drapiezca01UMYSŁ

LATAWCA

Fragment książki Carlosa Castanedy,
„Aktywna strona nieskończoności”.

 

 

.... Kontroluje cię obecnie cała masa sił zewnętrznych
– orzekł [szaman don Juan].
– Kontrola, o której myślę, leży poza sferą języka. To kontrola, a jednocześnie jej brak.
Nie można jej w żaden sposób zaklasyfikować, ale bez wątpienia można doświadczyć.
I przede wszystkim, z całą pewnością można nią manipulować.

Zapamiętaj to sobie: możesz nią manipulować i maksymalnie wyzyskiwać z korzyścią dla siebie,
która, rzecz jasna, nie jest korzyścią twoją, lecz ciała energetycznego. 
Jednakże ciało energetyczne to ty (....)

 

Ciemność zapadła bardzo szybko
i liście drzew, które jeszcze przed chwilą emanowały zieloną poświatą, były teraz bardzo ciemne i ciężkie.
Don Juan powiedział, że jeśli będę się pilnie skupiał na ciemności liści, nie koncentrując wzroku na niczym konkretnym,
lecz spoglądając niejako kątem oka, dostrzegę ulotny cień w moim polu widzenia.

 

latawiec1 To odpowiednia pora dnia
na zrobienie tego, o co cię proszę – rzekł. – Skupienie koniecznej uwagi zabierze ci tylko chwilkę.
Nie przestawaj, aż dostrzeżesz ten ulotny, czarny cień.

 

Rzeczywiście, dostrzegłem jakiś dziwny,
ulotny, czarny cień na tle liści drzew. Był to albo jeden cień, poruszający się w przód i w tył, albo kilka, przesuwających się z lewa na prawo albo z prawa na lewo lub prosto w górę.

Jawiły mi się one jako grube czarne ryby, ogromne ryby.
Wyglądało to tak, jak gdyby w powietrzu latały gigantyczne mieczniki.
Widok ten pochłonął mnie całkowicie. W końcu zacząłem się go bać.

 

Zrobiło się za ciemno
i nie widziałem już liści, ale ciągle widziałem te ulotne, czarne cienie.

– Co to jest, don Juanie? – zapytałem.
– Wszędzie dokoła dostrzegam ulotne, czarne cienie.
– Ach, to właśnie dziki wszechświat – odrzekł. – Niemierzalny, nieliniowy, wykraczający poza sferę języka.
Czarownicy starożytnego Meksyku byli pierwszymi, którzy te ulotne cienie ujrzeli, więc zaczęli za nimi podążać.
Widzieli je tak, jak ty je teraz widzisz, i widzieli je jako energię w jej ruchu we wszechświecie.
I faktycznie udało im się odkryć coś transcendentalnego.

 

Przestał mówić i spojrzał na mnie.
Jego pauzy były zawsze doskonale zaplanowane. Przestawał mówić wówczas, gdy umierałem z ciekawości.

– Co takiego odkryli, don Juanie? – zapytałem.
– Odkryli, że mamy towarzysza na całe życie – powiedział tak dobitnie, jak tylko potrafił.  
- Drapieżcę, który przybył z otchłani kosmosu i zawładnął naszym życiem.
Ludzie są jego więźniami. Ten drapieżca jest naszym panem i władcą. Zrobił z nas potulne, bezradne baranki. Jeżeli chcemy się zbuntować, bunt zostaje zdławiony. Jeżeli chcemy działać niezależnie, rozkazuje nam, byśmy tego nie robili. [...]

 

– Tylko dzięki samodzielnym staraniom
dotarłeś do czegoś, co szamani starożytnego Meksyku nazywali kwestią nad kwestiami – rzekł don Juan.
– Tym razem cały czas owijałem rzeczy w bawełnę, sugerując ci, że jesteśmy przez coś więzieni.
I rzeczywiście, coś nas więzi! Dla czarowników starożytnego Meksyku był to fakt energetyczny.

– Dlaczego ten drapieżca zawładnął nami w sposób, o jakim mi mówiłeś, don Juanie? – zapytałem.
– Musi istnieć jakieś logiczne wytłumaczenie.

