inicjacjaSZAMAŃSKIE INICJACJE

- TESTY PRZYDATNOŚCI DO ZAWODU

 

 

 

Wielka Szamańska Inicjacja...
to najczęściej choroba bądź zaburzenie, przekraczające granicę śmierci.
Może to być rażenie piorunem, śmierć kliniczna lub nagła śmiertelna choroba, wymagająca walki i mobilizacji siły.
 Potrafi przydarzyć się raz, dwa, trzy razy lub... nie wiem ile.

Czas ten obfituje w szereg różnych zjawisk, często ukazują się różne sygnały i znaki, ujawniają się opiekuńcze duchy zwierząt, możliwe jest znalezienie totemu, magicznego słowa lub czarodziejskich "gadżetów".

Młody jeszcze kandydat na szamana konfrontuje się wówczas ze swoją jasną i ciemną stroną, poznaje dogłębnie swoje słabości, nieudolnie próbuje panować nad energiami i nawiązuje pierwsze kontakty ze światem duchowym.

TRANSFORMACJA OSOBOWOŚCI
W okresie INICJACJI podczas podróży psychodelicznych mają miejsce dość drastyczne przeżycia.
Materialna powłoka poddawana jest przeróżnym, drastycznym zabiegom i do najbardziej typowych należy.... rozrywanie ciała na drobne kawałki.
Możliwe jest też jego cięcie, ćwiartowanie, szarpanie, wałkowanie, oddzielanie mięsa od kości, wymiana wnętrzności na inne... 
Czarni szamani potrafią ponoć uleczyć tylko te narządy i członki, które w świecie duchowym sami "zjedli". 

Bywa, że zebrane resztki wrzucane są do kotła i gotowane przez najdziwniejsze istoty nie z tej ziemi.  - 
Dr Andrzej Szyjewski w "Etnologii religii" zamieścił zapis kroniki sądowej z 1884 r., dotyczący oskarżonego o znachorstwo Pawła Dybały. Przed Wymiarem Sprawiedliwości opowiadał on o swoim pobycie w piekle, gdzie niezliczona ilość diabłów poddawała go różnym mękom. M.in. wyjmowali mu mózg i wlewali jakiś kwas, wyjęli także serce... Śledztwo wykazało, że Dybała leczył się już psychicznie, a najpewniej udawał wariata, by bezkarnie uprawiać swój zawód.
Dla porównania Szyjewski przytoczył relację z przeżyć indonezyjskiego szamana, któremu istoty z innego wymiaru także rozcięły głowę i wyjęły mózg, ale umyły go, odnowiły i dały jasne zrozumienie zawiłości chorób. Dla ostrości widzenia wsypały w jego oczy złoty pył i przebiły serce strzałą, by stał się współczujący dla ludzkiego cierpienia.
Rozszarpanie ciała przeżył także ojciec mitów i twórca misteriów, Orfeusz. Podobno po utraceniu ukochanej Eurydyki na zawsze nie chciał w ogóle obcować z kobietami. Bachantki, wściekłe na niego za wzgardę, rzuciły się na niego i rozszarpały go na sztuki.
- Wielu uczniów odczuwa to wszystko również na planie fizycznym.

Cały ten rytuał jest niezwykle powszechny i przybiera najróżniejsze formy. Wraz z pociętym bądź poćwiartowanym ciałem rozpada się dotychczasowa osobowość i to jest cały sens tego doświadczenia.- Wszystko w nas, co do tej pory znajome, musi zostać przetransformowane. I po ponownym "zespoleniu" powołany może zacząć tworzyć siebie na nowo. Powoli przekształca się w szamana.

W obecności mądrych nauczycieli cała ta makabra podszyta jest zaufaniem i poczuciem bezpieczeństwa, co oczywiście nie zmniejsza jej krwiożerczego charakteru. W wielu kulturach starszyzna wzbogaca ją jeszcze o dodatkowe ceremonie. Inkaski szaman, Oscar Miro-Queseda, został np. pogrzebany żywcem, gdyż - jak twierdzi - czasem: „trzeba użyć metod tak drastycznych, by uwolnić człowieka od ciężaru wszystkiego, co nagromadził."
Towarzyszące tym procesom cierpienia nie służą, bynajmniej, by delikwenta udręczyć, lecz by wzmocnić jego wewnętrzną siłę i zmusić, by wyzwolił potężne MOCE, bo - jak rzekł Mickiewicz - "Ból jest mistrzem wtajemniczenia ...". 
Dla dzieci indygo bywa nauczycielem jedynym, bo przerwana łączność z tradycją i brak adekwatnych pedagogów w żaden sposób nie zwalnia nas z koniecznych przeżyć. "Duchy" i tak prowadzą adeptów przez różne wymiary, wyznaczają trudne zadania i stopień naszej świadomości zdaje się kompletnie ich nie obchodzić. Co ma się dziać, po prostu się dzieje.
Tak właśnie było ze mną!

