolałe nie wie, czy pretensje ma mieć do zęba, dentysty, czy do rodziców, którzy przyprowadzili go do gabinetu.
Przyrzekałem sobie jedno. - Nigdy już nie zaaplikuję sobie takiej kuracji!

 

Drogę powrotną odbywałem samotnie,
więc miałem dużo czasu na rozmyślania. Zauważyłem (wtedy i w ciągu następnych dni ) zmiany w sobie i wokół siebie.

Wreszcie byłem sam!!! Myślałem sam, sam podejmowałem decyzje bez podszeptów tego drugiego "kogoś", od którego Aldona i Jarek uwolnili mnie przy pierwszym moim zażyciu AYI. Ten ktoś był niczym surowy strażnik, żandarm.
Od czasu uwolnienia mnie od niego, moje decyzje (błahe, dnia codziennego), stały się bardziej życzliwe dla mnie samego, pozbawione wyrzutów z różnych powodów.
Zacząłem dostrzegać życie bardziej jako przyjemność, a nie obowiązek. Już w drodze powrotnej podjąłem decyzję, że muszę to jeszcze powtórzyć.
Następną "kurację" ayahuascową podjąłem po pięciu miesiącach.

....

 DRUGIE SPOTKANIE

Wkrótce po pierwszej dawce powitały mnie znane, kolorowe wzory. Ale oprócz tego przywitała mnie PANI,
która z uśmiechem rozsiewała te kwieciste wzory nade mną.

Po paru chwilach (w czasie działania napoju czas jest trudny do określenia), zobaczyłem mnóstwo nieżywych,
zdechłych gadów, które jakaś siła odpychała ode mnie w kierunku potężnych basenów portowych,
gdzie woda miała je unicestwić.

Kiedy gady zaczęły wpadać do wody, pojawiła się u mnie myśl, że mogą one tę wodę zatruć i lepiej będzie je unicestwić ogniem. Natychmiast zeskoczyła do mnie następna Pani w stroju niczym "wojowniczka Xena", ze zniczem w ręku.
Pojawił się również solidny stół, na którym owa Pani spaliła złożone tam martwe gady.

 

Następna Pani pojawiła się przede mną w formie roślinki.
- Ty pewnie jesteś AYA ? - zapytałem.
- Nie. Echinacea. - (Po sprawdzeniu dowiedziałem się, że to roślina wzmacniająca odporność organizmu).

Kiedy zacząłem oddalać się zawołała :
- Jacek !
- Słucham- odparłem.
- Pamiętaj, że zawsze ktoś z nas pilnuje cię, ktoś z nas zawsze jest przy tobie.
(Echinaceę stosowali Indianie Ameryki Płn. w leczeniu trudno gojących się ran, oparzeń, kaszlu, bólu zęba, gardła i głowy, przeziębień, odry, rzeżączki, powiększenia migdałów oraz jako antidotum w przypadkach ukąszenia przez węża, owady lub innych zatruć. - Przypis Aldony.)

 

Otrzymałem również bardzo miłe
i wartościowe informacje dotyczące spraw rodzinnych i osobistych. W pewnym momencie zobaczyłem stado brzydkich stworów i poczułem chęć na wymioty. Wiedziałem, że muszę to usunąć z siebie, lecz przypomniałem sobie o bezskutecznym szarpaniu żołądka, bolących mięśniach i ścięgnach wokół niego, więc zamiast pójść do WC, oblałem te stwory "benzyną" i podpaliłem. Zlikwidowałem je na poziomie duchowym.
Odruchy wymiotne minęły.

 

Po drugiej porcji AYI
otrzymałem potężną dawkę bólu, żalu i smutku.
Mnóstwo obrazów wojny. Różnego rodzaju wojska, a raczej żołnierze rozstający się bliskimi, przygotowujący się do wymarszu, esesmani nadzorujący obozy dziecięce. (Po miesiącu podczas medytacji znów dwukrotnie ukazały mi się te obrazy).

Zapytałem, co znaczą.
Odpowiedź brzmiała. - To wspomnienia z twych poprzednich wcieleń. W głębi siebie wciąż do tego wracasz.

Myślę, że AYA przedstawiła mi to wyraziście i klarownie, bym ostatecznie tę kwestię rozwiązał.
Muszę tu powiedzieć, że przez cały czas działania AYI czułem się źle. Mimo wspaniałych korzyści, po zażyciu każdej dawki nie mogłem się doczekać aż przestanie działać i właściwie nie chciałem już więcej brać, ale inni zdołali mnie przekonać.

 

Następnego dnia,
prócz wszechobecnych, kalejdoskopowych kolorowych wzorów, zobaczyłem światło.
Było blisko mnie, zapraszało. Zrozumiałem, że mam szansę doznać " oświecenia ". Jednak światło oddalało się w miarę jak ja zbliżałem się do niego. W końcu przeobraziło się to w szybką pogoń w tunelu, gdzie światło było coraz dalej i dalej ode mnie.

- Widocznie jeszcze nie teraz.- Pomyślałem i dałem sobie spokój.
Ale światło nie.

Znowu zobaczyłem je obok siebie, tym razem wychodziło z niego mnóstwo zwierząt, na czele z dumnie stojącym lwem. - Ten motyw przewijał się jeszcze parę razy.

 

Kiedy czułem,
że działanie AYI powoli słabnie i za chwilę będzie przerwa, poprosiłem o radę ( ostatnią w tym spotkaniu ).

Znów zobaczyłem Panią, która rzekła do mnie bardzo miłym tonem:
- Jacek. Pamiętaj. Rób zawsze tak, jak uważasz. Zawsze kieruj się głosem intuicji.
Jako, że w moim obecnym życiu, głos intuicji ma dużą wagę przy podejmowaniu decyzji, była to dla mnie bardzo wartościowa i budująca rada....
 


  

 

 

ayahuasca 0a haTOMEK
właściciel restauracji

 

 

Pierwszy dzień.
Muzyka zrobiła się bardziej przestrzenna i po prostu była w całym pomieszczeniu - wręcz można ją było zobaczyć, każdy dźwięk na innej wysokości sali.
Potem zobaczyłem krótki skompresowany film z mojego dotychczasowego życia, począwszy od łóżeczka w którym stoi mały Tomuś, poprzez przedszkole, szkołę, komunię, pracę i - w przyśpieszeniu - aż do teraz. Wniosek to jedno słowo - samotność.
Jednak nie było to czymś przykrym, raczej podsumowaniem, informacją, że wszystko, co było, miało dokładnie tak być. To wyzwalające uczuciE.

 

Dźwięki muzyki stały się nośnikiem informacji,
a sposób przekazu był niesamowity - z częstotliwości drgań dźwięku wprost do mojej świadomości. Muzyka powodowała uruchomienie we mnie uczuć, które pozwalały na zrozumienie.

Niesamowite uczucie miłości. ( Ciekawe, że napisałem to słowo! Przez 40 lat nie chciało mi w ogóle przejść przez gardło).
Potem się to przerodziło w błogość i radość tak wielką, że aż wszystkie komórki mojego ciała zaczęły się trząść i śmiać, pomimo tego, że włączył się na chwilkę schemacik pt. nie wypada się rechotać, bo jeszcze są inni i pewnie przeżywają coś swojego.

 

Jednak się śmiałem.
Uświadomienie sobie, że to ja nakładam na siebie ograniczenie, było bardzo wyzwalające. Wyglądało to tak jakbym patrzył na siebie z pewnej wysokości, gdzie jest tylko wolność i pełnia. Oglądałem tą wątpliwość.
Zdałem sobie sprawę z niedorzeczności, jaką sobie narzucam.
To był całkiem inny śmiech od tego, który pochodzi z usłyszenia dobrego kawału, to była ogromna radość wyrażona śmiechem.

 

Aldona (razem z Jarkiem czuwali cały czas nad przebiegiem ceremonii)
zobaczyła, co się dzieje, jaka wspaniała energia temu towarzyszy i powiedziała coś, co mnie zadziwiło.

- Przekaż to Agnieszce.
- Jak to? - Pomyślałem. - To jest przekazywalne???
Więc próbuję jej to pokazać i nagle zdałem sobie sprawę, że kiedy ona ma otwarte oczy, niewiele może zobaczyć. Ruchem ręki dałem jej sygnał do zamknięcia oczu i po chwili załapała. Usłyszałem jej śmiech i wiedziałem, że już widzi.

To było niesamowite. Radość, miłość i błogość, która była w jakiś sposób przekazywalna, ale jednocześnie miałem świadomość,
że owo JA, które przekazuje i odbiera, to jedno. Owo JA jest wszystkim z czego zrobiony jest świat. (Wiem, jak niedorzecznie może to brzmieć dla ludzi, którzy tego nie przeżyli.)

 

Poprzez te piękne uczucia
docierało do mnie zrozumienie wielu spraw i to było bardzo ekscytujące i powodowało jeszcze większą radość i podniecenie. Trwało to chyba do rana z niewielką przerwą na sen i dalej do obiadu. To było niesamowite !

 

Drugi dzień.
W codziennym życiu znalazłem się w punkcie, w którym tak naprawdę nic mnie nie rajcowało,
nie wiedziałem w co się zaangażować, co dawało by mi zadowolenie i kasę. Potrzebowałem drogowskazu i dostałem go w nieprawdopodobny sposób.

Pierwsze zrozumienie dotyczyło budowy i tworzenia wszystkiego. Wow! Szczęka mi opadła do samej ziemi. Kiedy to zrozumiałem, byłem tak podrajcowany, że doszło do mnie bardzo jasno, co tak naprawdę mnie ekscytuje. - Poznawanie i rozumienie na poziomie do tej pory nieznanym. Dziś, kiedy w końcu to piszę, doświadczam codziennie zrozumienia bardzo wielu rzeczy.
Budowa wszechświata!!! (...)
WSZYSTKO JEST MYŚLĄ !!! ??? Nieprawdopodobne! Hmmm... ale jak...? O co chodzi...?

 

Całe pojmowanie
polegało na stawianiu (nie wiem jak to określić ) stwierdzeń ze znakiem zapytania. Coś było mi przedstawione i coś sprawdzało, czy się z tym zgadzam lub też czy rozumiem.

Czymże zatem jest MYŚL ? Czyżby ENERGIĄ ??? Nieprawdopodobne.
Wiem, Einstein już się nad tym zastanawiał, ale co było pierwsze: masa czy energia, jajko czy kura ? Czy twierdzenia Einsteina wzięły to pod uwagę? Nie wiem.

Zdobyłem silne przekonanie, że najpierw była energia i zrozumiałem że jest to rodzaj drgań. Nagle te drgania zaczęły przybierać formę dźwięku i pojawiło mi się przed oczami zdanie "Na początku było słowo".
Po chwili zrozumiałem, że jest to strzał prawie w dychę. Biblijne słowo dotyczyło dźwięku samego w sobie, czyli energii. Zatem najpierw jest energia, ale jak tworzy się masa?
Masa tworzona jest z wszechobecnego pola świadomości, w którym myśl określa kształt i po włożeniu odpowiedniej ilości energii, dochodzi do zagęszczenia pola w formę, stworzoną myślą. Muszę to jeszcze raz przeczytać. (OK. ten opis jest jak mapa Nowego Yorku w porównaniu z żywą wycieczką po mieście. Niestety mogę dostarczyć tylko mapę.) Czy byłbym w stanie to wcześniej zrozumieć?
Forma z myśli i włożona energia tworzą masę. Zatem kto wkłada energię i jak?
Energia pochodzi od Twórcy. I tu zaczyna się jazda! Każdy z nas może tworzyć i robi to codziennie, niezależnie czy jest tego świadomy czy nie. Kiedy tworzymy z poziomu poszerzonej świadomości, jest to bardzo łatwe i dlatego moje następne pytanie brzmiało : co jeśli na co dzień jesteśmy w świecie zagęszczonej wibracji?
Szybka odpowiedź - uczucia! To jedyna droga pozyskania energii do tworzenia. Uczucia! To jest to, co jesteśmy w stanie wygenerować tutaj i one potrafią zasilić energią myśl, która sama w sobie jest tylko foremką

 

Teraz kiedy czytam, co napisałem,
to tak naprawdę nic nowego, ale ... Nie chodziło o zrozumienie kreacji lecz o ekscytację związaną z samym poznawaniem i zrozumieniem. To było nieprawdopodobne!!!

W pewnym momencie odczułem dziwne napięcie w okolicy podbrzusza. Hmmm??? Jakby parcie przy porodzie??? Dziwne. Uczucie bardzo przyjemne kojarzące się z tworzeniem. Miałem wrażenie, jakbym rodził samego siebie. Hmhmhm. Ciekawe?
Za jakiś czas zobaczyłem, że Aldona przejęła rolę rodzącej, a ja się urodziłem.
Nie potrafię tego opisać ani nawet opowiedzieć, to było tak wyzwalające, że nawet nie będę próbował tego nazwać. Uświadomiłem sobie pierwotne motywacje, związane z przyjściem na ten świat.
To było genialne!(...)

 

Po trzech poziomach
(chyba były trzy) dostałem krótki wgląd w samo Źródło.
Nie wiem, ile tam jeszcze było poziomów, ale to, co odczułem było tak potężne, pełne miłości i wszechwiedzy, a jednocześnie wiedziałem, że ja i Źródło to jedno. (...)

Później zobaczyłem nieprawdopodobnie piękny świat i na środku jakby ekran w kinie, a na nim sceny z filmu Avatar. Muszę tutaj wyrazić moje uznanie dla twórców filmu, chociaż film nie oddaje nawet 10% tego, co widziałem. (...)

 

Gdy usłyszałem dźwięk dzwonka,
kończącego ceremonie i rozejrzałem się po sali, wszystko wydawało mi się ważne, tzn. piękne, idealne w swej boskości, doskonałe: moi przyjaciele, pieski, (szczególnie one, hahaha) przedmioty, powiew świeżego powietrza z okna.

Trudno mi to wszystko ubrać w słowa, ale nigdy nie zapomnę tego wyjątkowego, praktycznie nie do opisania, uczucia jedności,
którego wtedy zaznałem.

To oczywiście trochę przygasło, ale niezupełnie, czasami dopada mnie taka ekstaza, że mógłbym wszystko uściskać, ludzi, drzewa, nawet korki na drodze.
I przyszło mi do głowy takie motto, które musi być moim przeznaczeniem w tym życiu:
JESTEM NAJWAŻNIEJSZY NA ŚWIECIE..., ALE W HARMONII Z WAŻNOŚCIĄ WSZYSTKIEGO, CO MNIE OTACZA. Mogę teraz żyć i pracować bez tego brzemienia rywalizacji, udowadniania na każdym kroku, że wygrałem..., z kimkolwiek, nie ważne, byle moje było na wierzchu.
Czuje się z tego wyzwolony i to jest chyba największy mój sukces.

.....

 To była moje krótka relacja,
naprawdę musiałem się ograniczać, żeby książki z tego nie zrobić. Ciekawe w tym wszystkim jest to, że mam ścisły umysł (matematyczno-fizyczny) i w życiu nie napisałem niczego, co zawartością wychodziło poza jedną stronę.