– Jest wytłumaczenie – odparł don Juan – i to najprostsze na świecie.
- Zawładnęli nami, ponieważ jesteśmy ich pożywieniem i uciskają nas bezlitośnie, ponieważ utrzymujemy ich przy życiu.
My hodujemy kurczęta na kurzych fermach, gallineros, drapieżcy zaś hodują nas na ludzkich fermach, humaneros.
Dlatego zawsze mają co jeść.

 

latawiec2Poczułem, że gwałtownie kręcę głową
na boki. Nie potrafiłem wyrazić swego głębokiego zaniepokojenia i niezadowolenia, ale moje ciało zaczęło się poruszać,
by dać upust tym uczuciom. Trząsłem się cały od włosów na głowie po czubki palców stóp  zupełnie bezwolnie.

– Nie, nie, nie, nie!  – Usłyszałem swój głos. – To absurd, don Juanie.
To, co mówisz, jest potworne. To po prostu nie może być prawdą, ani dla czarowników, ani dla przeciętnych ludzi, ani dla nikogo.
– Dlaczego nie? – zapytał chłodno don Juan. – Dlaczego nie? Bo cię to doprowadza do szału?
– Tak, doprowadza mnie to do szału – odparłem sucho. – Twoje sugestie są potworne!
– No cóż – powiedział – nie wysłuchałeś jeszcze wszystkich moich sugestii. Poczekaj chwilkę i potem oceń, co na ten temat sądzić.
Zaraz dostaniesz się w prawdziwą nawałnicę. To znaczy, że twój umysł zostanie wystawiony na zmasowany atak, a ty nie będziesz mógł się poddać i sobie pójść, bo jesteś w pułapce.
Nie dlatego, że cię uwięziłem, ale dlatego, że coś ukryte głęboko w tobie nie pozwoli ci odejść,
choć jakaś część ciebie po prostu wpadnie w szał. Tak więc, przygotuj się!

 

Czułem, że mam w sobie coś z masochisty.
Don Juan miał rację. Nie wyszedłbym z jego domu za nic na świecie. Mimo to jednak ani trochę mi się nie podobały brednie,
które wygadywał.

– Chcę przemówić do twojego analitycznego umysłu – rzekł don Juan. – Zastanów się przez chwilę, a potem mi powiedz,
jak byś wytłumaczył sprzeczność pomiędzy inteligencją człowieka-inżyniera i głupotą jego przekonań albo głupotą jego pełnego sprzeczności zachowania.

Czarownicy są przekonani, że to drapieżcy dali nam przekonania, nasze pojęcia dobra i zła, nasze prawa społeczne.
To oni stworzyli nasze nadzieje i oczekiwania, sny o powodzeniu i myśli o porażce.
Dali nam pożądanie, chciwość i tchórzostwo. To przez drapieżców jesteśmy tak zadowoleni z siebie, schematyczni i egoistyczni.

– Ale jak można tego dokonać, don Juanie? – zapytałem, jakby bardziej jeszcze rozeźlony tym, co mówi.
– Szepcą nam to wszystko do ucha, kiedy śpimy?

– Nie, nie robią tego w ten sposób. To idiotyczny pomysł! – odparł z uśmiechem.
– Są nieskończenie skuteczniejsi i bardziej zorganizowani, niż ci się zdaje.

Aby zapewnić sobie naszego posłuszeństwo, uległość i słabość, drapieżcy wykonali fantastyczne posunięcie. 
Fantastyczne, oczywiście, z punktu widzenia strategii wojennej, a przerażające z punktu widzenia tych, przeciwko którym zostało skierowane.

 

kosmiciiiOddali nam swój umysł!
Słyszysz, co mówię? Drapieżcy oddają nam swój umysł, który staje się naszym umysłem.

Umysł drapieżców jest barokowy, pełen sprzeczności, posępny, przepełniony obawą przed zdemaskowaniem,
które może nastąpić lada chwila.