MOJA PIERWSZA INICJACJA
Przeżyłam (jak zwykle!) proces praktycznie podręcznikowy. Było zagrożenie życia, ból, cierpienie, podróż w zaświaty, groza i horror, a nawet "ćwiartowanie ciała". Wszystko to przy okazji narodzin mojego syna na tle stanu wojennego w Polsce.
Po koszmarnej nocy w bólach skierowano mnie na cesarskie cięcie. Z powodu licznych powikłań czekały mnie kolejne, nieopisane wręcz „tortury", a że od dziecka miałam problem z krzepliwością krwi, prawie się wykrwawiłam. Moje życie wisiało na włosku, a największym paradoksem w tym wszystkim jest to, że będąc wówczas zaprzysięgłą abstynentką, chwilę po transfuzji musiałam jeszcze zmierzyć się z... delirium tremens !!
W tamtych czasach alkoholicy masowo oddawali krew za pieniądze i fakt ten był powszechnie akceptowany. Krew badano wyłącznie pod kątem obecności chorób - nic więcej. Słynna zaś książka „Kod serca"  Paula Pearsalla, która rzuca nieco światła na zjawisko przejmowania osobowości dawcy narządów, pojawiła się wiele lat później.
Jestem pewna, że płyny ustrojowe (woda!) jako nośnik informacji energetycznej objawiają się w cudzym ciele tak samo, jak przeszczepione serce. Nie bez powodu Księgi Mojżeszowe zakazywały spożywania wszelakiej krwi, tłumacząc, że "duszą każdego ciała jest krew jego". W tym sensie przetoczenie cudzej krwi (cudzego DNA) może być równoznaczne z opętaniem. W każdym bądź razie u mnie zamanifestowało się to w ten właśnie sposób.

Pisząc te słowa dowiedziałam się, że słynna "czarna polewka", którą serwowano dawniej niepożądanym gościom na Wschodzie, w niektórych przypadkach doprowadzała do ich śmierci.
Aby osiągnąć tak drastyczny efekt, zabijano prosię, poszczute wcześniej psami i im mocniej zwierzątko było przerażone, tym pewniej jego krew stawała się trucizną. Z tej właśnie krwi gotowano wspomnianą potrawę.
Ja otrzymałam krew obłąkanego z przerażenia szaleńca (lub wielu szaleńców) bezpośrednio do żyły. Czułam głęboki, rozdzierający serce ból duszy i mękę "poćwiartowanego" ciała, miałam wysoką gorączkę i silne dreszcze. Burza hormonów zmieniła mnie w samicę, maltretowaną po odebraniu jej szczenięcia, a umysł ogarnęły mroczne wizje światów, jakich nie wymyśliłabym w najgorszych chwilach rozbujanej na czarno fantazji.
W książce o piramidach pisałam, że poznałam potęgę obsesji i podstępną grę wyobraźni, na jaką stać tylko ludzi wykolejonych. Dziś wiem, że przedzierałam się przez autentyczne, podziemne światy, zwane przez nas PIEKŁEM. Za dnia traciłam dodatkową energię, by nie dać nic po sobie poznać, nocami obezwładniał mnie strach tak potężny, że bliska byłam pomieszania zmysłów.
Wbrew procesjom, przejętych nagłą troską lekarzy, wypisałam się ze szpitala na własną odpowiedzialność, a gdy świeżo narodzony synek znalazł się pod czułą opieką ojca, w atmosferze domowej miłości, „spokojnie" mogłam zmagać się z największą w życiu makabrą.

Nie od dziś wiadomo, że wariat, który wie, że jest wariatem, wcale nie jest wariatem.
Ja byłam świadoma nagłego "szaleństwa" i na pewno nie kwalifikowałam się na leczenie. Czułam tylko, że nikomu nie mogę o tym wszystkim powiedzieć!
Na początku lat 80-tych XX w. nikt nie przyjąłby argumentu, że winna jest cudza krew. Również w temacie inicjacji nie mogłam liczyć na niczyje wsparcie. Sama nic o tym wszystkim nie wiedziałam!
Byłam zdana tylko na własną intuicję i - podobnie, jak dzieje się to na ceremoniach ayahuaski - z jednej strony znalazłam się w centrum horroru, z drugiej trzeźwy rozum mógł wszystko swobodnie analizować.