NIEPRAWDOPODOBNE, że roślinny napój pozwala poszerzyć naszą percepcję o zmysły, które w codziennym życiu są już dawno odstawione na bocznicę. Łączy z wiedzą o wszystkim, dosłownie WSZYSTKIM, daje dostęp do informacji, zgromadzonej na całym świecie. 


  

 

 

ayahuasca 0a hMACIEK
weterynarz, fotograf

 

 

 

Druga wizyta
Długo się zastanawiałem jak opisać "moje" doświadczenia z ceremonii.
Może zacznę od stwierdzenia że świat do którego aya daje dostęp to "MOJE ŻYCIE, MÓJ ŚWIAT I MOJE KRÓLESTWO"... A tym KRÓLESTWEM jest PRAWDA, ŚWIADOMOŚĆ i MIŁOŚĆ !
I JA jestem TYM...

 

A teraz po ludzku :)
Przyjechałem w konkretnym celu - chciałem dowiedzieć się, dlaczego mój gabinet weterynaryjny nie rozwija się tak szybko jak bym tego chciał? Co mnie przed tym blokuje? Czy może istnieje coś ciekawszego niż leczenie zwierzaków? Czy może jest to szamanizm

 

Żeby dostać odpowiedzi
na te pytania musiałem spotkać się ze swoim "Potworkiem". A nie było to łatwe... Przez większość pierwszej nocy klęczałem przy kibelku próbując zwymiotować...

Z pozycji wewnętrznego obserwatora było to bardzo śmieszne - taki nieustraszony "rzygający" samuraj. Próbowałem i próbowałem, walczyłem, a to co siedziało i nie chciało mnie opuścić. Im bardziej się starałem, tym było ciężej...
Jarek mi pomagał, Aldonka wysyłała miłość, czuwała przy mnie do rana...
Był moment kiedy wydawało się, że już po wszystkim, że koszmar się skończył, że zrozumiałem...
Bo rozumiałem:

 

NIE STOSOWAŁEM WIEDZY (!!!!),
podarowanej mi na pierwszej ceremonii...

I tak momenty Wglądu w To, Kim Jestem, naprzemiennie z wymiotami trwały prawie do rana...

 

Co do samych wglądów
to konkluzja jest taka:
to ja wybieram to, czego chcę doświadczać, cokolwiek wybiorę, natychmiast się realizuje.
Nie ma nikogo na zewnątrz, jestem wszystkim czego doświadczam, jestem jednym z tym czego doświadczam...
Byłem bliski odpowiedzi na pytania które zadałem przed ceremonią...Pojawiały się wizje, pojawiały się znaki, z których tak naprawdę ważny był dla mnie tylko jeden - Anahata- symbol czakry serca, miłości...

 

Drugiego dnia ceremonii
pojawiały się wizje. Z początku piękne, ale zaraz potem "coś" się na nie nałożyło...i przybrało formę skorpiono-pająka, okropnego błędu na cudownej trójwymiarowej boskiej matrycy.
Ciałem co jakiś czas szarpały torsje i nudności, przeżywałem męczarnie gorsze niż pierwszej nocy...Wzywałem mentalnie Jarka i Aldonkę, prosiłem żeby pomogli...

Ale wewnętrzny głos mówił - sam musisz znaleźć rozwiązanie!

 

Wszyscy chyba już wiedzą,
że na ceremoniach w Holandii obecne są dwie cudowne suczki rasy boxer.
Najczęściej leżą przy tej osobie, która tego najbardziej potrzebuje, a gdy im się na to pozwala - przytulają się. Tak też było w moim przypadku...

Wewnętrzny głos mówi : "Przytul się do pieska"... Przytul się... Przytul się.. .I tak wiele razy...
A ego mówi: "Ja mam się przytulić do psa? Ja? Do psa? Przecież człowiek jest lepszy...
Koszmar trwał...i trwał. Trwał do momentu aż się poddałem i posłuchałem wewnętrznego głosu...
Przytuliłem się do... pupy psiaka!

Koszmar się skończył! Wybrałem Miłość. BYŁEM JEDNOŚCIĄ Z PIESKIEM!!! MIŁOŚĆ PŁYNĘŁA SZEROKIM STRUMIENIEM!
Zrozumiałem...JEST TYLKO MIŁOŚĆ... Wystarczy ją tylko zobaczyć, bo jest wszędzie, jest wszystkim co nas otacza, nie ma niczego poza nią...

 

Były też wizje... znaki,
które od strony graficznej potwierdzały że jedyną drogą człowieka jest miłość, że żadna inna droga do szczęśliwego życia nie istnieje...

Było też zrozumienie jak bardzo nie doceniałem ludzi , których spotkałem w życiu, jak bardzo mnie kochali, a ja tego nie widziałem, często patrząc z perspektywy EGO-POTWORKA...
Łzy wdzięczności lały się długo...
Nadal się leją... Proces cały czas trwa...
Z ciekawostek napiszę jeszcze, że przez moment w jakiś sposób moja własna twarz była twarzą śmiejącego się Jarka... Bardzo przyjemne doznanie! Ha!

 

I jeszcze jedna konkluzja
- przed ceremonią chciałem zostać szamanem... Po ceremonii zrozumiałem, że już nim jestem, będąc lekarzem, który kocha swoich pacjentów!

Niewysłowiona jest też moja wdzięczność do Jarka i Aldonki za to CO robią i JAK to robią!


 

 

  

ayahuasca 0a iVIOLA
właścicielka hotelu, żona

 

 

 

Pierwsze picie.
Wtulam się w pieska, Lamę. I czekam. Płynie muza, nic się nie dzieje, próbuję wczuć się w dźwięki, mam zamknięte oczy. Nic. Może tylko przez ułamki sekund rejestruję jakieś coś.
Jarek zaczyna grzechotać, otwieram oczy, NIC.
Słyszę jęki, to Karolinka, przeżywa coś mocnego.
Wiem, słyszę i czuję, że Aldona jest przy NIEJ, i Jarek również. Pomagają jej w ciężkich chwilach.

 

U mnie NIC.
Kładziemy się. Ciało wewnątrz faluje.
Przychodzi do mnie Aldona, kładzie się obok. Mówi mi, bym przyjęła postawę bezbronnego dziecka, bym wyłączyła myślenie.
Łatwo powiedzieć!

 

 (...) zaczyna się coś dziać,
jakieś fale przechodzą przez ciało, jakieś króciutkie wizje przewijają się. Coś dzieje się z moim ciałem. Jakaś siła osiadła mi na mostku, na sercu, i boli, uciska, piecze. Ciężar.
Aldona ciągle leży przy mnie, Jarek podchodzi, grzechocze swoimi instrumentami, trochę mój umysł się dziwi temu, że grzechocze nade mną. (...)
Łzy płyną mi z zamkniętych oczu. Pojawia się uczucie żalu, smutku, przemożnego bólu.

 

Wzbiera nagły ścisk w klatce
i szloch nie do opanowania, i szlocham, odwracając się w stronę Aldonki, która przytula mnie i karze wyrzucić cały żal, każe mi płakać.

Nie wiem z czego ten płacz wynika, dlaczego?
Słyszę, że na dziś to koniec ceremonii. Jak to, myślę, już?
Aldona nakazuje mi stwarzać wizje nowego, dobrego.
Ale ja jeszcze przeżywam swoje płacze i szlochy, choć staram się stwarzać dobro...

 

Drugie picie.
Stwarzam miłość. Ma piękne kolory światła, zapach geranium (choć nie wiem jak pachnie geranium).
Jest pięknie, bardzo pięknie, fale światła miłości zalewają moje serce i promieniują tam, dokąd je wysyłam - do świata.

Jednocześnie czuję coś w ustach, coś nie tak jest z moimi zębami, jakoś nieswojo. Piękne, przejrzysto- białe, pomarańczowe światło chodzi po mojej twarzy, wewnątrz niej, to światło jak laser naprawia moją szczękę, moją twarz, mój język...
Olśnienie! Mam przeprowadzaną operację na twarzy!!!!!!
Jest to przyjemne uczucie.

 

Przed tą wizją-czuciem
pojawiła się na chwilę w takim samym świetle piękna Nimfa, Pani Wróżka
- była zapowiedzią uzdrawiającej energii, która mnie naprawiała.
Czułam, jak ta wspaniała, świetlista energia miłości wchodzi - przechodzi przez moje ciało w miejsca, które mi kiedykolwiek doskwierały lub osłabiały zdrowie.

Teraz, kiedy załapałam, o co chodzi w tym wydarzeniu, sama kierowałam energią i poddawałam się jej zbawiennemu wpływowi. Jak cudownie!
I ciągle mogłam produkować miłość z serca, i ona przechodziła przez moje ciało.

 

Koniec, jakby ustało,
zrobiło się szarzej, próbuję przywołać stany wibracyjne i produkować tę energię ale jakby mniej tego.

Pojawia się świadomość, że te moje naprawiane uszkodzenia musiały jakoś powstać w poprzednich żywotach.
Zaczynam zdawać sobie sprawę, że w tamtych życiach wchodziłam bezwolnie, choć jakby dobrowolnie, nie sprzeciwiając się w sytuacje, które doprowadzały do wykorzystania mojego ciała.
Musiałam na to zezwalać, bądź niedostatecznie się sprzeciwiałam - takie miałam przesłanie i przeświadczenie. (Wiedziałam to po prostu - bez obrazów. Myślę, że byłyby zbyt drastyczne, by można mi je pokazać do ponownego przeżywania ich).

I wiedziałam, ze główną postacią, która zawsze brała udział w tym, co mi się stało, był mój mąż.
Źródłem tych historii, które mi się przydarzały, było pożądanie. Pojawiła mi się wizja, że to nie miłość nas łączyła, ale właśnie pożądanie, które dla mnie się kończyło wykorzystaniem i katastrofą.
Stąd moje zmasakrowane ciało, które wymagało naprawy.

 

Przypomniało mi się,
że pierwszą wizją od Ayi była MIŁOŚĆ. Najpiękniejsza! Grała kolorami światła i wibracjami piękna, trudno to ubrać w słowa.
Pojawił się książę Inków, czuły w swoim pocałunku. To na początek, bym mogła porównać z tym, co potem.

Zrozumiałam swoje przesłanie - misję w życiu, wyczytaną przez Jarka z horoskopów: mam rozpoznać swoje negatywne myśli,
przemieniać je i używać siły myśli, by bronić się, by nie być bezwolną, by walczyć o swoje własne życie. W przeciwnym razie doprowadzę się do podobnych stanów wykorzystania i katastrof.

 

Drugi dzień ceremonii.
Jest miłość, jest szloch, wychodzą ze mnie złe żale, płaczę.
Szamani pomagają mi.

 

Powtórka wizji,
znowu moje przyzwolenie na wykorzystywanie mojego ciała. I mój mąż w głównej roli sprawczej. To nie miłość! Już mam świadomość tego, co się dzieje i bronię się przed tym.

Stwarzam na nowo swoje ciało, czynię je święte, nietykalne. Mówię: nigdy więcej, odejdź! Nigdy więcej!
Więc kładę swe ciało na piedestale, odganiam swoją mocą wszystko, co chce przyjść i mnie wykorzystać.
Jestem silna. Wiem, jak się bronić, siłą woli mówię; precz!
Przez moje ręce przechodzi silna energia, która odstrasza. Jakiś sęp chce wyżreć kawałek mojego porzuconego,
zmaltretowanego ciała, a ja go odganiam siłą woli. Odcinam się od mojego sprawcy. Wiem, ze mam go zostawić.

Mam zacząć nowe życie.
Rano nie mogę się z tym pogodzić. Aldona czyta z Tarota: wybacz, sobie i jemu...


  

 

 

IzaIZABELA
uzdrowicielka

 

 

...Przed wyjazdem
towarzyszyły mi różne myśli, umysł analizował, kombinował, rozumowo nie byłam pewna swojej decyzji, ale dusza potrzebowała ukojenia.
Tęskniłam i pragnęłam bezwarunkowej miłości. Nadszedł czas na poważne zmiany w moim życiu.

Przed ceremonią bardzo pomogła mi rozmowa z Aldonką i Jarkiem. Magiczna atmosfera, ciepło, zapach ziół... rozwiały wszystkie wątpliwości. Wiedziałam po co tam JESTEM.

 

Moja podróż
z Duchem AYA rozpoczęła się błyskawicznie.
Siedziałam na łące pełnej kwiatów i motyli, a po chwili wszystko zaczęło się zmieniać.

Znalazłam się w tunelu, którego ściany pokryte były czekoladową fakturą, pięknymi kolorowymi kamykami; rubiny, szafiry, diamenty itp. Cała gama barw.
Usłyszałam....odradzasz się na nowo. Porwał mnie wir.... Cudowne kolorowe fraktale (święta geometria) układały się pod wpływem wibracji dźwięku.
Zobaczyłam swoje słabe strony, skąd się wzięły i jaki miały wpływ na moje dotychczasowe życie. Niewiele z tego pamiętam, to tak jakbym miała się z tym zmierzyć i zapomnieć.

 

Dźwięki muzyki
były coraz bardziej dynamiczne i głośne.
Duchem pojawił się mój partner i rozpoczęliśmy taniec naszych ciał w rytm tantry. Niesamowite doznania, w których można było się zatracić... Zrozumiałam! Oświecenie jest możliwe w czasie seksu tantrycznego! (...)
Duch AYA cały czas mnie prowadził, przygotowywał na kolejne etapy.

 

Usłyszałam: umierasz.
Zobaczyłam siebie, brązową energię rozpadającą się w drobny pył. Trwało to kilka sekund, po czym odradzałam się na nowo.

Moje świetliste ciało napełniały piękne kolory, jakby ktoś wziął pędzelek i malował barwne kleksy. Poczułam przeogromną miłość, ciepło, radość, byłam otulona i wypełniona po brzegi prawdziwa rozkosz. Stałam się miłością, tym, czego tak bardzo mi brakowało.
Pokochałam siebie.
Spleciona w uściskach z Aldonką usłyszałam: doświadczasz oświecenia.

Pojawiły się złote i zielone fraktale, pośród których wirowałam. Nie czułam ciała, stałam się świadomą energią, swobodnie płynącą przez wszechświat.....


ayahuasca 0a jNasze połączenie z Aldonką było niesamowite.
Tworzyłyśmy JEDNO. Nie było granicy. Nirvana, błogość, miłość, nieskończoność...
Nie jestem w stanie opisać tych uczuć.
To trzeba przeżyć, doświadczyć, aby zrozumieć.
Obie byłyśmy w stanie oświecenia.
Czułam to cudo!

 

Narodziłam się ponownie,
mogłam tworzyć siebie na nowo, zapisywać jak czystą kartkę.

Duch AYA trzymał mnie za rękę, kierował jak małe dziecko. 
Mogłam stworzyć sobie nową przyszłość, co uczyniłam. Zasiałam ziarenka, które codziennie podlewam..... Dziś już kwitną.
Miałam wgląd w siebie, swoje wnętrze, widziałam narządy, które mogłam w tym momencie uzdrowić.
Pytałam, jaka jest moja droga na przyszłość, czym powinnam się zająć?

Okazało się, moim powołaniem jest leczenie ludzi.