Wiem, że choć nigdy nie cierpiałeś głodu – ciągnął – odczuwasz niepokój związany z jedzeniem, który nie jest niczym innym,
jak niepokojem drapieżcy, że w każdej chwili jego posunięcie zostanie odkryte i zabraknie mu pożywienia.

Poprzez umysł, który w końcu jest ich umysłem, drapieżcy wtłaczają w życie ludzi wszystko, co im pasuje.
W ten sposób zapewniają sobie pewne bezpieczeństwo, które niczym bufor neutralizuje nieco ich strach.

 

– To nie o to chodzi,
don Juanie, że nie mogę przyjąć tego ot tak – powiedziałem.
– Mógłbym to zrobić, ale jest w tym coś tak ohydnego, że mnie po prostu odrzuca. Zmusza mnie do zajęcia w tej sprawie stanowiska oponenta. Jeżeli to prawda, że nas zjadają, jak to się odbywa?


swiatloNa twarzy don Juana malował się szeroki uśmiech.
Był zadowolony jak wszyscy diabli.
Wyjaśnił mi, że czarownicy widzą niemowlęta jako dziwne, świetliste kule energii, pokryte od samej góry do samego dołu czymś w rodzaju lśniącej otoczki,
przypominającej plastykową pokrywę, ciasno dopasowaną do ich kokonu energii.

Powiedział, że to właśnie ta lśniąca otoczka świadomości stanowi pożywienie drapieżców
i że do czasu osiągnięcia przez człowieka dorosłości pozostaje z niej jedynie wąski strzęp,
który biegnie od podłoża do czubków palców u stóp.

Strzęp ten pozwala ludzkości zaledwie na przeżycie, ale nic ponadto.
Zupełnie jak we śnie słyszałem, jak don Juan Matus wyjaśnia mi, że o ile mu wiadomo, człowiek jest jedynym gatunkiem istot, u którego lśniąca otoczka świadomości leży poza tym świetlistym kokonem. Dlatego też jest łatwą zdobyczą dla świadomości innego rzędu, takiej jak ciężka świadomość drapieżcy.

 

Następnie powiedział coś,
co zdruzgotało mnie doszczętnie. Stwierdził, że ów wąski strzęp świadomości stanowi samo centrum autorefleksji,
w której człowiek nieuleczalnie się pogrążył.

Grając na naszej autorefleksji, która jest jedynym ocalałym punktem świadomości, drapieżcy tworzą rozbłyski świadomości,
które następnie bezwzględnie pożerają. Podsuwają nam idiotyczne problemy, które wymuszają powstanie tych rozbłysków świadomości
i w ten sposób utrzymują nas przy życiu, żeby później móc się odżywiać owymi energetycznymi rozbłyskami,
powstałymi dzięki naszym niby-problemom.

 

Musiało być coś w tym,
co mówił don Juan; byłem w tym momencie tak zdruzgotany, że najzwyczajniej w świecie zrobiło mi się niedobrze.
Po chwili, wystarczająco długiej, bym zdążył dojść do siebie, zapytałem go:

– Ale dlaczego czarownicy starożytnego Meksyku i współcześni czarownicy nic z tym nie robią, choć widzą drapieżców?
– Ani ty, ani ja nic nie możemy z tym zrobić – odrzekł don Juan poważnym, smutnym głosem.
– Jedyne, co nam pozostaje, to poddać się dyscyplinie, dzięki której w końcu nie będą mogli nas tknąć.

Jak chcesz wymagać od innych, by wzięli na siebie taki trud? Wyśmieją cię i wyszydzą, a co bardziej agresywni dadzą ci taki wpierdol,
że popamiętasz.

I zasadniczo nie dlatego, żeby nie chcieli ci wierzyć.
Głęboko w każdym człowieku tkwi atawistyczna, intuicyjna świadomość istnienia drapieżców.

 

Mój analityczny umysł podnosił się
i opadał niczym jo-jo. Opuszczał mnie i wracał, puszczał i znowu wracał.
Twierdzenia don Juana były po prostu niedorzeczne, niewiarygodne, a jednocześnie tak niezwykle sensowne i proste.