W mitach i bajkach bohater, Śmiałek, w odwiecznej drodze ku doskonałości (po rękę księż-niczki - jak kto woli), przed otrzymaniem najwyższej nagrody musi stoczyć potyczkę z wła-snym cieniem i mocami zła. Jest to „ostatnia próba" - zazwyczaj najtrudniejsza, bo po trupach poprzedników trzeba przecisnąć się przez wąski tunel, korytarz lub bramę, strzeżoną przez krwiożercze bestie. Przed Śmiałkiem widmo śmierci, za plecami pogoń niebezpiecznych upiorów, po bokach - dwie wieże, posągi lub potwory..., ciskające śmiertelnymi strzałami na oślep..
Zadanie polega na tym, by nie dać się odwieść od celu, nie odwracać do tyłu i nie ulegać złym podszeptom, a przede wszystkim nie dać się zastraszyć. Najważniejsza jest koncentracja - CEL w oczach i droga naprzód!
Moim celem była przyszłość świeżo założonej rodziny, dlatego stosunkowo szybko pokonałam upiory i komplikacje po porodzie, a po przeżytym doświadczeniu została mi świadomość przeogromnej, wewnętrznej mocy, hart Ducha i niezachwiana pewność zwycięstwa w każdej sytuacji.

Zdarza się również, że podczas profesjonalnej inicjacji uczeń umiera lub doznaje uszczerbku na umyśle, a jeśli udaje mu się przy okazji pożegnać z szamańską chorobą (np. epilepsją, schizofrenią...) na zawsze, znaczy że otrzymał potrzebną wiedzę i potrafi właściwie z niej skorzystać.
Ja wróciłam do zdrowia, ale przysięgłam sobie, że już nigdy nie przyjmę cudzej krwi, o narządach mowy być nie może (wolałbym śmierć) i na wszelki wypadek nigdy, przenigdy już nie położę się na stole operacyjnym.
Dotrzymałam słowa nawet, gdy wiele lat później po ciężkim wypadku moja twarz domagała się chirurga-artysty. Byłam jednak już wiele mądrzejsza i poskładałam ją... mocami ducha i wyobraźni. Wszystko pod kierunkiem przyjaciela, Aleksandra Chwastka, wybitnego polskiego lekarza i rosyjskiego szamana w jednej osobie.

 

 


 

 

AFRYKAŃSKA INICJACJA
Miałam w życiu wiele problemów ze zdrowiem i łatwiej chyba wymienić, na co nie chorowałam. Patrząc wstecz widzę, że każdy jeden przypadek był kolejną inicjacją, wspomnę zatem jedynie (nie pierwsze i nie ostatnie) spotkanie oko w oko ze śmiercią, w Afryce. 
Wydałam właśnie książkę na temat materializacji marzeń i wielu ludzi pytało, jak tą metodą stracić na wadze i stać się szczupłym człowiekiem. 

KENIAPoczułam się dotknięta ambicjonalnie, gdyż od ponad 10-ciu lat byłam prawdziwie grubą babą.
W chwili wyjazdu na czarny ląd zaczęłam więc stosować własny przepis, choć skruszona przyznaję, że nie bardzo wierzyłam w efekt. - Wszystkie kobiety w mojej rodzinie po ukończeniu 30-tego roku życia stawały się puszyste na zawsze i walczyły z tym przez resztą swojego życia.
Bez skutku.

W trakcie rozpoczętej pracy duchowej, na jednej z wysp oceanu indyjskiego zostałam poczęstowana bliżej nieokreśloną rybą i kilkanaście godzin później znalazłam się w agonii.
Lekarze byli bezradni. Nikt nie wiedział, co mi jest. Świadomość zapadała się w otchłań i przez dwa tygodnie leżałam bez sił, zdolna jedynie do cichutkich pojękiwań.
Cokolwiek bolesnego przytrafiło mi się od momentu urodzenia, dało o sobie znać j e d n o c z e ś n i e; zebrane przez ponad 40-ci lat życia siniaki, stuknięcia, drobne zadrapania, wrzody, rany i poważniejsze dolegliwości... Wszystko!
Jak w malignie obserwowałam każde przeżycie, każdą myśl, czyn, słowo, a także sen, który śniłam jako mała dziewczynka i ten sprzed kilku tygodni .... wszystko na raz! Łowiłam fragmenty dawno minionych, błahych rozmów, „mantry" matki i nauczycieli w szkole, głębokie przemyślenia i wnioski na temat życia z różnych jego okresów, strzępki prawdziwych zdarzeń albo tylko wyobrażeń, silne emocje podczas oglądania filmów i te, którym ulegałam w życiu...