 

Widziałam mój nowy dom,
do którego zmierzają tłumy.
Wracali do domu szczęśliwi , radośni, w pełni zdrowia..... - Otrzymałam dar uzdrawiania, jasnowidzenia i jasnowiedzenia.
Pojawiła się też moja córka i mama, otuliłam je miłością. Pożegnałam dalekich przodków jak również byłego męża, wysyłając im światło miłości. (...) Z cudownej, świadomej podróży wybiły mnie głosy... wracasz do ciała!
I Aldonka, mówiąca do Jarka aby położył misę na moim sercu.

 

Usłyszałam - wyłącz umysł
i zdaj się na własne odczucia. Miałam poczuć....

Dźwięki pobudzały moje ciało, robiło się ciepłe... Poczułam pieska Lamę, leżącą na moich nogach. Jej ciepło również rozgrzewało każdą komórkę wibrującą wewnątrz... W ogóle bokserki były niesamowite, przepełnione miłością, pomocne i oddane .....

 

Kolejnego wieczoru,
w momencie kiedy weszliśmy na salę ceremonialną, poczułam łączność z AYĄ. Zagłębiłam się w dźwięki muzyki, odpłynęłam.

Pojawiły się cudowne wizje, widziałam gwieździsty Wszechświat, mgławice planetarne, cała gama kolorów zmieniająca się jak kalejdoskop, a na ścianach sali ceremonialnej wirowały obrazy i wzory AYA. Ja razem z nimi.
Po kąpieli w energetycznej miłości podeszłam do mojego partnera, Gracjana. Jego energia była przepełniona spokojem, radością, błogością. Narodził się na nowo. Nasze połączenie wywołało silną falę miłości z nutką erotyzmu, która rozeszła się po całej sali.
Połączyliśmy nasze dłonie z leżącym obok Rafałem.
Poczułam jego oświecenie jako falę, która przechodziła na nas. Tego stanu doświadczaliśmy RAZEM!!!

 

Rafał złapał Aldonkę za rękę,
doznania jeszcze bardziej się spotęgowały! Cztery osoby jednocześnie doznawały oświecenia! Cudowne przeżycie, którego nie jestem w stanie opisać słowami.

Leżeliśmy połączeni i upajaliśmy się nieskończonością.

 

Rano po przebudzeniu
Marcin poprosił mnie o uzdrawiającą energię. Jakież było moje zdziwienie. Poczułam jego wnętrze, zapach.... Później podszedł Mieszko, Viola. Widziałam ich organy, wymagające wsparcia. Czułam smak zakwaszenia i goryczy w organizmie.

Kolejne doświadczenie - prezent od AYAHUASKI!
Wróciłam szczęśliwa, radosna, przepełniona miłością , z uśmiechem na twarzy.... To była cudowna podróż w głąb siebie, wiem KIM JESTEM i po co TU JESTEM. Dziękuję ....

 

Po krótkim czasie.
Szukam miejsca, domu, gdzie będę mogła w pełni się realizować i rozwijać, mam marzenia i pracuję nad ich wdrożeniem.
Oczywiście jest to związane z uzdrawianiem i pomocą innym.
W chwili obecnej wykorzystuję ten dar dla bliskich i znajomych, dzieją się fajne rzeczy, mam wgląd do wewnątrz ciała, wiem gdzie dotknąć i pokierować energię. Podczas zabiegu na Gracjanie , po moim dotyku zostały odbite na jego ciele moje palce... , ale póki co nadal pracuję nad sobą, usuwam wzorce i mechanizmy, które przeszkadzają, aby móc w pełni wykorzystać swój potencjał ....

Ale jeszcze coś dodam, po Ayi potrafię szybko wejść w odmienne stany świadomości, mam cudowne przeżycia, wychodzę z ciała, staję się przejrzysta, lekka, rozrzedzona, widzę siebie oddzieloną ciało i ducha - odlatuję jak z Aldonką w czasie ceremonii...


  

 

 

ayahuasca 0a kMATEUSZ
fryzjer

 

 

...miałem już jako takie pojęcie,
co mnie czeka, gdyż moi rodzice już tego doświadczyli.
Wiedziałem również, że nie mogę się sugerować ich przeżyciami. Byłem w szczęśliwym związku, miałem świetną pracę oraz kochającą rodzinę... Szczęśliwy obrazek, który jak się jednak okazało, namalowany został na brudnej kartce.

 

Przed ceremonią
zacząłem zauważać w sobie różne zmiany... W głębi czułem, że szykuje się dla mnie niezły szok.

 

Moją główną intencją była miłość.
Życie w szczęśliwym, pełnym zrozumienia oraz w nieoceniającej miłości związku plus kilka innych rzeczy oraz pytań które - o dziwo - same się pojawiły w wieczór przyjazdu i w następny dzień. Dusza wie, z czym ma pracować.

 

Po pierwszym piciu
leżałem, słuchając pięknej muzyki, aż w pewnym momencie poczułem że moje ciało samo chce się poruszyć. Położyłem się więc na brzuchu, a moje ręce złożyły się w pięści przy głowie. Zaczęły się otwierać, rozkwitać jak kwiat lotosu. Przy pełnym rozkwicie strasznie bolały mnie już nadgarstki, jednak chciałem tak pięknie kwitnąć...

Później powoli kwiat zaczął się chować i poczułem, że muszę zmienić pozycję, oraz że teraz będę uzdrawiać wątrobę (prowadziłem dość towarzyski tryb życia). Nagle ręka przykrywająca wątrobę zaczęła się unosić ku górze a ja poczułem że jestem drzewem. Zrozumiałem, jak ciężko drzewu wypuścić gałąź.
Kiedy już to uzdrowiłem, skończyła się pierwsza sesja....

 

Drugie picie
wyglądało już całkiem inaczej. Pierwsze było chyba tylko przygotowaniem do poprawnego wejścia w stan ayahuaski...

Latając w kolorowych wizjach i wymiarach, wyłapywałem to co we mnie jest złe. Wychodziło to ze mnie jako ślimaki, które wypluwałem z obrzydzeniem do chusteczki. Aż zabrakło chusteczek i wszystko leciało prosto na mnie, nosem i buzią.
Nie czułem odrazy, cieszyłem się, że to świństwo ze mnie wychodzi.

 

Po oczyszczeniu
przyszedł czas na nagrodę. Ujrzałem wizję dwóch pięknych energii lecących razem, oddalających się od siebie ale tylko na chwilę aby zaraz do siebie wrócić. Tworzyły łańcuch DNA. Zapytałem czym są te energie...

Aya odpowiedziała mi - Nie wiesz? - I nagle doznałem olśnienia. Jedną z tych energii byłem ja, a drugą moja druga połowa.
Miałem to szczęście, że moja druga połowa "przypadkiem" leżała obok mnie.

Znaliśmy się zaledwie drugi dzień, a na poziomie duchowym od zawsze. Zgubiliśmy się w którymś wcieleniu, a teraz się odnaleźliśmy.
Momentalnie ogarnęło mnie tak ogromne uczucie szczęścia oraz tęsknoty. Nigdy w życiu tak nie tęskniłem.
Wstrząsnął mną przenikliwy płacz szczęścia.

 

Spytałem się Ayi, czy już jestem oświecony.
Otrzymałem odpowiedź, że aby się oświecić trzeba umrzeć. (...)

6 godzin ceremonii trwało dla mnie jak 30 minut, ale aż do rana uwalniało się ze mnie mniejsze zło... Nie spałem całą noc nie czując odrobiny zmęczenia.

 

Na drugi dzień
podzieliłem się oczywiście swoim odkryciem, jednak moja "druga połowa", Kasia, nie do końca dzieliła przekonanie o naszym przeznaczeniu.
Mimo wszystko miałem przeczucie, że to się wyjaśni. Każdy ma swoje tempo uzdrawiania. Przed ceremonią wyciągnęliśmy tę samą kartę tarota (nikłe prawdopodobieństwo), więc był to dla mnie znak, że będziemy pracować nad tym samym, być może nawet razem.

 

Po wypiciu
- czułem się już oswojony z tym stanem - od razu wziąłem się do roboty. Wyplułem jeszcze jednego małego ślimaczka i zaczęły przybywać do mnie po kolei różne ciemne energie. Im była ciemniejsza, tym trudniej było mi sobie z nią poradzić.

Przychodziły istoty, które nie pozwalały mi stworzyć idealnego związku. Istoty których w życiu bym o to nie posądził. Radziłem sobie z każdą z nich, aż pojawiła się czarna, żylasta energia...
Okazało się że najbardziej blokowała mnie moja własna mama.
Wtedy to poczułem pomocny dotyk Dusi, gdyż sam bym sobie chyba nie poradził.
W szlochaniu uzdrawiałem swoją mamę. Sprawiało mi to ogromny ból na sercu. Kiedy się uleczyło, nie miałem już żalu, a puste miejsce po zgniliźnie jaką nosiłem w sobie (od mamy), wypełniłem miłością...

 

Przez jakąś chwilę
uzdrawiałem jeszcze mniej poważne istotki kiedy to poczułem, że Dusia łapie mnie za rękę. Obróciłem głowę i... Okazało się, że to ręka Kasi, uśmiechającej się w swoim transie... Ogarnęło mnie przeszywające szczęście, bo wiedziałem już, że zrozumiała ....

 

Zaczęła się poważna praca.
Zakup działki, pieczętowanie jej znakami ochronnymi przed złem, budowa domu. Wiedziałem, że jako mężczyzna muszę to zrobić sam...

Byłem już wykończony budową i całą tą pracą. Kiedy jednak skończyłem stanęliśmy razem przed domem i powiedziałem: spójrz Kasiu jaki piękny dom nam zbudowałem...
Okazało się, że prezentacja domu była naszą wspólną wizją!
Tym razem czułem, jakbym przepracował pół życia, a 3 godziny trwały całą wieczność.
Nie chciałem już pić ani kropli więcej. Nie miałem na to siły! Kiedy jednak moja Kasia dzielnie wstała i stawiła czoła kieliszkowi zrozumiałem że czeka nas więcej duchowej pracy..

 

Mieliśmy już działkę i dom.
Przyszedł czas na zaślubiny, wyposażenie, zasadzenie drzewa.

Na głębokim duchowym poziomie bardzo pięknie przeszliśmy przez wszystkie aspekty życia codziennego. Ayahuasca dała nam wskazówki, jak żyć, jak rozumieć, dała siłę do wspólnej wędrówki przez życie i obraz pięknej przyszłości.
Wszystkie moje wizje były niezwykle barwne i kolorowe. Niekiedy czułem, że nawet nie potrzebuję oddychać, a niekiedy oddychałem niesamowicie wielką ilością uzdrawiającego powietrza.
Miałem okazję zobaczyć przez pryzmat ayahuaski duszę Dusi.
- Niezwykle piękna!

 

Jestem niezmiernie wdzięczny,
że mogłem zobaczyć prawdę. A prawda jest tylko jedna; Nieskończona miłość jest największą siłą, którą każdy ma w sobie,jesteśmy na nią tylko zamknięci. Zamknięci na inne światy, które istnieją i w których my istniejemy.

Wiem już, że natura jest tak perfekcyjnie zaprojektowana, że w pełni nam wystarczy to, co daje nam Matka Ziemia. I w końcu, że śmierć jest w zasadzie szczęśliwym zakończeniem wykonywanej pracy dla samego siebie tu na Ziemi. To nie koniec to początek kolejnego pięknego etapu.
Dziękuję Dusi i Jarkowi z całego serca za energię miłości, jaką niosą dla świata.


 

 

 

ayahuasca 0a aa4iaMARZENKA
ATIA HELVA

 

 

 

Leżę... Czuję się rewelacyjnie.
Powoli pojawiają się delikatne, kolorowe wzorki... Znikają.

Z ciemności przychodzi do mnie przepiękna biała postać. Najpierw ta kobieta chwilę mi się przygląda, a potem mnie delikatnie dotyka, głaszcze, całuje z czułością i miłością. Obok niej pojawia się "większa". Piękniejsza, świetlista, ubrana w biel, diamenty. Mówi do mnie :,,Nie przejmuj się niczym", a następnie dotyka okolic mojego serca, otwiera je jak płatki kwiatów. Nie wiem, co robi, ale poddaje się. Następnie obie mnie ubierają w piękny strój, czeszą itp. I w tym momencie wychodzę poza ciało. Za rękę prowadzi mnie świetlista Aya:

 

- Trafiam do poprzedniego wcielenia.
Jestem dumnym wodzem, który stoi na statku wracającym z wygranej wojny (bitwy) do wioski. Czuję siłę, pychę, władzę, dumę. Silne ego. Zaczynam coraz mocniej czuć negatywne emocje i kiedy uświadamiam sobie, jakie to jest złe i do czego prowadzi, to wtedy wszystko znika... Rozpryskuje się wraz ze mną dosłownie na kawałki.

- Inne wcielenie. Jestem strażnikiem, który pilnuje brzegu i spokoju wioski. Czuję dumę, siłę, władzę, pewność siebie. Gdy zaczynam sobie uświadamiać, że to negatywne, wszystko znów znika i słyszę głos ,,koniec bycia mężczyzną, pięknie być kobietą.

 

- W tym momencie chcę wiedzieć, co jest z moim ciałem.
Aya pokazuje mi je. Widzę, że z moim sercem ,,ktoś,, robi porządek. Dosłownie jak sprzątanie, odkurzanie. Aya wyjmuje mi z serca różowy piękny kamień i mówi, że się nim zaopiekuje na czas oczyszczania. Widzę, jak się w jej dłoniach zmienia w różowy kwiat na podobieństwo lotosu lub róży. Ale mamy ,,lecieć,, dalej, ciało zostawić.

 

- Jestem na planecie, na której nie ma materii.
Tam witają mnie niemal przezroczyste, jasne i przyjazne istoty, pokazują Ziemię i pocieszają, że się nami opiekują i wspomagają. Żegnam się z nimi ...

-Lecę dalej z Ayą do miejsca pełnego pięknych dziewcząt. Wszystkie są ubrane na biało i ja także mam taką sama suknię. Tańczymy, bawimy się, śmiejemy jak nastolatki. Wiem, że nie jestem jeszcze kobietą. Wszystko jest takie beztroskie, ale Aya zabiera mnie stamtąd stwierdzając ,,że już czas,, i lecimy dalej... do..
- ....miejsca pełnego pięknych bogiń. Otaczają mnie, ubierają, malują, czeszą, obsypują i stroją w kwiaty i minerały. Mam na sobie piękną suknię i tańczę z nimi w kręgu. Tańce są kobiece, zmysłowe.. Przepełnia mnie siła kobiecości, światło, miłość... Wtedy Aya mnie porywa
- ...i zostawia pod drzwiami komnaty, w której są tylko mężczyźni. Wyglądają pięknie, zmysłowo, męsko... Jeden wyciąga do mnie rękę i zaprasza do środka.
Poznaję energię męską, jej opiekę, siłę, ochronę. Na koniec otrzymuję kroplę (czegoś) do mojego serca... Żegnam się.

- Aya przychodzi po mnie i lecimy dalej. Chcę zobaczyć czasem jakieś miejsce lub gdzieś indziej polecieć, ale mi nie pozwala albo stwierdza, że nie teraz.
Gdy pytam o coś, to się uśmiecha i mówi, że wszystko w swoim czasie.