Tłumaczyły każdą sprzeczność ludzkiego zachowania, która tylko przyszła mi na myśl. Ale jakżeż można było traktować to wszystko poważnie?
Don Juan wpychał mnie pod lawinę, która mogła pochłonąć mnie na zawsze.
Uderzyła we mnie kolejna fala poczucia zagrożenia. Choć nie ja byłem jego źródłem, było ono jednak ze mną związane.
Don Juan coś ze mną robił, coś niejawnie dobrego i potwornie złego zarazem.
Odczuwałem to jako próbę przecięcia cienkiej warstewki czegoś, czym byłem jakby oklejony.

 

DRAPIEZCAJego oczy wpatrywały się we mnie nieruchomo.
Odwrócił wzrok i zaczął mówić, nie patrząc już w moją stronę.

– Jeżeli tylko kiedyś zaczną cię niebezpiecznie trapić jakieś wątpliwości – powiedział – zareaguj pragmatycznie.
Wyłącz światło. Przeniknij ciemność; przekonaj się, co dostrzegasz.
Wstał, żeby wyłączyć światło. Powstrzymałem go.

– Nie, nie, don Juanie – odezwałem się – nie wyłączaj światła. Wszystko w porządku.
Czułem w tamtej chwili bardzo niezwyczajny jak na mnie strach przed ciemnością.
Na samą myśl o niej zaczynałem ciężko dyszeć. Nie miałem wątpliwości, że intuicyjnie coś sobie uświadamiam,
ale nie śmiałem tego dotknąć ani w pełni sobie uzmysłowić, za żadne skarby tego świata!

– Dostrzegłeś ulotne cienie na tle drzew – powiedział don Juan, siadając z powrotem na swoim krześle.
– To bardzo dobrze. Chciałbym, żebyś zobaczył je w tym pokoju. Nie będziesz niczego widział. Będziesz zaledwie wychwytywał ulotne obrazy. Na to masz dość energii.

Obawiałem się, że don Juan i tak wstanie i zgasi światło; tak też zrobił.

 

Dwie sekundy później darłem się na całe gardło.
Nie dość, że faktycznie kątem oka dostrzegłem owe ulotne obrazy, to jeszcze usłyszałem, jak brzęczą mi koło ucha.

Don Juan skręcał się ze śmiechu, włączywszy na powrót lampę.
– Ależ ten gość ma temperament! – orzekł. – Z jednej strony totalny sceptyk, a z drugiej totalny pragmatyk. Będziesz musiał sobie zaaranżować tę wewnętrzną walkę. Inaczej napuchniesz jak wielka ropucha i w końcu strzelisz.
Coraz głębiej wbijał mi szpilę.

 

latawiec– Czarownicy starożytnego Meksyku
– powiedział – widzieli drapieżcę.
Nazwali go latawcem, bo skacze w powietrzu. Nie jest to urzekający widok. To wielki cień, mroczny i nieprzenikniony, czarny cień, który w podskokach przemieszcza się w powietrzu. Potem ląduje płasko na ziemi.

 

Czarowników starożytnego Meksyku
niezwykle nurtowało pytanie, kiedy pojawił się on na Ziemi.

Rozumowali tak, że człowiek w pewnym okresie musiał być istotą doskonałą, obdarzoną fenomenalnym wglądem, zdolnym do takich wyczynów percepcji, że dziś są one przedmiotem legend. A potem wszystko jakby zniknęło i oto mamy obecnie człowieka uśpionego.

 

Chciałem się rozgniewać,
nazwać go paranoikiem, ale gdzieś zniknęło to poczucie prawa do słusznego gniewu, które zawsze miałem.
Coś we mnie wyrosło ponad poziom, na którym zawsze zadawałem sobie ulubione pytanie:
“A co, jeśli wszystko to, co mówi, jest prawdą?”

Wtedy, tamtej nocy, kiedy ze mną rozmawiał, w głębi mego serca czułem, że wszystko, co mówi, jest prawdą;
jednocześnie jednak równie silne było przekonanie, że wszystko, co mówi, to czysty absurd.