Afrykańska ryba (lub coś, co zostało do niej dosypane) dostroiła mnie do kronik Akaszy - KOSMICZNEGO BANKU INFORMACJI. Jest to magnetyczno-duchowy "Internet",  kroniki wszystkiego, co zaistniało we Wszechświecie od chwili jego stworzenia; każdy dźwięk, światło, myśl, koncepcja, idea, intencja, sen, zamiar, słowo, uczucie, emocja, ruch, czyn, zdarzenie, wrażenie, zapach, ból i... cała potrzebna nam wiedza.
W chwili płynącej do mnie kaskady własnych wspomnień czerpałam też informacje na interesujące mnie tematy. Zrozumiałam zasadę jedności wszechrzeczy i wyjątkowość każdej z nich.
Dotarło do mnie, że czas nie istnieje i wszystko, absolutnie wszystko tak naprawdę dzieje się w duchu.

Zrozumiałam, jak ważne jest życie - UWAŻNE ŻYCIE, w trakcie którego mamy możliwość skupienia się na tym, co ma dla nas prawdziwe znaczenie! Jak niezwykle cenne jest uwięzienie w trój-wymiarze, gdzie można skoncentrować się tylko na jednej częstotliwości energii. Unikalna zdolność ludzkiego mózgu sprawia, że kreatywność naszych myśli nie ma granic.
Poznałam głęboki sens sterowania uwagą i po raz nie wiem już który uchwyciłam wartość naszych uczuć. Zrozumiałam, że człowiek to istota, na której ciało warto czekać całą wieczność.


Właściwie nie dowiedziałam się niczego nowego, tylko teraz głębiej to wszystko we mnie zapadło. Pojęłam, że naszym jedynym problemem jest to, że o tej swojej mocy i możliwościach wciąż i wciąż, na okrągło i znów... ZAPOMINAMY!

Po 14-tu dniach zrobiło się w moim ciele i umyśle cicho jak po burzy.
Poczułam bezgraniczny SPOKÓJ. Nieopisanie głęboki spokój. Towarzyszyła mi też miłość i ciche, wewnętrzne szczęście, jednak w tamtej chwili najbardziej fascynował mnie ten SPOKÓJ. Mogłam w każdej chwili wstać, zamknąć za sobą drzwi, udać się w dowolnym kierunku świata i zacząć życie całkiem od nowa. Byłam jak czysta karta, na której trzeba zacząć pisać niekończącą się historię od początku. Bez cienia lęku. Chwila obecna była doskonała.
Następnej nocy, we śnie znalazłam się pośrodku ogromnej, jasnej sali, naprzeciw rzędem siedzących starców. Było jasne, że są mędrcami ("komitet duchowy", starszyzna...  coś w tym stylu). Życzliwie mnie zapytali, czy chcę żyć, czy może na tym etapie już odejść.
Miałam świadomość, że cokolwiek wybiorę, przyjęte będzie z tą samą, ciepłą akceptacją.
Zastanawiałam się...
Zapragnęłam urzeczywistnić na Ziemi owo uczucie spokoju i miłości. Czułam, że chcę przekazać ludziom wszystko, co już WIEM.
„Komisja" zrozumiała mnie bez słów i obudziłam się zdrowa.

Ponieważ moje życie kręciło się wokół terapii i praw rządzących ludzkim szczęściem, zalew informacji w trakcie pobytu w bibliotece Akaszy dotyczył głównie tych właśnie zagadnień lub tylko takie byłam w stanie wyłowić i pojąć. I gyby moje myśli zaprzątał problem, jak wydobyć z piramid energię użytkową, na pewno poznałabym plany konstrukcyjne genialnego wynalazku... A ponieważ weszłam do "centralnego komputera" z głową pełną szczupłej sylwetki, ubocznym skutkiem afrykańskiej historii stało się spełnienie tego życzenia.  

aldona 345Udało mi się!
W dwa tygodnie straciłam 20 kg i nigdy już ich nie odzyskałam.