 

- Trafiamy na bal.
Przepiękna sala balowa, wszyscy łącznie ze mną mają świecące światłem suknie. Jestem już w pełni ukształtowaną kobietą... Szukam bratniej duszy, która też jest już gotowa na mnie... Odnajdujemy się, zaczynamy tańczyć i wraz z Nim odchodzę.

- I w tym momencie wracam do ciała. Nade mną stoją boginie. Przyglądają się, uśmiechają, są zadowolone i ze mnie dumne. Jedna daje mi do wypicia płyn. I nagle czuję mdłości... Otwieram oczy, zerkam na zegar (minęły dwie godziny) i biegiem - do łazienki.
Wracam, zamykam oczy... One nadal stoją i uśmiechają się. Pilnują.
- I wtedy zauważam, że na czymś siedzę...Widzę pod sobą ogromnego smoka o łuskach złotych i czerwonych, czasem zielonych. Odlatuję z nim daleko w przestrzeń... Pokazuje mi wszechświat... Pokazuje kosmos pełen świetlistych punktów i wiem, że takim światłem jestem również ja. Czuję radość i wdzięczność. Wiem, że to moja misja i cel rozświetlać wszystko wokół sobą. To działa jak domino, jak sieć w internecie i pociąga za sobą następnych. Jestem ogromnie szczęśliwa!

 

- Aya zabiera mnie, obserwujemy moje ciało.
Nadal ,,robi się, co ma się robić,,, a my lecimy na Ziemię. Widzę z góry mój dom rodzinny, a w nim moją mamę. Jest sama w pokoju, jej serce błyszczy tak pięknie - światłem. Mam widok mojej siostry wraz z jej rodziną i widzę tylko czarne serca, zamknięte, pełne gniewu, żalu. Dostaję informację, że teraz nie mogę nic zrobić, przez co czuję ogromny smutek prawie rozpacz.

Wracam do mamy, gdzie widzę ją jako małą, skuloną dziewczynkę, która jest bardzo samotna i nieszczęśliwa. Płacze, boi się... Nikt jej nie kocha... Zaczynam płakać. Tulę ją do siebie, próbuję ukochać z całej siły... Jestem ogromnie wzruszona, czuję miłość do niej.
Od tego momentu zaczynam inaczej ją postrzegać.

 

Odwiedzam też inne miejsca
m.in. pokój mojego syna. Widzę, że ma światełko w sercu (tak jak u mojej mamy) i jestem szczęśliwa, spokojna. Słyszę głos, że właśnie tą drogą wyrośnie na dobrego człowieka oraz że jego rola przy mnie już się skończyła. Aya mi pokazuje, że On jest reinkarnacją mojego taty, który zmarł nagle (za wcześnie) i teraz powrócił dokończyć swoje zadania. Teraz ma doprowadzić moją mamę do śmierci. Mam wizję śmierci mojej mamy, jest przy niej mój syn...
Ona jest piękna, świetlista i spełniona.
Czuję wdzięczność, płaczę...

 

Wracam do ciała.
Aya wkłada mi do oczyszczonego serca różowy kryształ.
Nadal jestem płodem, ale o błękitnej skórze. Czuję skurcze macicy i przygotowuję się do porodu. Lada moment urodzę się, ale jako dojrzała kobieta. Stąd te całe przygotowania mnie przez Ayę.

Z serca bije ogromne oślepiające światło, miłość i radość. Niemal się w tym rozpływam... Narodziłam się na nowo!!! I w takim stanie leżę do samego końca mając piękne wizje, m.in. o starożytnym Egipcie... Cały czas jestem otoczona boginiami ...

 

Dzień drugiayahuasca 0a aa4i
...Leżę na łodzi, która niesie mnie do wielkiego księżyca.
Całe sklepienie nagle zamiast gwiazd ma oczy... Księżyc mnie wciąga... Stapia się ze mną wszystko wokół, zostaję wciągnięta i wymieszana ze wszystkim. Znikam ja i wszystko. Z tej wirującej masy wyłaniam się ponownie.

I znów widzę smoka z wczorajszego dnia. Jest ogromny w kolorze błękitno-seledynowym ze złotymi dodatkami. Przygląda mi się, obserwuje. Nic nie mówi. Raz przypomina wielkiego węża a raz smoka. Jest przyjazny, czuję ochronę, opiekę i bezpieczeństwo oraz spokój. I nagle zalewa mnie światło..wszystko łącznie ze mną jest świetliste.
Potem wszystko zmienia kolor i przestrzeń łącznie ze mną staje się niebieska....

 

Następnie
przeze mnie przepływa słup światła w kolorze czerwieni. Ja i cała przestrzeń to tylko kolor. Pomarańcz wnika we mnie, rozpływa się, czuję erotyczną przyjemność. Dostaje informację, że tą właśnie seksualną energię mam wykorzystać na Ziemi w moim ciele. Że jest darem i powinnam używać jej ogromną twórczą siłę. Że to kumulacja energii i wielka siła kreacji. Nagle spada na mnie słup pomarańczowego światła (wbija się do brzucha poprzez i zatacza krąg a następnie mnie zalewa), przez co czuję przypływ innego rodzaju siły, wręcz bym nawet rzekła władzy, pewności. Jestem w pomarańczowej sukni.

 

Wraca smok,
podziwiam jego piękno. Widzę siebie w sukni podobnej do jego łusek (zmienia się z seledynowego w złoto-czerwoną) i zamiast nóg mam ogon jak syrena.

-Wtedy odwiedzają mnie świetliste istoty (z innej planety). Nie kontaktują się ze mną. Tylko zajmują się moim ciałem. Skanują je jakimś przezroczystym urządzeniem, widzę i czuję jak ono się przesuwa przeze mnie. Naprawiają kręgosłup, tarczycę, kości, włosy wszczepiają na głowie. Stroją mi dosłownie soczewkę szyszynki-czuję wwiercanie się w głowę. Widzę coraz bardziej wyraźnie... Z dala przesuwa się smok, który mnie chroni i przygląda się.

 

Po drugim piciu
nie wytrzymuję - od razu wymiotuję.
Mimo to wizje mam bardzo silne. Teraz Aya uśmiecha się i mówi, że odpowie mi na moje pytania odnośnie życia na Ziemi. Pokazuje mi codzienne czynności. Mówi, że moją misją jest dzielenie się z innymi moją wiedzą, która mam i swoim światłem.
Pokazuje, co już robię i że to jest dobre.
Ogromna dawka informacji. Że mam malować, kreować, podróżować, szukać podobnych ludzi. Mam wizję jak spotykam się z podobnymi ludźmi, przekazujemy sobie siłę razem a potem rozchodzimy się w świat nieść światło. Niektórzy się do mnie uśmiechają, inni dołączają a niektórzy skuleni (wyglądają jak szare masy) uciekają.

Mam też wizję siebie i mojej połówki, która gdzieś czeka na Ziemi. Oboje zmieniamy świat. Otrzymuję informację o dziecku, które jeżeli przyjdzie na świat to jak mam je wychować.
Mam wizje o kobietach, jakie są silne i potrzebne w tym czasie i że to ogromny dar być kobietą. Mam się tym darem dzielić. Mam podkreślać swoje boskie piękno.

...

NASTĘPNE SPOTKANIE
Cała ceremonia tego dnia to moje ciągłe narodziny.
Nie wytrzymuję długo i od razu idę wymiotować. Jest to wyjątkowo trudne. Moja twarz w lustrze jest jakby nie moją twarzą. Widzę coś innego we mnie. Co siedzi i nie chce wyjść i właśnie się ujawniło. Umieram i rodzę się setki razy.

Cały czas moje serce odrywa kolejne warstwy, skorupy, mury... Zdrapywałam z niego warstwy. Wyłażą ze mnie przeróżne robaki... Przemywa mnie woda. Rodzę się jako wszechświat, kosmos...

 

Jestem wszystkim.
Odwiedza mnie czerwony smok. Jakby zajrzał i sprawdził, czy wszystko w porządku.
Czuję się bezpiecznie - cudownie.

 

Ból w klatce piersiowej.
Coś wyraźnie we mnie siedzi. Trzyma moje serce, widzę; To nie istota, tylko forma ciemnej masy, która przykleiła się do serca. Zostaję wrzucona do czasów dzieciństwa, do czasów życia płodowego i wczesnego niemowlęctwa...
Wracają bolesne wspomnienia, a szczególnie jedno, które spowodowało, że właśnie ta energia do mnie przylgnęła.
Nie podda się... Mówi mi, że już tyle ze mną jest. Przeżywam ten ból na nowo... cierpię i wtedy znika.
Utulam siebie w każdej postaci od maleństwa po staruszkę. Wszystko znika. Jest dobrze: spokój, miłość, wdzięczność i wzruszenie.

 

Na chwilę znajduję się w innym wcieleniu.
Wiem jaki to okres i miejsce, jednak wycofuję się, gdyż nie czuję potrzeby głębiej w to wchodzić.

Wymiotuję. Czuję się znów fatalnie. Nie mogę się pozbyć tego "czegoś" ze mnie. Proszę o pomoc Jarka.

 

Zarówno Jarek jak i Aldona
cały czas mnie wspierali, mówili co mam robić.
Byłam wykończona, jak po ciężkiej pracy fizycznej. Nie miałam siły. Czułam jak to coś ze mnie musi wyjść, ale nie chce, broni się. Nie daję rady... Ceremonia się kończy ja padam.

---- To ,,coś,, odpuściło zupełnie drugiej nocy...Odcięłam to w końcu. Odżyłam.


ayahuasca 0a aa4iBTeraz dostałam nagrodę.
Piękne wizje. Spływające na mnie kosmiczne energie, które wypełniają mnie po brzegi. Otrzymała masę bardzo ważnych informacji o kierowaniu swoim życiem, emocjami, uczuciami.

Tylko strzepywałam z siebie ostatnie drobinki pozostałości po starych.

 

Dostałam też wizję mojej przyszłości:
widzę tort, roczek mojego.... Jeszcze nie spłodzonego dziecka; widzę mężczyznę, którego jeszcze nie znam (poznałam kilka dni po ceremonii), nasz dom i córkę.
Wszystko jest pełne ogromnej miłości...
Płaczę jak dziecko. Łzy mi lecą po policzkach...
Widzę córkę dorosłą i nas dwoje jako staruszków.

 

Wtedy coś zaczyna oczyszczać
moją macicę, daję temu przyzwolenie. Ogromna energia wypełnia mnie i robi swoje. Nie do końca wiem co, jednak akceptuję i wyrażam swoją wdzięczność. Wiem, że to przyzwolenie na posiadanie dziecka. To moja rola. W tym czasie nade mną czuwa ogromny, świetlisty motyl, który otula moje serce.

Widzę bóstwa, koty, psy... Wszystko jakby czuwało, chroniło. Przez moment jestem kotem, potem ptakiem.
Na koniec wypełnia mnie słup (tak bym to określiła) seksualnej energii. Czuję falowanie, przyjemność. Przeistacza mnie, formuje. Wypełnia całą miednicę.
Oczyszczam swoje serce i wypełniam je miłością. Jest błogo, spokojnie, bezpiecznie..
Zasypiam...

....

KOLEJNE SPOTKANIE

1 dzień , pełnia
Całą ceremonię przeleżałam niemal bez ruchu, bezsilna. Nie miałam wymiotów ani mdłości.
Wszystko zaczęło się od przyglądających się wielkich kocich oczu... Następnie zeszła z orszakiem świetlista biała Aya, która zarzuciła na wszystkich ochronny świetlisty szal lub płaszcz.
Zaczynam tańczyć w kole wśród pięknych bogiń i bóstw. Jest przesyt, bogactwo... nie da się tego opisać słowami. Ja sama jestem ubrana w złoto, klejnoty, przepiękną biżuterię...

 

Czuję się jak królowa.
Na drugim końcu suto zastawionego stołu siedzi piękny Król. Tym królem jest mężczyzna, w którym jestem obecnie zakochana. Król kłania się, zdejmuje swoją koronę i składa ją pod moje stopy. Ja jako królowa siedzę na tronie a On znosi mi wszelkie bogactwa świata. Świata poza mną nie widzi i traktuje mnie jak boginię zesłaną na Ziemię. Wiem, że nie muszę nic robić ani martwić się, bo dzięki mnie On ma ogromną siłę oraz moc. Jestem jego celem, który go napędza do działania i oddania wszystkiego co najcenniejsze. Nawet władzy i skarbów całego świata.

 

Nagle widzę,
że jakieś istoty (z innej planety) robią mi operację na mózgu, wwiercają się w szyszynkę. Skanują całe ciało jakimiś przyrządami. Czuję pełne zaufanie i poddaję się temu bez oporu.

W tym momencie wracam do poprzednich wcieleń. Mam obrazy osób, którym złamałam serce - teraz za to płacę. Czuję ogromny ból i cierpienie, łzy lecą mi po policzkach...
Czuję się wykończona fizycznie. Całe ciało - mam wrażenie - jest obolałe i bezwładne.

 

Widzę mężczyznę,
z którym się rozstałam i bardzo cierpiałam (odrzucenie).
Dostałam odpowiedź, że w poprzednim wcieleniu był moim ojcem, a ja jego ukochana córką (wyczekaną i upragnioną).
Traktowałam go źle i jako dorosła kobieta zupełnie odsunęłam się od niego.

 

W następnej wizji
wracam do czasów germańskich. Jestem szczęśliwą i rozpromienioną Panną młodą podczas zaślubin. Moim wybrankiem jest ten sam mężczyzna. Głos podpowiada mi, że kolejne wcielenia nie mogliśmy się scalić i że On już wie, ze jestem jego królową i wybranką , że czeka tylko na moje przyzwolenie i na związek.
Czuję opiekuńczą miłość mężczyzn w moim życiu, dziękuję za syna, za ojca. Cały czas płaczę ze wzruszenia i uniesienia; cierpię ale jestem oczyszczona i szczęśliwa. Czuję się wspaniale, pływam w męskiej energii, która mnie zawsze chroni, wzmacnia opiekuje i dodaje sił.
Dostaje całą masę informacji, jak stworzyć idealne partnerstwo. Jego cel. Że jest to moja misja, cel i droga do spełnienia i boskości. Teraz już jestem gotowa.

 

2 dzień
Wita mnie ogromny seledynowo-złoty smok.
Czuję ochronę, podziw. Jestem pełna ufności.
Jesteśmy zawieszeni w przestrzeni kosmicznej. W tym momencie smok wchodzi w moje ciało.
Wygląda to tak, że przez kilka chwil czuję wszystko jego zmysłami. - Czegoś takiego nie da się opisać ludzkimi słowami.
Mam wrażenie, że moje ciało tego nie wytrzyma i że rozsadzi moją głowę i oczy.
Nie jestem w stanie wszystkiego przetworzyć co widzę. Mam wyostrzone zmysły, szczególnie wzrok, który otacza każda żyjącą istotę z osobna a zarazem ogarnia wszystko wokół.
Patrzę ,,jego,, oczami na Ziemię, która jest pełna skupisk świetlistych punktów (jak świetliste diamenty).
Wygląda to jak mapa. Wiem, że to jest także moja misja. Ze mamy się łączyć, rozświetlać miłością świat. Że mamy rosnąć w siłę. Dzielić, rozsiewać miłość.