– Co ty opowiadasz, don Juanie? – zapytałem słabo. Gardło miałem ściśnięte. Z trudem oddychałem.
– Opowiadam, że naszym przeciwnikiem nie jest zwykły drapieżca.
Jest bardzo przemyślny i zorganizowany. Metodycznie przestrzega planu, który czyni z nas istoty bezużyteczne.
Człowiek, istota magiczna, nie jest już magiczny. Jest zwykłym kawałkiem mięsa.
Człowiekowi nie pozostały już żadne marzenia oprócz marzeń zwierzęcia hodowanego dla mięsa: marzeń wyświechtanych, konwencjonalnych i kretyńskich.

 

Słowa don Juana wywoływały we mnie
dziwną fizyczną reakcję, podobną do mdłości. Czułem się znów tak, jakbym miał za chwilę zwymiotować.
Ale źródłem nudności były najgłębsze pokłady mojej istoty, sam szpik kości.

Zacząłem konwulsyjnie drżeć. Don Juan potrząsnął mnie mocno za ramiona.
Poczułem, jak szyja mi się trzęsie pod wpływem jego uścisku. Uspokoiłem się od razu.
Odzyskałem nieco kontroli nad sobą.

– Ten drapieżca – powiedział don Juan – który jest, rzecz jasna, istotą nieorganiczną, nie jest dla nas tak całkowicie niewidzialny
jak inne istoty nieorganiczne. Myślę, że jako dzieci go widzimy; jest to dla nas jednak tak przerażający widok,
że nawet nie chcemy o tym myśleć.

Dzieci, rzecz jasna, czasem się upierają i chcą zwrócić na niego baczniejszą uwagę, lecz wszyscy dokoła zniechęcają je do tego.

 

Jedyną alternatywą dla ludzkości
– ciągnął – jest dyscyplina. Dyscyplina to jedyny środek zaradczy.
Ale gdy mówię o dyscyplinie, nie chodzi mi o jakieś ascetyczne praktyki.
Nie chodzi mi o to, żeby wstawać o piątej trzydzieści każdego ranka i polewać się zimną wodą aż do zsinienia.

Poprzez dyscyplinę czarownicy rozumieją umiejętność niewzruszonego stawiania czoła przeciwnościom losu,
których nie braliśmy pod uwagę w naszych oczekiwaniach.  Dla nich dyscyplina jest sztuką: sztuką stawiania czoła nieskończoności
bez mrugnięcia okiem i to nie dlatego, że są oni silni i twardzi, lecz dlatego, że przepełnia ich nabożna cześć.

– W jaki sposób dyscyplina czarowników może być środkiem zaradczym? – zapytałem.
– Czarownicy powiadają, że dyscyplina sprawia, iż lśniąca otoczka świadomości staje się dla latawca niesmaczna
– odparł don Juan, bacznie wpatrując się w moją twarz, jakby szukał w niej jakichś oznak niedowierzania.

- Efekt jest taki, że drapieżcy są zdezorientowani.
Lśniąca otoczka świadomości, która jest niejadalna, nie mieści się, jak sądzę, w ich systemie poznawczym. 
Zdezorientowani, nie mają innego wyjścia, jak tylko odstąpić od swych nikczemnych zamiarów.

 

Jeżeli drapieżcy nie będą przez jakiś czas
zjadać naszej lśniącej otoczki świadomości – ciągnął – ta będzie dalej rosnąć.

Upraszczając tę kwestię maksymalnie, mogę powiedzieć, że czarownicy, dzięki zachowywaniu dyscypliny, odpychają drapieżców wystarczająco długo, by ich lśniąca otoczka świadomości rozrosła się powyżej poziomu palców stóp.
Kiedy już przekroczy ten poziom, urasta z powrotem do pierwotnych rozmiarów.

 

drzewo otocznaCzarownicy starożytnego Meksyku
mawiali, że lśniąca otoczka świadomości jest jak drzewo. Jeżeli go nie przycinać, rozrasta się do naturalnych rozmiarów i osiąga naturalną gęstość.