Foto: Od lewej - w wieku 33 lat, 43 i 53 lata.

Przez kolejne lata nie musiałam już kontrolować tego, co jem.  Organizm sam pilnował, by pasować do stworzonego przez mnie obrazu.
Oczywiście - zgodnie z prawami Natury - na starość otrzymałam 10 % ciała "w promocji", ale to przyjęłam już bez żalu. 
I tak dowiodłam, że zdecydowana, skoncentrowana ludzka myśl jest znacznie potężniejsza od uwarunkowań genetycznych.
Wiele lat później  tę właśnie prawdę potwierdził amerykański genetyk, dr Bruce H. Lipton, którego badania i osiągnięcia w dziedzinie biologii komórkowej stały się zwiastunem realnej współpracy nauki z duchowością. 
Do tej pory naukowcy sądzili, że geny określają wszystko od wyglądu do temperamentu i rozmaitych predyspozycji, także tendencji do chorób czy otyłości. Teoretycznie nikt nie mógł zmienić swojego DNA,  jednak doświadczenia Liptona wykazały, że różne czynniki zewnętrzne mogą wpływać na zachowanie genów, a nawet zmieniać ich strukturę.
 Zmian możemy dokonać za pomocą mocy sprawczej własnych myśli. 

 .....

Po każdej inicjacji rozwój znacznie przyśpiesza. Filozofia życiowa ulega powoli przekształceniom, aż znajduje współbrzmienie z ogólnym Wielkim Porządkiem.
Adept musi nauczyć się podążać drogą wyłącznie własnej prawdy i słuchać wyłącznie wskazówek wewnętrznego głosu! Musi w sposób widoczny stosować prawa, rządzące życiem i szczęściem, by stać się przykładem dla innych.

 

 


 

 

DUCHOWY EGZAMIN DOJRZAŁOŚCI 
...był pierwszym w życiu SNEM na jawie - bliźniaczo podobnym do dzisiejszych przeżyć po ayahuasce. Po przebudzeniu na chwilę jeszcze przymknęłam oczy i....
Znalazłam się w bezgranicznie czarnej przestrzeni bez ścian, sufitu i podłogi. Zawieszona, choć pewnie stojąca na nogach, w Kosmosie i jednocześnie "w domu". Było tam ciepło, miło, bezpiecznie, bardzo ciemno i w dziwny sposób...  przyjemnie.


egzaminMoją uwagę przykuł jedyny, niezwykle lśniący przedmiot - na tle głębokiej czerni.
"Coś" jakby zawieszony w przestrzeni model atomu. W jego centrum lekko pulsowała fascynująca kulka w kolorze aksamitnego indygo. Zawisła w przestrzeni a jednak tętniąca życiem niczym kosmiczna pustka.
Zbudowana była z ciasno zbitych cząsteczek, których gęstość rozluźniała się, aż na obrzeżach tworzyła tylko lekką, połyskującą, niebieskawą mgiełkę.
Wokół kulki obracały się z niemiłosierną prędkością złote obręcze o krawędziach ostrych jak noże.W pewnej chwili zdałam sobie sprawę z istnienia okrytej ciemnością widowni i dobrze mi już znanego " komitetu duchowego". W lot zrozumiałam postawione mi właśnie zadanie: "zdobądź kulkę!"

We śnie pewnie nie byłoby problemu, ale obudzony już rozum podpowiedział, że grozi to odcięciem rąk. Na potwierdzenie tych przypuszczeń obręcze złowrogo nabrały przyśpieszenia!
Stałam więc skupiona i dokonywałam koniecznych przemyśleń. Inteligentna część mnie planowała wyśledzić, jak bezpiecznie wsunąć dłoń, by wycofać ją w jednym kawałku.
Niczym baseballowy łapacz uniosłam otwartą pięść, wlepiłam wzrok w obiekt jak kot w mysią norę i tropiąc możliwy tor "przelotu" kulki... Instynktownie (po wielu latach treningu z afirmacją) wyszeptałam: "MAM KULKĘ!"
W okamgnieniu niebieskie cudo znalazło się w moje garści! Poznałam smak SPEŁNIENIA, przeżyłam kosmiczny orgazm. Zdałam "egzamin"!
Nastał czas dzielić się Wiedzą z innymi. Patrz: Obrazy duszy