W mojej głowie przetacza się masa informacji, które z ogromną szybkością zostają we mnie zapisywane.
Smok mnie opuszcza i trafiam do czasów dzieciństwa.

 

Widzę swój poród, przeżywam go jeszcze raz.
Cały ten ból, zimno, które czuję po przyjściu na świat. Czuję miłość mojej mamy, jest wyczerpanie. Widzę jej świetliste cudowne serce, które się ode mnie oddala bo coś mnie od niej zabiera.

Jestem w białym pomieszczeniu, krzyczę z głodu i samotności... Nikt mnie nie słyszy...Jestem sama na świecie..Czuję się, jakbym umierała..
Podczas ceremonii przechodzę kilka takich momentów z okresu niemowlęctwa, które były ogromnym cierpieniem. Wykorzystuję to do ukochania siebie. Do zagojenia.

 

Widzę swojego ducha stróża,
który pilnował mnie, gdy byłam mała. Pamiętam go, że jako dziecko go widziałam. Tutaj właśnie dostaję ważną dla mnie lekcję, że nigdy nie jestem sama. Żebym nigdy nie czuła się samotna i pozostawiona sama sobie. Zawsze mogę się łączyć z kimkolwiek - z mamą lub innymi istotami..itd...
Wystarczy tylko myśl. Żebym nigdy o tym nie zapominała. W tym jest siła i moc do działania razem.

 

Ponownie pojawia się seledynowy smok,
który informuje mnie, że zawsze czuwa i jest na zawołanie.

Znów przypomina mi o mojej misji. Widzę siebie leżącą z rozwiniętym jak kwiat trzecim okiem.
Pokazuje mi dwa moje poprzednie wcielenia, w których żyłam zgodnie z sercem i wypełniona boską miłością wykonywałam swoja misję. Jedno to jako germańska kobieta żyjąca w zgodzie z naturą a drugie to XVII-wieczny mężczyzna, który został ścięty za swoje przekonania. Na koniec widzę obecną siebie jako staruszkę, umierającą w szczęściu i spełnieniu, jeżeli pójdę taką drogą jak obecnie.

 

Cała pozostała część ceremonii
to moja misja: każdy dzień, gest.

Widzę mieszkania, ulice pełne szarych i zaślepionych ludzi. Wiem, ze wszystkim nie pomogę, ale muszę robić swoje. Łącząc się z innymi, ładować w ten sposób akumulatory, szukać podobnych by mieć więcej siły i nieść światło to w świat. Do ludzi.
Widzę ponownie mojego króla z wizji z poprzedniego dnia. Że on posiada dzięki mnie ogromną siłę i potencjał by wiele zdziałać. Że to moja droga i misja. Mam go napędzać. Jest w nas ogromny potencjał i mamy go wykorzystywać.
Poza tym dostaję informacje o sile energii seksualnej, o jej twórczej, duchowej, kreatywnej mocy. Mam piękne wizje połączenia naszych dusz w duchowej ekstazie.


 

 

 

ania wlascicielka firmyANIA
właścicielka firmy

 

 

Przyjechałam jako osoba szukająca odpowiedzi
na najważniejsze pytania o sens bytu oraz powód mojego wewnętrznego smutku.

Przyjechałam jako człowiek o zaszytych powiekach, chodzący dzięki sznurkom, za które ktoś pociągał.
Byłam nosicielem informacji systemowych, w których funkcjonowałam.

 

Czytałam wiele o ayahuasce.
Wydawało mi się, że jestem gotowa na wizje, zderzenie się ze swoją duszą.

 

Moje wyobrażenia
były chęcią zrozumienia niezrozumiałego. Jak próba wytłumaczenia ślepcowi, jak wygląda zachód słońca - choć to zdaje mi się dziś prostsze. Działania ayahuaski nie można pojąć, choćby przeczytać wszystkie o niej wzmianki.
Trzeba ją po prostu wypić!

Jest to zderzenie z samym sobą jak na partii szachów. Osobowość doczesna z lękami i bliznami siada naprzeciw równoległej Ja.
Przedstawia możliwości bytu w zgodzie ze swoim ciałem i duchem. Informuje o możliwościach, które w nas tkwią, o skomplikowanej naturze, która pomimo trudów dąży do wewnętrznego światła.

 

Nie można już wyprzeć tej wiedzy ze swojego istnienia.
Nauka, którą dostałam, zmienia mnie każdego dnia. Zrozumiałam bardzo wiele i nabrałam pokory do wiedzy, która bywa trudna i wykracza poza zaściankowy umysł, wychowany w systemie wartości XXI wieku.

Wiem, że zaledwie drgnęła mi powieka, zrozumiałam, że jest tej wiedzy więcej.

 

Zmian jest dużo,
nastąpiły i wciąż trwają.

Po pierwsze.. szacunek dla Ziemi która mnie stworzyła i wychowała czyli dla siebie, bo po części jestem jej Tworem.
Porzucenie trucizn, którymi się karmiłam w produktach, ludziach i słowach, które mnie otaczały.
Brak Lęku. Nie zdawałam sobie sprawy że każdy dzień i minuta wypełnione były lękiem zaczynając od drobnych spraw aż do tych, związanych z życiem i pracą. Spokój, wewnętrzny, nie podlegający zmienności nastrojów innych ludzi.
Mój własny wewnętrzny Spokój tak głęboki i nienaruszalny zupełnie, jakbym założyła zbroję, utkaną przeze mnie ze złotej,
gwiezdnej, zbitej mocno pajęczyny - jak z filmu Fantasy.

 

Przeświadczenie o następujących zmianach
w moim biznesie. Pieniądze przychodzą bez wysiłku i pomysły wdrażają się w życie, bez stresu i konkretnych dat.
Eko biznes się rozwinie, stanie się centrum odnowy ducha i ciała.
Centrum z kilkoma pomieszczeniami, gdzie i kosmetyka i żywność współgrać będzie z orgonitami, które sama będę wytwarzać, a wokół kadzidła i świece. Wizja jest, a ona nastraja na całą resztę.

 

Aldonko, Jarku.
Miałam ciężkie chwile na pierwszej ceremonii, pełne lęku i wizji.
Dziś wiem jak potrzebne było to przejście. Być może byłam niemożliwa dla Was ze swoim strachem.
Pracowaliście nade mną ze spokojną wibracją miłości.

 

Dopiero po czasie zrozumiałam,
jak ważną rolę dla mnie odegraliście tego dnia.
Jestem Wam niezmiernie wdzięczna za spokój który daliście mi w tak trudnych chwilach.
Gdybym trafiła w inne ręce, mój strach mógłby wiele narozrabiać.
Wasze dobre i srogie spojrzenia, zabiegi szamańskie w trakcie moich "odlotów" były bardzo silnym wsparciem.
Pragnęłam Wam to powiedzieć, bo dziś wiem jaką SIŁĄ jesteście, a ja jaką szczęśliwą osobą że wasze Energie i Mądrość przeprowadziły mnie przez tę próbę.
Dziękuję Wam bardzo. Jesteście BOSCY (zapewne o tym wiecie:)

Kocham Was. Do zobaczenia niebawem :)


 

 

 

DanielDANIEL
zagubiony emigrant

 

 

 

...Jeszcze raz chciałbym wam podziękować
za opiekę i pomoc na jaką zawsze mogłem liczyć.
To co mogłem przeżyć dziękiwam nie da się opisać po ludzku, ale to pewnie już wiecie.

Ceremonia zaczęła się pod wieczór,
po pierwszym wypiciu Aji nie mogłem wejść,
przed drugim Aldona zaprosiła mnie do osobnego pomieszczenia,  gdzie oczyściła moje myśli.

 

Podszedłem do drugiej kolejki
z dystansem, pomyślałem pewnie i tak nic nie będzie. Nie wiem ile to trwało, ale wydaje mi się,
że nie dłużej niż kilka minut i już tam byłem.

Na pierwszy wieczór moim założeniem było dowiedzieć się dlaczego jestem taki a nie inny, w którym momencie swojego życia zablokowałem się przed ludźmi, w którym momencie zostałem tak skrzywdzony,
że nie potrafię już kochać tak mocno jak bym tego chciał.
I muszę wam powiedzieć że udało się w 100% -ach. Aczkolwiek odpowiedź była zaskakująca. Całe życie szukałem syndromu kata we wszystkich bliskich, a znalazłem go w sobie.

 

Podszedłem do drugiej kolejki
z dystansem, pomyślałem pewnie i tak nic nie będzie. Nie wiem ile to trwało ale wydaje mi się że nie dłużej niż kilka minut i już tam byłem.

Na pierwszy wieczór moim założeniem było dowiedzieć się dlaczego jestem taki a nie inny, w którym momencie swojego życia zablokowałem się przed ludźmi, w którym momencie zostałem tak skrzywdzony, że nie potrafię już kochać tak mocno jak bym tego chciał. I muszę wam powiedzieć że udało się w 100% -ach. Aczkolwiek odpowiedź była zaskakująca. Całe życie szukałem syndromu kata we wszystkich bliskich, a znalazłem go w sobie.
Ale od początku, więc...

 

...po drugim spożyciu Aji
od razu zacząłem płakać jak małe dziecko.
Z oka i nosa płynęła rzeka, rzeka goryczy. Obok mnie widziałem Anie, ona już to miała za sobą, jej dłoń leżała tuż obok mnie,
chwyciłem jej rękę i poczułem niesamowitą moc wsparcia, tego mi trzeba było.
Zaraz na pomoc przebiegła bokserka i nie wiem kto tam jeszcze był ale innych też dało się wyczuć. Energia wyczuwalna była wszędzie. Wszechogarniająca miłość o tak mocnym odczuciu, teraz juz wiem dlaczego nie da się tego opisać słowami.
To uczucie po prostu jest nie z tej planety.

 

Po chwili się uspokoiłem,
lęk odszedł a ja mogłem zasiąść jak przed
telewizorem i oglądać siebie w roli głównej. Widziałem całe swoje życie jak w tv, gdzie można przewijać, pauzować i cofać, nieznalazłem w nim nic szczególnego, aczkolwiek nie wszędzie mogłem wejść. Po kilku godzinach zrozumiałem prawdę o sobie.
Cały drugi dzień bolała mnie głowa, pomyślałem że to mi nie pomoże wieczorem.
Cały czas starałem się uwolnić od impulsywnego bólu.

 

ayahuasca 0a mbaOkoło południa
Jarek zabrał nas do kosmicznego drzewa, pomyślałem, że jak przyłoże do niego głowę,
to będzie lepiej.
Błąd, ból był jeszcze silniejszy, stokroć spotegowany, uciekłem więc z głową, a ból powrócił do stanu pierwotnego.

...

I znów po pierwszym kielichu nic,
głowa boli, brak możliwości wejścia wydłużał czas w nieskończoność. W przerwie Aldona znów zaprosiła mnie na oczyszczenie. Tym razem byłem pewien, że to się nie uda. Podeszłym do kolejnej porcji Aji i poszedłem się położyć.

Nic i nic przez około 10 minut. Nagle poczułem jak ból głowy narasta. Zakomunikowałem więc sprawę Jarkowi.

 

Po chwili Dusia leżała już za mną,
po czym położyła swoje dłonie na mej głowie.
No i się zaczęło, ledwie mnie dotknęła wystrzeliłem jak z armaty do kibelka i się zpawiowałem - tak po królewsku.
Ból głowy przepadł w zapomnienie w momencie dotyku, a ja zacząłem kombinować jak się dostać do pokoju z powrotem.

 

Udało się, doczołgałem się do sali ceremonialnej
i zacząłem wpatrywać się we wszystkich.

W oddali słychać było pojękiwania dziewczyn, jak orgazm za orgazmem płynące prosto z serca, czułem to wszystko, tą wszechogarniająca miłość, byłem spokojny i bezpieczny jak w łonie matki a zarazem tak uniesiony emocjonalnie że orbitowałem pomiędzy auforią a ekstazją.
Nagle poczułem kucie w sercu, jakby miało zaraz pękać i słowo ciałem się stało. Nie bałem się, bo wiedziałem że jestem bezpieczny (szamani! Jesteście the best) i zobaczyłem jasne światło, które stawało się coraz jaśniejsze.

 

ayahuasca 0a mba1Czułem się taki wolny.
Wtedy już wiedziałem, że czas na ostatni etap mojej podróży czas zanurzyć się we wszechświat.

Oddalałem się coraz bardziej od ziemi, mijając gwiazdy w zawrotnym tempie i ukazał mi się cały wszechświat a ja się w niego gapiłem i oczu nie mogłem oderwać.
I tak chyba kilka godzin leżałem nie mogąc wzroku oderwać a przy tym taki bezpieczny jak wtulony w ojca malec.
No i jeszcze kilka prawd poznałem.

 

Dziś mogę sobie powiedzieć;
jestem lepszym człowiekiem, w szczególności dla samego siebie.
Pomogliście mi dużo, otworzyliście mi oczy na wiele, utwierdziliście mnie w przekonaniu w kilku sprawach, w wielu wskazaliście lepszą drogę. Wszystko co przeżyłem z wami jest dla mnie krokiem milowym w rozwoju na poziomie psychicznym, fizycznym i duchowym. Jeszcze raz dzięki. Na koniec dodam tylko;

Do zobaczenia.


  

 

AlinaALINA
właścicielka firmy, siostra Urszuli  (relacja poniżej)

 

 

 

 I w końcu nastał ten dzień, dzień ceremonii.
Pijemy ziółka, kładę się i czekam. Nic się nie dzieje i jestem rozdrażniona: "czy to jest to?! Czy to warte tyle zachodu? - Ale za chwilę się zaczyna.
Bardzo ładne wizje, trudno je opisać, są po prosu ładne i dość przyjemne, tylko - jak mi się zdaje - nic nie wnoszą. Mam różne odczucia w ciele, boli mnie trochę głowa, widzę ją obrazami.

 

Aya delikatnie
wprowadza mnie w swój, a może w mój świat.
Od czasu do czasu odczuwam mdłości, bardzo lekkie. Myślę sobie, jest jeszcze drugie wzięcie no i drugi dzień. Może coś się zacznie! Od czasu do czasu zadaję moje pytania, ale bez odpowiedzi.

 

Regularnie włącza się
mój zmysł kontroli; Co z Ulą, czy jej się krzywda nie dzieje? - Wiem, że się męczy, ma okropne wizje. Aldona mówi, że to jej lęki.

 

Przerwa, wstajemy, drugie picie.
Ula jest zdecydowana wziąć i to mnie trochę uspokaja.

Kładę się, od razu mam nieprzyjemne odczucia, obrazy z lat 70-tych i 80-tych. Są to głównie przedmioty, brzydkie, brudne, reprezentujące te właśnie lata. Czuję się okropnie, mdli mnie, w międzyczasie widzę, że z Ulą źle. Boję się, że trzeba będzie wezwać pogotowie... Zaczynam mieć wątpliwości, czy dobrze zrobiłyśmy.

 

Brzydkie wizje,
nieprzyjemne odczucia i coraz bardziej mi mdło. Czuję się źle. Widzę róże symbole, trudne do odczytania. Widzę muszlę z zepsutymi rybkami. Jest mi niedobrze! Wiem, że to molestowanie z dzieciństwa, którego nie pamiętałam. Wizja przechodzi szybko.