Gdy świadomość osiąga poziomy ponad poziomem palców stóp, jej fenomenalne wyczyny stają się oczywistością.
Wspaniała sztuczka dawnych czarowników – ciągnął don Juan – polegała na obciążeniu umysłu latawca dyscypliną. Stwierdzili oni, że jeśli narzucić umysłowi latawca wewnętrzną ciszę, wówczas obca instalacja się rozprasza;
daje to każdemu, kto wykonuje ten manewr, absolutną pewność zewnętrznego pochodzenia umysłu.
Obca instalacja powraca, tego możesz być pewien, ale już nie tak silna,
i tak oto rozpoczyna się proces, w którym rozpraszanie umysłu latawca staje się zabiegiem rutynowym.

 

Proces ten trwa tak długo,
aż pewnego dnia umysł latawca rozprasza się na dobre.
Smutny to dzień, doprawdy! Od tego dnia będziesz musiał się opierać na własnej inwencji,
która jest bliska zeru. Nie będzie już nikogo, kto by ci powiedział, co masz robić.
Nie będzie już żadnego zewnętrznego umysłu, który mógłby ci dyktować kretyństwa, do których zostałeś przyzwyczajony.

Mój nauczyciel, nagual Julian, zawsze przestrzegał wszystkich swoich uczniów – kontynuował don Juan
– że jest to najcięższy dzień w życiu czarownika, ponieważ prawdziwy umysł – ten, który należy do nas, łączna suma wszystkiego,
czego doświadczyliśmy – po trwającym całe życie poddaństwie, jest nieśmiały, niepewny i nie można na nim polegać.

Osobiście powiedziałbym, że dla czarownika prawdziwa bitwa rozpoczyna się dopiero w tym momencie.
Cała reszta to tylko przygotowania.

 

Byłem naprawdę głęboko poruszony.
Chciałem dowiedzieć się czegoś więcej, a z drugiej strony coś dziwnego gdzieś w głębi mnie głośno się domagało,
bym się nie odzywał, podsuwając mi myśl o mrocznym finale całej sprawy i karze – czymś w rodzaju boskiego gniewu, który mnie dosięgnie za grzebanie przy czymś, co sam Bóg okrył tajemnicą.

Musiałem się zdobyć na ogromny wysiłek, żeby przechylić szalę zwycięstwa na korzyść mojej ciekawości.
– Co… co… co znaczy – usłyszałem własne słowa – obciążanie umysłu latawca? – Dyscyplina niesamowicie obciąża obcy umysł – odrzekł.
– Tak więc, dzięki niej czarownicy przełamują obcą instalację.

 

Jego słowa mnie przygniotły.
Byłem przekonany, że albo don Juan kwalifikuje się do zakładu zamkniętego, albo mówi mi coś tak potwornie niesamowitego,
że to we mnie wszystko zamiera.

Zauważyłem jednak, jak szybko wykrzesałem z siebie dość energii, by sprzeciwić się wszystkiemu, co powiedział.
Po chwili paniki zacząłem się śmiać, zupełnie jakby don Juan opowiedział jakiś dowcip.
Usłyszałem nawet, jak mówię:

– Don Juanie, don Juanie, jesteś niepoprawny!

 

Rozumiał chyba wszystko, co się we mnie działo.
Kiwał głową na boki i wznosił oczy w górę w geście udawanej rozpaczy.

– Jestem tak niepoprawny – powiedział – że zaraz zafunduję umysłowi latawca, który w sobie nosisz, jeszcze jeden wstrząs. Wyjawię ci jeden z najbardziej niesamowitych sekretów magii. Opiszę ci odkrycie, którego weryfikacja i uporządkowanie zajęła czarownikom tysiące lat.
Spojrzał na mnie i uśmiechnął się złowrogo.

 

01ac– Umysł latawca rozprasza się na zawsze
– powiedział – kiedy czarownikowi uda się pochwycić wibrującą siłę,
która utrzymuje w jednej całości skupisko naszych pól energii. Jeżeli utrzymają w tym uchwycie dostatecznie długo, umysł latawca zostaje pokonany i się rozprasza.

I to właśnie zaraz zrobisz: uchwycisz się energii, która utrzymuje nas w jednej całości.