Widzę się w roli małego chłopca, chyba czasy Atlantydy i jacyś ludzie programują mój mózg. Wizja szybko mija. Widzę, jak coś naprawiam. Jak jestem w łonie matki, ale nie umiem tego opisać. Potem poród (nie był ciężki, formalność).
Obrazy bardzo szybko się zmieniają, a ja czuję się fatalnie. Muszę iść wymiotować, w drzwiach mijam się z Ulą. Ledwo stoi na nogach, wygląda okropnie, jestem przerażona.
Wymiotuję bardzo intensywnie, ale odczuwam ulgę.

 

Wracam, kładę się
i od tego momentu, zaczynają się bardzo miłe doświadczenia.

Kontroluję, co z Ulą - jestem spokojniejsza, choć wiem, że cierpi. - Staram się przekazać jej trochę tej miłości, której doświadczam, ale ona nic nie przyjmuje. Albo jest tak zamknięta albo każda z nas musi przejść przez to sama. Aldona cały czas mnie uspokaja i mówi, że mam się zająć najpierw sobą, jeśli mam pomóc Uli.

 

Chcę poczuć, kim jestem.
Widzę siebie jako ogromny słup energii. Ja - ta ziemska - w tym ciele jestem tylko bardzo malutką cząstką.
Fajnie tak zagłębić się w siebie, poczuć tą siłę, miłość.


Potem widzę/czuję,
jak wielką mam siłę tworzenia, właściwie mogę wszystko stworzyć.
Tak niewiele potrzeba, tylko taka początkowa myśl, a potem dzieje się samo.

I przechodzi to moje wyobrażenia, tak jakby to, co zapoczątkowałam, samo się dalej tworzyło, poza moją kontrolą.
To jest niesamowite fantastyczne uczucie!

 

Widzę też siebie z Ulą
jako małe dziewczynki, jesteśmy radosne i pełne energii, potem zamieniamy się w kokardki.
Ula jest pełna radości i energii - ta wizja dodaje mi otuchy, bo widzę jej prawdziwą naturę i to, że sobie poradzi.

Widzę też siebie, jako "ostrą" kobietę, jestem dość seksownie ubrana i mam obcasy (w tym momencie się buntuję, bo nie lubię obcasów). Ale podoba mi się ta wizja.
Czuję, że tak naprawdę jestem silną, samoświadomą, prawdziwą kobietą, która nie da sobie w kaszę dmuchać i gdy trzeba, potrafi powiedzieć zdecydowane NIE. W codziennym życiu często mi tego brakowało.

 

W końcu pokazuje mi się ona, Aya,
przyjmuje różne postaci; jest fioletowym patyczkiem, a ja przyjmuję taki sam kształt. Ona jest bardzo wesoła i ma wielkie poczucie humoru. Dobrze się razem bawimy.

Czuję do niej ogromną miłość. Odczuwam ją jako swoją przyjaciółkę. Myślę sobie, że to fajnie jest mieć nową, a może starą przyjaciółkę. Jest tam dużo ruchu, tańca, wirowania i takich jakby fajerwerków.
Czuwa przy mnie Aldona, trzyma mnie za rękę, to jest bardzo miłe. Jarek zajmuje się Ulą, a ja swoim zwyczajem kontroluję, czy nie robi jej nic złego - Ale jest przecież o.k.

 

Aldona przekazuje mi coś od roślinki,
wtedy też pozwala mi dotknąć Ulę.

Jestem bardzo spokojna. Cały czas się coś dzieje, piękne wizje, abstrakcyjne. Trudno to wszystko opisać i zapamiętać.
Nawet nie wiem, czy byłam świadoma wszystkiego, co się działo w trakcie tego przekazu, choć jestem bardzo trzeźwa.

(Przypis Aldony: Dla mnie było to jedno z najcudowniejszych przeżyć. - Przekaz miłości od Natury dla ludzi - z ważnym przesłaniem. Przenosząc na nasz język - jak zapis cyfrowy na twardym dysku, do rozszyfrowania w stosownym czasie. Korowód symboli i uczuć. Potężna Wiedza, o której wiem jedynie, że została we mnie "zapisana". W świecie ducha to coś, jak na Ziemi dostęp do Internetu. Cokolwiek potrzebuję wiedzieć z tej dziedziny, nagle wiem. Dorastając do kolejnych szczebli, odnajduję w sobie wielką mądrość.)
To samo dzieje się z Aliną.

 

DZIEŃ DRUGI, PEŁNIA
Boje się, że Ula się wycofa, ale - na szczęście - wypiła. Martwię się o nią, ale w końcu się uspokajam, bo mamy dobrą opiekę. Jarek i Aldona cały czas byli i są z nami. Chyba dałyśmy im popalić!

 

Widzę siebie jako białą księżniczkę,
ulegam jakby przemianie, mam w ręku miecz, który zmienia się w miecz światła. Znowu przywołuję swoją duszę, pojawia się jako słup, a potem zmienia się w coś jak tubę z dużymi łapami i rękoma, wygłupiamy się. Ona bierze mnie za rękę i idziemy na lody. Też jest bardzo wesoła (ta moja dusza).

Pojawia się Aya, najpierw jako duszek, a potem zamieniamy się w małe dziewczynki, biegamy na bosaka po deszczu, tańczymy w tych moich zwariowanych wizjach, pływamy, jedna wielka zabawa. Jest fantastycznie.

 

No i po dużej porcji zabawy Aya zaczyna mi dawać lekcje.
Pokazuje mi, że np. jestem pracoholiczką, nie potrafię usiedzieć nic nie robiąc. - Prawdę mówiąc nie zdawałam sobie z tego sprawy!
Pokazała mi żółty fotel ogrodowy, który niedawno kupiłam i nie miałam okazji w nim posiedzieć. (Teraz, gdy na niego patrzę, przypomina mi się ta lekcja.) Aya pokazuje mi też różne inne rzeczy...
Najtrudniejszą jest lekcja odpuszczenia mojej przesadnej kontroli.
Pokazuje mi się szare serce przejrzysto-filcowe z bezładnie rozrzuconymi patyczkami w środku. Zmusza mnie do nic nie robienia, ponieważ nie umiem. To mnie "przydusza", unieruchamia moje ciało, nie mogę nic zrobić, nawet chyba myśleć. Wydaje mi się, że tego nie wytrzymam.

Chyba jednak odpuszczam, bo nagle patyczki zaczynają się same układać, jest to zsynchronizowane z tym, jak Jarek uderza w jakieś delikatne dzwoneczki. Dzwoneczek i patyczek wchodzi na swoje miejsce, niesamowite. Jakie to wszystko proste. Zrozumiałam!

 

Zadawałam Ayahuasce pytania. Wprost.
Na niektóre odpowiadała mi od razu, patrząc mi w oczy, a na niektóre (były dla mnie kluczowe, jak: "co mam robić?" lub "co jest moim największym talentem"?) odwracała się i udawała, że nie słyszy. Może chciała mi coś przekazać przez obrazy lub dotyk, ale to można interpretować jak się chce.
Oczywiście! W międzyczasie staram się kontrolować czas, bo przecież musimy wziąć drugą dawkę, a jutro wyjeżdżamy. Aż w końcu myślę sobie, że przecież to nie ja jestem mistrzem ceremonii i nie moja rola tego pilnować. Nie na darmo ta lekcja odpuszczenia kontroli! Opuszczam więc.

 

W końcu Jarek nas "budzi".
Wydaje mi się, że jestem gotowa na drugą porcję.
Wstaję siadam, czuję się dobrze i trzeźwo, rozmawiamy. Ula zaczyna opowiadać o swoich przeżyciach, a ja nagle odpływam... Ledwie łapię, co ona opowiada. Tak się jeszcze nigdy nie czułam, ledwie siedzę.

Każą mi się położyć, co przyjmuję z ulgą. Czuję lekkie mdłości. My z Ulą leżymy, a Aldona z Jarkiem są blisko nas, mówią coś, wszystko do mnie dociera, ale nie mam sił się odezwać.
Mija trochę czasu. Po godzinie czuję się tak samo, nawet mi się nie chce mówić. Zbieram się jednak w sobie i idę do toalety. Boję się, że jak nie weźmiemy drugiej porcji, to zaprzepaścimy szansę. Wychodzę na zewnątrz, jest niesamowity księżyc, a ja ciągle w tym samym stanie. - Aldona mnie uspokaja, że nie musimy już brać - przez pełnię będzie nas trzymać do rana.
I tak chyba nie byłabym w stanie.
Nie da się opisać wszystkiego, co mi się jeszcze przytrafiło.

--------

Dzień powrotu:
droga mija spokojnie.To niesamowite, ale w ogóle nie czujemy zmęczenia. No i jesteśmy takie spokojne. Nic nas nie rusza.
Całkiem inaczej odbieramy ludzi, no i chichramy się cały czas. Ula jest inna, taka radosna i psotna.

W następnych dniach jesteśmy tak samo spokojne. Na spacerach ruszamy się jak muchy w smole, a przecież zawsze tak szybko chodzimy. Śpimy jak zabite po 10 godzin, co mi się nigdy nie zdarzało. Zdaję sobie sprawę, że Aya cały czas działa, dziękuję jej i uśmiecham się do niej, czuję jej bliskość i bardzo mi z tym dobrze.
Trudno to opisać, ale odczuwamy z Ulą to samo. Weszłyśmy do supermarketu i jakbyśmy wylądowały tam z innej planety. - W mieście zauważam, że znów jestem jak na haju. Inaczej odbieram nawet domy, są takie same, ale ja jakoś inaczej je postrzegam. Chyba musze się jeszcze oszczędzać.

 

Niespodziewanie pojawia się u mnie osoba,
która mnie molestowała w dzieciństwie (normalnie nie utrzymuję z nią kontaktów).
Nie poczułam do niej niechęci, ale ona tak dziwnie podaje rękę, jak ryba.
A gdy przez chwilę rozmawiamy same, dopadają mnie lekkie mdłości. Niechęci jednak nie czuję.

 

W samotności siadam na tarasie,
piję herbatę, leniuchuję i jest mi dobrze. Wiem, że to działa Ayahuasca. Ciągle jestem nieporównanie spokojniejsza.

W pracy - pomimo spokoju - przybywa mi sił. Nie jestem już tak spowolniona, ale na ludzi, którzy mnie wkurzają, patrzę z dystansem. Jeden z moich kolegów zauważa, że jestem jakaś inna, podejrzewa mnie o romans.
Nie komentuję, bo poniekąd ma rację. Chodzę wyprostowana i czuję się silniejsza, pewniejsza siebie, mam ochotę zadbać o siebie bardziej od tej strony kobiecej. Chyba też inaczej patrzę na mężczyzn.

 

Zauważyłam, że dawne,
nieprzyjemne zdarzenia, szczególnie te związane z mężczyznami, jakby wyblakły, pod względem mojego ich odczuwania. Przeszło mi podświadome poczucie niespełnienia.

Na pewno mam teraz cieszyć się życiem, znajdować przyjemność we wszystkim, co robię, więcej się wygłupiać i traktować życie jak zabawę, tak jak z Ayą. Na pewno muszę odpuścić kontrolę i tą chęć nieustannego działania, coś robienia. Nie jest to do końca takie proste, ale przynajmniej już zdaję sobie z tego sprawę.

 

Przyznam, że jest różnie.
Czasami czuję się bardzo dobrze, jestem pełna optymizmu, ale czasem czuję taki okropny niepokój, nawet większy niż przed ceremoniami. - To strach przed nowym, przed tym tworzeniem i odpowiedzialnością za siebie, gdy życie jest już całkowicie w moich rękach.
Przeczytałam książkę Aldony, bardzo mi się podobała. Jeszcze raz za wszystko dziękuję w imieniu swoim i Uli.
I jeszcze raz deklaruję swoje zaangażowanie w zalegalizowanie ayahuaski w Polsce. Pomimo, że dała nam popalić. Jestem Jej i Wam wdzięczna, za to co przeżyłam. Jeszcze raz za wszystko, dziękuję Jej i Wam.


  

 

 

UrszulaURSZULA 
gospodyni domowa (terapeutyczna sesja z siostrą)

 

 

Bywały różne okresy w moim życiu,
ale cały czas przewijał się smutek i lęk, pomieszany z poczuciem beznadziejności.

Nie siedziałam bezradnie, o nie (Silva, ribertingi, regresingi, esencje itp.), ale te działania były powierzchowne. Rdzeń pozostał bez zmian i to bolało coraz bardziej. Wpadałam w okropne depresje, chciałam odejść z tego życia, bo nie dawałam sobie rady.
Moi najbliżsi nie mieli o tym pojęcia, a najlepsze na świecie koleżanki nie wiedziały, o czym mówię. Pozornie przecież niczego mi nie brakowało.
Cały czas prosiłam o pomoc anioły i zdarzały się chwile wytchnienia, np. podróże z Aliną, moją siostrą.
Z optymistycznym nastawieniem myślałam o ayahuasce, aż nadeszła wiekopomna chwila.

 

Trochę to gorzkie, no, ale nie obrzydliwe.
Potem "napuchły" mi ręce i zęby, ale szybko to minęło. W następnych sekundach zobaczyłam (poczułam), że jestem w kalejdoskopie. Bardzo subtelne odcienie niebieskie, zielone... Światło niezwykle, niby łagodne a bardzo przenikliwe. Wciągały mnie różne mozaiki.
Zaczęłam się przypatrywać i zobaczyłam coś ruszającego się w kształcie mechanicznych ołówków. To były żywe organizmy z zupełnie z innego świata. Czuły, myślały, rozmawiały ze sobą i widziały mnie. Skręcały się, prostowały i cały czas "dziobały".
Nie skończyłam myśli na ich temat, a już wiedziałam, że widzą we mnie jakiegoś śmiecia z kosmosu i rozłożą mnie na czynniki pierwsze. Za chwilę byłoby po mnie. Przerażające, zagłada w sekundę, chciało mi się krzyczeć.
Uciekłam, czułam duży wysiłek i wewnętrzny sprzeciw.
Na szczęście przemknęła obok Aldona, co mnie uspokoiło.

 

Przyszła chwila wytchnienia.
Stałam się zwierzątkiem na prerii i w gromadzie innych zwierzątek futerkowych wąchałam wiatr.
Zobaczyłam ekran, a na nim małe, przesuwające się znaczki. Każdy z nich to odrębna historia mojego życia. Weszłam bezmyślnie w którąś z nich. Najpierw próbowałam określić czas i miejsce, oglądałam architekturę. - Byłam na poddaszu w jakimś zamku (zastanawiałam się, jaki to styl).

Nagle zobaczyłam coś przerażającego, potwornego - eksperymenty na ludziach, zmiany kodów genetycznych.
Nie chciałam w tym uczestniczyć i uciekłam. - Nie potrafię opisać bólu, strachu i przerażenia. Byłam zdruzgotana, nie chciałam już nic widzieć, przesuwałam znaczki najszybciej jak mogłam. Ból narastał kosmicznie.
Aldona mnie uspokajała. Nie pamiętam, co mówiła, ale najważniejsze, że była, a obok niej Jarek.

 

Następna porcja ayahuaski
- jestem pewna, że najgorsze za mną.

Zobaczyłam, jak ścigam się z Aliną na koniach. Znowu preria i zabawa, ale tak na całego. Kto zwycięży?
- Była to ostatnia przyjemna wizja.

Matryca z historiami przesuwała się w szaleńczym tempie, a ja cierpiałam coraz mocniej. Mdłości okropne. Doszłam do toalety, a tam nieprawdopodobne cierpienie. Ból istnienia! - Nie znajduję słów, by go opisać. Przerażająca samotność. Czułam, jak umieram, sama, bez bliskiej istoty obok mnie, bez szansy, aby cokolwiek zmienić w moim życiu, po prostu KONIEC. Ostatkiem sił wyszłam, a Jarek pomógł mi wrócić na miejsce.

 

Poprzysięgłam sobie,
że na pewno nie wezmę więcej ayahuaski. Boję się bólu, nie wytrzymam tego przerażającego uczucia wyrywania wnętrzności.
Byłam wykończona, zdruzgotana i bardzo cierpiałam fizycznie. Całą noc męczyłam się potwornie!
W kółko traciłam przytomność, aby na chwilę wrócić. Raz usłyszałam jak tykał zegar, pojedyncze nutki w jego muzyce albo jak dotknęła mnie siostra. Obie miałyśmy tę samą wizję: przyjeżdża pogotowie, dają mi tlen, ale już za późno. Zrobiło mi się jej żal - z czym ją zostawię? O mężu tylko tyle, że trochę pocierpi, a potem będzie szczęśliwy.

 

Postanowiłam jednak żyć.
Przeraziło mnie, że nic nie zmieniłam, a ten ból i moje przeżycia nie mogą zostać zmarnowane! Śmierć niczego nie zmieni na lepsze. To, co nierozwiązane, pozostanie. Dopóki żyję, mam szanse!
Nad ranem poczułam się na tyle dobrze, że zdołałam się przekręcić na drugi bok i to było niebywałe osiągnięcie. Odganiałam wszelkie myśli. W pół-śnie zobaczyłam, że pomiędzy mną a siostrą dużo postaci się rusza, wstaje, chodzi. Tylko my jesteśmy przykryte białymi kocykami, bo cała reszta jest ciemna i szara, jak dym. Spoglądałam na zegar - czas stanął w miejscu.
Tego pierwszego dnia przeżyłam coś nieprawdopodobnie okropnego, nie do opisania, nie do opowiedzenia. Byłam pewna, że już nigdy nie wezmę ayahuaski.

 

Rano obie byłyśmy wymęczone,
spowolnione, ale spokojne. U mnie ten spokój był porażający.

Na ten moment moje życie wyglądało mniej więcej tak: nic nie zostało wymazane ani nie zostały zaszczepione żadne nowe wartości. Nie wykasowałam błędów, potknięć, niegodziwości..., ale one i tak nie miały już żadnego znaczenia! Doświadczyłam łaski przebaczenia!

 

Miło płynął czas.
Czułyśmy się z Aldoną i Jarkiem bardzo bezpiecznie.
Doszłyśmy do wniosku, że jeszcze nikt w naszym dorosłym życiu tyle się nami nie zajmował, z taką uwagą i spokojem. Poczułam się jak dziecko, które może popełniać błędy, rozrabiać, głupio mówić... i co z tego? Totalna akceptacja. Tak powinni zachowywać się rodzice.

Nie wiem, skąd ten optymizm, z głupoty, czy determinacji, ale już po porannym prysznicu zmieniłam zdanie; Nie uciekam! Biorę następną porcję. Miło mi było słyszeć, że już tak źle nie będzie, ale Jarek postawił twarde warunki - żadnego przesiadywania samotnie w łazience, zwracam i wychodzę. Zgadzam się.

 

Strach jest jednak silniejszy
i co chwilę otwieram oczy.
Wymyśliłam sobie, że tak jest bezpieczniej. Z całych swoich sił staram się, by przyjmować wszystko spokojnie, a ból wszelaki minie. Co chwila atakuje mnie poczucie beznadziei: przecież to się nie uda.

Chcę pogrążyć się w niebycie. Proszę o to Boga, Anioły i Mistrzów Duchowych. Poprzedniego dnia było mi tak strasznie, bo odczułam, że wszystko zależy ode mnie (co ma do tego Bóg?). Teraz jednak prosiłam o pomoc.
Zobaczyłam, że moi Mistrzowie stoją i śmieją się ze mnie! - Sama tego chciałaś!
Ból był dość mocny, lewa strona i trzustka były jak skopane, wątroba spokojna. Szybkie wymioty i powrót na swoje miejsce. Wstrząsały mną dreszcze i nie potrafiłam tego opanować. Czułam się jak w bagnie, nie potrafiłam wyjść na powierzchnię. W końcu, pomyślałam, dość tego! Ile można się męczyć?
I z ogromnym wysiłkiem zaczęłam się wydostawać.

 

Była ze mną Aldona, czułam jej ciepło.
To dawało mi siłę i spokój.
Zobaczyłam biały kryształ, jak powoli zaczął wychodzić z bagna, ze smoły. Co chwilę jakaś siła wciągała go w dół, ale na to nie pozwalałam - walka na śmierć i życie.

Zdecydowałam - ja chcę żyć! Wtedy poczułam, że wychodzi ze mnie promień słońca. Zobaczyłam przyjaciół, nie wszystkich. Nastąpiła eksplozja radości i barw.
Ujrzałam piękną kobietę, ubraną w długą, bajecznie kolorową suknię. Pięknie tańczyła, a ja z zaciekawieniem przyglądałam się. Ustały moje drgawki, chciało mi się spać!

 

Przerwa.
Zmusiłam się do wyjścia na zewnątrz.
Był niesamowity, wielki i złoty księżyc, ale to mi było obojętne.
Aldona i Jarek postanowili, że drugiego picia nie będzie. Byłyśmy z tego zadowolone, bo działanie ayahuaski było w nas bardzo mocne do rana (pełnia!).

Aya odkryła jeszcze we mnie to, czego się nie spodziewałam - pokłady lęku i przerażenia. Aż dziw, że tak długo żyję. Co by było, gdybym wzięła ten środek sama, albo w innym miejscu? - Wiem, nie dałabym sobie rady, po prostu już by mnie nie było.
Tylko bezwzględne zaufanie, Aldona i Jarek uratowali mnie przed załamaniem.

 

PO CEREMONIACH
Nie żałuję ani chwili z tego, co przeżyłam.
Po ceremoniach przyszły niesamowite wrażenia - płynne przekraczanie granic, przestrzeni, ale to wszystko nieuchwytne, nierzeczywiste w tradycyjnym sposobie pojmowania czasu i wymiarów. Cały czas czułam ducha ayahuaski, to mnie uspokajało.

W pierwszych dniach straciłam ochotę na rozmowy, zaczęłam unikać telefonów. Miałam spotkanie z moją siostrzenicą. Bardzo ją lubię. Wydawało mi się, że zachowuję się tak, jak zawsze, ale ona powiedziała - "Ciociu, ty jesteś jakaś inna, chyba cały czas jesteś w tej Holandii".
Czułam się dobrze, ale musiałam wszystko robić wolniej niż zazwyczaj.

 

Mam teraz inne nastawienie.
Chce mi się żyć, tak po prostu. Nie ma pytania, a po co? Czy to dla mnie? Czuję, że nie jest za późno na marzenia. I z ciekawością się obserwuję.

Są też smutne momenty, kiedy nie wiem, jak reagować na ludzką agresję... No i wszystko wskazuje na to, że od lat żyję w zakłamaniu. Prawdę mówiąc nie wiem, co robić, ogarnia mnie bezradność, ale ona nie jest tak tragiczna i beznadziejna jak przed ayahuaską. Jestem ciekawa, co z tego wyniknie.
Szukam drogi, aby lepiej poznać siebie, dotrzeć do swego wnętrza. Któregoś dnia poczułam, że powinnam założyć szpital "DOBREGO UMIERANIA", aby pomóc w odejściu z tego świata. Zdaję sobie sprawę z przeszkód finansowych, prawnych i kulturowych.


  

 

 

Marta I LukaszMARTA i ŁUKASZ

 

 

 

MARTA
Pierwsze słowa na początek to DZIĘKUJĘ!
Czuję taką wdzięczność że Was spotkaliśmy. Po ceremoniach u Was chyba po raz pierwszy cieszyłam się, że znam polski. Aldona powiedziała na koniec, że ja tak właściwe to przywiozłam Łukasza... I to u niego nastąpiły duże zmiany. Pewnie sam zechce Wam o tym więcej napisać.

 

Przed przyjazdem do Was
było nam bardzo, bardzo trudno.
W Londynie jesteśmy trochę ponad rok i o ile ja dość szybko się tu odnalazłam, - po kilku dniach od przyjazdu znalazłam ciekawą pracę, polubiłam ludzi, z którymi pracuję... - to Łukasz borykał się z pracą. Najpierw pracował w barze, potem długo nigdzie, za ostatnie pieniądze zaczął robić prawko na autobusy, a po wielu miesiącach starań nie przeszedł któregoś etapu rekrutacji w firmie.

Po drodze gasł.
Po paru miesiącach jego frustracji, chęci powrotu do Polski (wg mnie najgorszy z możliwych pomysłów) ja też zaczynałam czuć się tym przytłoczona. Zdawałam sobie sprawę, że to rodzaj depresji, stanów depresyjnych... zresztą otwarcie o tym rozmawialiśmy.

Informacje o Ayahuasce Łukasz znalazł dzięki temu, że miał sporo czasu i dziś wydaje mi się to jakimś błogosławieństwem.

 

Z mojej perspektywy wygląda to tak:
jest obok mnie ciepły, bardzo emocjonalny mężczyzna, po powrocie z ceremonii wymyślił, że będziemy uprawiać roślinki w pokoju, a potem może w ogródku przy domu.
Następnego dnia kupił ziarenka i dziś rosną u nas: zielony groszek, pomidorki, papryka, bazylia, koper, agrest, jeżyna... na razie są małe, ale to dopiero pierwsze tygodnie. To chyba realizacja wzoru obfitości, prawda? :)

Od pierwszych dni po powrocie szukał pracy, bez zniechęcenia, i znalazł!
Przed wyjazdem dużo czasu spędzał przy internecie rozwiązując różne testy psychologiczne żeby znaleźć swój 'zawód', obecnie dużo śmieje się oglądając ulubioną kreskówkę. I mówi mi o miłości, a to słowo było wcześniej wręcz tabu. Zaczęłam od Łukasza bo na nim po prostu widzę jak działa Aya.

 

Co do mnie, to
po kilku dniach od powrotu doznałam jakiegoś olśnienia że inaczej myślę o ludziach, że jestem mniej naiwna, reaguję jak coś jest nie tak, nie jestem już taką "dobrą duszą".
Zobaczyłam w innym świetle moich pracodawców, po prostu wkurzyłam się, zobaczyłam, w czym mnie ograniczają i wykorzystują.
To z kolei dało mi jakiegoś kopa, żeby intensywnie myśleć o własnej działalności, ale tak konkretnie: w tym miesiącu zrobię to, w kolejnym tamto...
Bo chęć na własny biznes mamy z Łukaszem oboje, tylko popatrzyliśmy na fakty, że tak naprawdę niewiele próbowaliśmy.
Jak mam wolne, staram się robić coś dodatkowego - szyję poduszkę, robię ramę do obrazu, uczę się nowej techniki haftu, szukam inspiracji w internecie. Pracuję nad tym, żeby w każdej wolnej chwili sobie słodko nie podrzemać.

 

Zastanawiam się nad tym co od Was usłyszałam,
czego doznałam podczas ceremonii. Pamiętam, jak bardzo miałam pewność że jestem tu, na świecie nowa i to mi tyle wytłumaczyło. Dziś tęsknię za Wami i aż się wzruszam na myśl że Was poznałam, że pomogliście mojemu ukochanemu i mnie :)

 

ŁUKASZ
Podobnie bardzo bardzo Wam DZIĘKUJĘ.
Rozumiem i czuję (a może odwrotnie), jakie mieliśmy szczęście trafić do Was i mam nadzieje, że uda nam się Was jeszcze odwiedzić.

Szukałem pracy od kilku miesięcy i nie miałem już siły ani chęci na nic. - Dziś byłem trzeci dzień w pracy, jest to 20 godzin w tygodniu i wystarcza mi na utrzymanie.
W ciągu dnia mam 4 godz, więc czytam książki - bardzo się cieszę z takiej możliwości. W ogóle to sporo się cieszę i bardzo chcę, aby tak zostało!!! Przeżywam różne emocje. Te trudne wcale nie zniknęły, nie daję się im jednak i mam na to siłę, sam nie wiem skąd ona się wzięła...

Marta po Ayi jest tak samo wesoła jak była, ale stała się bardziej nieustępliwa i nie bierze już tak łatwo 'nie' za odpowiedź - to bywa zabawne . I już nie śpi tak dużo ;) Ostatnio śniła, że jej pies do niej mówił, dużo tez ostatnio tańczy w snach.
Bywają takie chwile kiedy za Wami mocno tęsknię i takie kiedy myślę, że się wiele nie znamy i że to wszystko jest takie niemożliwe i zwariowane. Jednak gdy słucham muzyki, przypominam sobie barwne chwile i jest mi wtedy znów przyjemnie, błogo..


 

 

 

Waldek1WALDEK
dostawca Internetu, katolik

 

 

 

Odkąd sięgam pamięcią moimi emocjami targały sprzeczności.
Szczęście zawsze było zatrute przekonaniem, że to tylko stan przejściowy, że pewnego dnia czar pryśnie.

Desperacko chwytałem się każdego przyjaznego gestu, każdego promyka miłości, akceptacji. Miłości, na którą w moim mniemaniu musiałem zasłużyć.
Wizja gorszego jutra zatruwała mnie i pośrednio moich najbliższych. Po prostu ich krzywdziłem. Krzywdziłem siebie i cały świat.
Czułem się coraz gorzej. Nie potrafiłem dawać prawdziwej miłości. Jak mogłem kochać innych, gdy nienawidziłem siebie?

Dwukrotnie próbowałem to zakończyć. Nie był to jednak czas na mój koniec i żyłem dalej.
Alkohol stał się ukojeniem... Ciemność...zło....

 

Chcę żyć, muszę żyć dla mojej rodziny.
Kilka lat terapii i antydepresanty zrobiły swoje. Było już OK, lecz moja dusza i serce były martwe, nic mnie nie cieszyło. Było OK, Jak można żyć, gdy jest OK ??

Wiedziałem, jak żyć, jak myśleć, ale to była teoria. Szukałem, zdawałem sobie sprawę, że sporo wiem o życiu, jednak nie umiem żyć. Wiedziałem że MUSI być inny sposób na życie.
Zainteresowałem się eksperymentami, prowadzonymi przed laty między in. w USA, z użyciem środków psychodelicznych.
Uzyskiwano zaskakująco dobre rezultaty. Okazywało się, że w ciągu jednej sesji pacjenci uzyskują postęp zbliżony do uzyskiwanego po kilku latach terapii. Nieuleczalnie chorzy ludzie, zdający sobie sprawę, że wkrótce umrą, odzyskiwali radość życia i potrafili wykorzystać czas, który im pozostał. Jak to możliwe ?