 

Zareagowałem na to
w tak niewytłumaczalny sposób, że aż trudno to sobie wyobrazić. Coś we mnie zadrżało, zupełnie jakby pod wpływem silnego wstrząsu. Ogarnął mnie niezrozumiały strach, który natychmiast skojarzyłem z moim religijnym wychowaniem.

Don Juan zmierzył mnie spojrzeniem od stóp do głów.
– Boisz się gniewu boskiego, co? – odezwał się. – Bądź spokojny, to nie twój strach. To strach latawca, bo on wie, że zrobisz dokładnie to, co ci każę.

 

Jego słowa wcale mnie nie uspokoiły.
Poczułem się jeszcze gorzej. Ogarnęły mnie mimowolne, konwulsyjne drgawki i nie było żadnego sposobu, by je opanować.

– Nie martw się – powiedział spokojnie don Juan. – Wiem z doświadczenia, że te ataki bardzo szybko tracą na sile.
Umysłu latawca nie stać nawet na odrobinę koncentracji.

 

Po chwili wszystko ustało,
tak jak przepowiedział don Juan.

Słowo “oszołomiony” w odniesieniu do mojego stanu w tamtym momencie byłoby eufemizmem.
Po raz pierwszy w życiu, z don Juanem czy bez, naprawdę nie miałem pojęcia, co się ze mną dzieje.
Chciałem wstać z krzesła i przejść się, ale paraliżował mnie śmiertelny strach.
Byłem wypełniony racjonalnymi sądami, a jednocześnie przepełniał mnie infantylny strach.

Zacząłem głęboko oddychać, a całe moje ciało pokrył zimny pot.
W jakiś sposób moje oczy otwarły się na potworny widok: gdziekolwiek się obróciłem, skakały czarne, ulotne cienie.

 

Przymknąłem powieki
i oparłem głowę na oparciu krzesła.

– Nie wiem, dokąd teraz pójść, don Juanie – odezwałem się. – Dzisiaj naprawdę ci się udało zupełnie poplątać moje ścieżki.
– Rozdziera cię wewnętrzna walka – powiedział don Juan. – Głęboko w środku wiesz, że nie jesteś w stanie odrzucić
przyzwolenia na to, by nieodłączna część ciebie, twoja lśniąca otoczka świadomości, stała się w niepojęty sposób
źródłem pożywienia dla istot o niepojętej dla nas naturze.
A inna część ciebie będzie się temu przeciwstawiać całą swoją mocą.

Przewrót czarowników – ciągnął – polega na tym, że odmówili oni honorowania umów, w których nie byli stroną.
Nikt mnie nigdy nie pytał o to, czy nie zgodziłbym się zostać pożarty przez istoty o odmiennym rodzaju świadomości.
Moi rodzice po prostu wprowadzili mnie na ten świat po to tylko, bym został czyimś pożywieniem,
tak samo jak i oni – koniec, kropka. […]

 

Po powrocie do domu,
z biegiem czasu, idea latawców stała się jedną z największych obsesji mojego życia.
Doszedłem do takiego punktu, że czułem, iż don Juan miał w tej materii absolutną rację.
Bez względu na to, jak bardzo się starałem, nie udawało mi się podważyć jego logiki.
Im więcej o tym myślałem, im więcej rozmawiałem z samym sobą i innymi ludźmi, im więcej samego siebie i innych obserwowałem,
tym silniejsze było moje przekonanie, że coś czyni z nas istoty niezdolne do jakiegokolwiek działania,
jakiejkolwiek relacji i jakiejkolwiek myśli, która nie ogniskowałaby się na ,ja”.

 

Moje troski,
podobnie jak troski każdego, kogo znałem lub z kim rozmawiałem, koncentrowały się właśnie na tym.