 

Poszukiwania prowadziły mnie ku Ayahuasce.
Żona znalazła stronę z opisem działania tej cudownej rośliny. Gdy zobaczyłem tą stronę, a na niej zdjęcie szczęśliwej Dusi, wiedziałem że tam znajdę ukojenie dla mojej cierpiącej duszy.

Podjąłem decyzję: Ayahuasca. Ayahuasca bez względu na wszystko. To jest moja droga.

 

Jadę w nieznane.
Nie widząc sensu istnienia, z potarganymi emocjami, poranioną duszą, ze sprzecznościami niszczącymi moje życie. 
Jadę z nadzieją zmiany. Chcę zmienić swoje życie, zmierzam po cud Ayahuaski. Pragnę tam odnaleźć sens życia, szczęście, miłość która gdzieś się zagubiła. Nie boję się - to dziwne ale już się nie boję.

Po kilkugodzinnej podróży docieram do celu, zapoznaję się z pozostałymi uczestnikami ceremonii oraz z szamanami. Sporo rozmawiamy, poznajemy się, mówimy o naszych oczekiwaniach.

 

Nadszedł wreszcie dzień ceremonii.
Spożywamy Ayahuascę i wkrótce rozpoczyna się nasza najdalsza i najwspanialsza podróż w tym życiu...
Nigdy nie doświadczyłem nic tak niesamowitego, pięknego i mądrego, niesamowicie mądrego. Jak przebudzenie z koszmaru o świcie. Nie zapomnę tego do końca życia.

 

Leżę, zdaję sobie sprawę, Waldek
że moje ciało otacza zimny, ciemny pancerz. Mam go od niepamiętnych czasów, jest moją drugą skórą, był dla mnie dotychczas niezauważalny.
Pragnę go zrzucić, bardzo chcę się go pozbyć. Ale nie mogę, walczę z całych sił.
Wtem czuję dłoń na moim sercu, ciepłą, kobiecą dłoń. Dłoń Aldonki, która chce mi pomóc. Czuję ciepło, przeogromne ciepło.
Nie gorąco, to energia, jakiej nie znałem dotychczas, przepływ matczynej miłości.

 

Moje serce zaczyna żyć,
zbroja chroniąca mnie przez całe życie przed światem zaczyna się rozpadać na miliony malutkich cząstek. Cząstek tak malutkich, że mogły przenikając przez moje ciało, spadać. Spadają jednak nie na podłogę, przenikają przez nią i znikają w nicości na zawsze.

Powoli tracę czucie w stopach, później całych nogach, tracę swoje ręce. Przestaję czuć całe ciało. Umieram, mam tego pełną świadomość, nie boję się, ufam.
Moje całe ciało rozpada się na maleńkie kryształy i rozsypuje.

 

Widzę piękno życia
jako wspaniałą symfonię kształtów i bytów, jest to jak żyjąca, cudowna, kolorowa machina. Byty żyją, ich życie dobiega końca, giną przekształcając się w kolejne, jeszcze piękniejsze formy życia. Są tu bakterie, zwierzęta, ludzie i rośliny, wszystko to stanowiło piękną, nierozerwalną całość. Wszystko ma swoje miejsce i swój czas. Jest to niezwykłe. Jeden wielki, cudowny mechanizm życia napędzany miłością.

 

Czuję się malutką cząstką
tej rzeczywistości i nagle Aya tchnęła we mnie wolę istnienia, jakiej nie doświadczyłem nigdy dotąd.

Od tej chwili chcę żyć, chcę żyć tak mocno jak nigdy dotąd! Tak bardzo chcę w tym uczestniczyć. Oto odpowiedź na moje odwieczne pytanie: po co to wszystko, po co żyję ?
Teraz wiem po co żyję i chcę żyć tak bardzo, jak nigdy dotąd. To jest jak oświecenie, zrozumienie sensu istnienia. Chcę żyć, ach jak bardzo chcę żyć.
Kiedyś umrę, wiem że umrę, akceptuję to, pomimo, że bardzo chcę żyć, wykorzystać dany mi czas na Ziemi i dotrzeć do końca.
Nie boje się ani nie chcę tego zmienić. Umrę może za chwilę, może po upływie dziesięcioleci, a może już nie żyję. Nie ma to najmniejszego znaczenia, śmierć to przecież część życia...

 

Sufit zaczyna falować,
staje się pięknym obłokiem, wszystko staje się niezwykle piękne. Widzę świetlisty półprzeźroczysty kryształ z przechodzącą jasną osią; to moja dusza, nagle rozumiem że jest nieśmiertelna, niezniszczalna.

Wznoszę się, czuję niesamowite szczęście. Mam w sobie świętość - czy jestem Bogiem ? - Nie, czuję się tak cudowną piękną istotą, bo Bóg stworzył mnie na swój obraz i podobieństwo i obdarzył miłością. Niesamowite, cudowne - nasze ludzkie słowa są tak niezdarne w obliczu tego, co czuję.

 

Znajduję się blisko niezwykłego światła,
czuję ogromną miłość, świętość, która przepełniała moją duszę i wszystko wokół.

Doskonałość. Nic innego teraz nie istnieje. Tylko ta nieskończona Miłość. Miłość, jakiej nie dane mi było znać nigdy dotąd. To jest miliony razy silniejsze niż znane mi uczucia.
Teraz wiem, że to Światło, ta Miłość to Bóg, że to on jest przepełniającą mnie miłością. Bezwarunkową nieskończoną Miłością.
Poczułem: w nim nie ma gniewu. On zło zwalcza miłością. Miłością a nie gniewem. Zrozumiałem, że też tak chcę. Chcę tak kochać i walczyć ze złem w ten sposób dając miłość wszystkim.
Walczyć to niewłaściwe słowo. W obliczu tej Dobroci zło przestaje mieć znaczenie. Staje się bezsilne, wręcz śmieszne, znika.
Czuję obecność innych osób, biorących udział w ceremonii. Pragnę podzielić się z nimi moim szczęściem. Nie mogę wypowiedzieć ani słowa - nie ma słów, którymi mogłem to zrobić.

 

Czuję przeogromną moc.
Moc dawania szczęścia. Wystarczyło tego zapragnąć, a po chwili usłyszałem odgłosy euforii doznawanego szczęścia pochodzące od pozostałych osób w sali. Bóg na chwilę pozwolił mi być sobą...
Teraz wiem, jak żyć. Trzeba dawać nic nie oczekując w zamian. Tylko tyle. To jest recepta na szczęście.

Jestem w niebie. Czuję wszechobecne szczęście. Bóg czuwa nad nami, otacza nas ojcowską miłością.
Jest silny i dobry. Dusze wchodzą, inne opuszczają to miejsce. Wszystko to stanowi piękną harmonię. Czuję się cudownie, spokojnie i bezpiecznie. Czas nie istnieje, nic nie przemija, tylko się zmienia. Zaciekawiło mnie dokąd wychodzą dusze wypuszczane czule przez Boga. Poczułem że nadchodzi czas podróży. Lecę nad Ziemią, widzę nie tylko miejsca, ludzi, zwierzęta. Lecę w czterech wymiarach, tak w czterech: mogłem się przemieszczać nie tylko w przestrzeni ale i w czasie.


Zobaczyłem mój dom, siebie wraz z rodziną.
Zobaczyłem całe moje życie jakbym je szybko przewijał wstecz, małżeństwo, młodość, dzieciństwo. Zobaczyłem moich szczęśliwych rodziców. - Jak oni się kochali... Ich szczęście ujęło mnie, jednak to jest mój świadomy wybór, chcę być z nimi, przeżyć moje życie i spotkać kochaną żonę, Wiolettę, moją kochaną Asię. Nic nie chcę zmieniać.

Akceptuję moje życie takie, jakie jest. Chcę wrócić do mojego życia na Ziemi....

 

Słyszę odgłosy szczęśliwej,
zakochanej pary. Widzę spore, jasne koło, otoczone jasnoróżowym tłem. Wszystko jest przepełnione szczęściem.
Zaczynam się przyglądać i zadaję sobie pytanie, co to jest ? Wtem pojawia się twór podobny do kijanki i wnika w koło. Nagle zrozumiałem że to jest moment mojego poczęcia. Od tej chwili cały czas jestem w tym pięknym, ciepłym miejscu wewnątrz mojej mamy. Odczuwał kołysanie, widzę światło, słyszę dźwięki.

Zaczynam odczuwać potrzebę opuszczenia tego miejsca, wyruszenia w nieznane. Zaczyna się dziać coś niesamowitego. Co chwilę wszystko się kurczy, po czym znów rozluźnia.

 

Widzę światło, bardzo mi się ono podoba,
dążę do niego. Rodzę się !

Czekają tu na mnie moi kochani rodzice. Jestem szczęśliwy, nieskończenie szczęśliwy.
Jestem dzieckiem, beztrosko bawię się dziwnym przedmiotem trzymanym w dłoniach. Ta zabawka ma niesamowite możliwości. Gdy coś mi nie uda się, nie przejmuje się, lecz tworzę coś jeszcze fajniejszego.
Jestem już dorosły, Moja zabawka jest jeszcze cudowniejsza, to jest życie, które z łatwością tworzę, doskonale się bawiąc. Każde niepowodzenie z niesamowitą lekkością zmieniam w sukces, lub gdy nie mogę zmienić z akceptacją tworzę wszystko od nowa.
Tak będę żyć!
Czuję obecność mojego Taty. Nasze dłonie się spotykają, mówię mu pierwszy raz w życiu, że go kocham, czuję od niego miłość. Łzy szczęścia leją się strumieniami. Słyszę, jak kapią niczym ciepły, letni deszcz.
Idę dalej, nasze drogi już się rozchodzą.

 

Jestem martwy.
W swoim ciele, martwym ciele. Nie czuję ciała, nie mogę poruszyć kończynami. Leżę martwy w trumnie. Spełniło się moje marzenie, aby umrzeć, jestem martwy. Słyszę płacz Asi - mojej córki i mojej żony,mojej mamy. Opłakują mnie. Natychmiast zdaję sobie sprawę, że teraz mam wybór - mogę wrócić na Ziemię lub pójść w stronę Światła.

Nie nie nie, nie zrobię Wam tego, nie zostanę tutaj, choć jest tak cudownie, wrócę do was, nie płaczcie. Z radością czuję jak odchodzą dręczące mnie od zawsze myśli samobójcze. - Już nie powrócą nigdy. Naprawdę NIGDY !!!

 

Czuję zjednoczenie
z ofiarami obozów zagłady, z ofiarami zamachów na WTC, marynarzy Kurska.
Mogłem na te wydarzenia spojrzeć z ich perspektywy - akceptują to, co się stało. Nie czują złości, żalu, tylko akceptację i wybaczenie. Teraz to już przeszłość. Tak było i już...
Widzę w innym świetle pozew do sądu złożony przez mojego byłego pracownika przeciwko mnie. Pozew, w którym żąda odszkodowania w wysokości kilkunastu tysięcy za drobne uchybienia w treści wypowiedzenia umowy o pracę. Dotychczas mnie to złościło, czułem się bezsilny, oszukany. To było jak koszmar.
Teraz wybucham szczerym śmiechem na samą myśl o tej sprawie.
- Grupa szanowanych ludzi z poważnymi minami przebierze się w dziwne stroje i zbierze się się nad kawałkiem papieru, na którym napisałem, że nie chcę już więcej pracować z panem Wojtkiem.
Będą wnikać w każde słowo, w każdą cyfrę i zastanawiać się, czy aby nie popełniłem błędu, za który surowo mnie ukażą. Za błędy na jednym papierku będą żądać, abym im dał inne papierki.
- To jest zabawne. Tak zabawne jak dobry, primaaprilisowy żart. Zacząłem się szczerze śmiać, z całych sił szczerze śmiać. Ale jaja! Hahahahaha! Zabawność tej sytuacji przerasta taką, w której sąd żądał by kilkunastu groszy lub trzydziestu sekund więzienia w zawieszeniu na trzy minuty ! Prima Aprilis !

 

Nadszedł czas powrotu.
Przepełniony, kipiący szczęściem wracam do mojej kochanej rodziny, do mojego kochanego życia. Jestem szczęśliwy, ludzie uśmiechają się do mnie.
Świat jest cudowny. Podczas powrotu wydarzyła się niezwykła rzecz: Trzyletni chłopiec jadący ze swoimi rodzicami zaczął płakać.
Płakał i rodzice. pomimo szczerych prób nie mogli go uspokoić.
Pomyślałem o nim z dobrocią i miłością w sercu. Spojrzeliśmy na siebie, popatrzałem na niego, ciepło o nim myśląc.
Przestał płakać... nawet zaczął się śmiać, po czym przytulił się do mamy.
Po około kwadransie rozpłakała się jego młodsza siostra. Wszystko przebiegło tak samo. Wystarczyło że zapragnąłem aby stała się szczęśliwa i tak się stało. Uśmiechnęła się i przytuliła do mamy.

 

Gdy piszę ostatni akapit,
minęło już ponad trzy miesiące od spotkania z Ayahuaską i wiem, że ta podróż zapoczątkowała najszczęśliwszy okres w moim życiu.
Czuje się, jakbym po całym życiu spędzonym w ciemnym lochu zobaczył piękno Świata.

Już nie jestem gorszy od innych, nie muszę na nic zasługiwać, mam znów duszę, potrafię kochać jak nigdy dotąd, już nie jestem nie z tego świata, a tak czułem zawsze . Teraz jestem jego częścią, potrzebną częścią tej niesamowitej całości. Teraz mogę ten piękny Świat podziwiać codziennie.
Do dzisiaj słyszę słowa, które usłyszałem będąc Tam: "budź się i czekaj na świt, a szczęście Cię nie opuści".
Nie mogę doczekać się świtu, by wstać i żyć. Już nie śpię.

 

Na jawie jest piękniej niż we śnie,
wstaję więc o świcie. Nie używam budzika, chociaż nigdy nie wstawałem tak wcześnie.

Czuję codziennie nieodpartą potrzebę wysiłku fizycznego, nigdy przedtem nie zdarzyło mi się biegać dla przyjemności. Każdy dzień witam z radością, chce żyć, ach jak bardzo chcę żyć. Już nie jestem gorszy od innych, nie muszę na nic zasługiwać mam znów duszę, potrafię kochać jak nigdy dotąd. Potrafię dawać nie oczekując nic w zamian. Już umiem pozwalać z lekkością przelatywać myślom i chwytać tylko te potrzebne, umiem upuszczać te zbędne, zagmatwane.
Tak po prostu.

 

Znalazłem się u szczytu moich możliwości
emocjonalnych, intelektualnych i fizycznych. Pełna harmonia. Lęki towarzyszące mi od zawsze opuściły mnie. Już nie boje się, nie boje się niczego i nikogo. Ani życia, ani śmierci. Nie można już mnie skrzywdzić.

Doskonale wiem, że na końcu mojego życia jest śmierć, ale chcę podążać tą drogą. Umrę, kiedy przyjdzie czas.
To nie jest smutne, ani śmieszne, tak jest, po prostu to jest odwieczne prawo życia.
Otaczają mnie rzeczy, myśli dobre ale też i złe.
Cieszę się tym dobrem odwracając od zła które traci swą moc...