Ponieważ nie umiałem znaleźć wytłumaczenia tak uniwersalnej homogeniczności, byłem przekonany, że tok rozumowania don Juana
jest najbardziej odpowiednim sposobem objaśnienia tego fenomenu.
Poświęciłem się głębszej analizie literatury dotyczącej mitów i legend.
Uświadomiłem sobie wówczas coś, czego nigdy wcześniej nie odczuwałem: każda z przeczytanych przeze mnie książek
była interpretacją mitów i legend. Przez każdą z nich przemawiał ten sam, homogeniczny umysł.
Style były odmienne, lecz ukryty pod warstwą słów zamiar jednakowy: pomimo tego,
że temat pracy dotyczył czegoś tak abstrakcyjnego jak mity i legendy, autorowi zawsze udało się zawrzeć w niej jakieś opinie o sobie.

Celem każdej z tych książek nie było omówienie rzeczonego tematu; była nim autoreklama.

 

Nigdy wcześniej sobie tego nie uświadamiałem.
Przypisywałem moją reakcję wpływowi don Juana.
Pytanie, które sobie stawiałem, brzmiało tak: czy to on wpływa na mnie tak, że coś takiego dostrzegam,
czy też rzeczywiście istnieje jakiś obcy umysł, który dyktuje wszelkie nasze poczynania?

Siłą rzeczy odruchowo znów popadłem w negację, i niczym wariat zacząłem po kolei przechodzić od negacji do akceptacji i tak w kółko.
Coś we mnie wiedziało, że bez względu na to, do czego pije don Juan, jest to fakt energetyczny;
jednak inny wewnętrzny głos mówił, że to wszystko brednie.

 

Wynikiem tych wewnętrznych zmagań
były bardzo złe przeczucia, wrażenie, że zawisło nade mną wielkie niebezpieczeństwo.

Przeprowadziłem szeroko zakrojone badania, poszukując śladów koncepcji latawców w innych kulturach, ale nigdzie nie udało mi się znaleźć żadnej wzmianki na ten temat. Wyglądało na to, że don Juan jest jedynym źródłem informacji w tej materii. Kiedy zobaczyłem się z nim następnym razem, natychmiast przeszedłem do tematu.
– Robiłem, co mogłem, by podejść do tego zagadnienia racjonalnie – powiedziałem – ale nie mogę.
Są takie chwile, kiedy absolutnie się z tobą zgadzam w kwestii drapieżców.

– Skup swoją uwagę na ulotnych cieniach, które obecnie widzisz – odrzekł don Juan z uśmiechem.
Powiedziałem mu, że owe ulotne cienie staną się końcem mojego racjonalnego życia. Widziałem je wszędzie.
Od czasu gdy wyszedłem wówczas z jego domu, nie byłem w stanie zasnąć po ciemku.
Spanie przy włączonym świetle w ogóle mi nie przeszkadzało. Jednak z chwilą gdy je gasiłem, wszystko dokoła mnie zaczynało skakać. Nigdy nie dostrzegałem kompletnych postaci ani kształtów. Widziałem jedynie ulotne, czarne cienie.

 

drapiezca01a– Umysł latawca jeszcze cię nie puścił
– rzekł don Juan. – Został ciężko ranny. Robi wszystko, by zreorganizować swoją relację z tobą.
Ale coś w tobie zostało na zawsze przerwane. Latawiec o tym wie. Prawdziwe niebezpieczeństwo leży w tym, że umysł latawca może zwyciężyć, doprowadzając cię do wyczerpania i zmuszając do zarzucenia dalszej walki,
jeśli dobrze rozegra kartę sprzeczności pomiędzy tym, co on ci mówi, i tym, co ja ci mówię.
Bo widzisz, umysł latawca nie ma konkurencji – ciągnął dalej don Juan.

– Kiedy coś orzeka, zgadza się z własnym zdaniem i każe ci wierzyć, że zrobiłeś coś wartościowego.
Umysł latawca powie ci, że to, co ci mówi Juan Matus, to wierutne bzdury, po czym ten sam umysł zgodzi się ze swym własnym stwierdzeniem. A ty powiesz: “Tak, oczywiście, że to bzdury”.

W taki właśnie sposób zostajemy pokonani.

 

Latawce są niezbędnym elementem wszechświata
– ciągnął – i należy je traktować tak, jak na to zasługują – jako istoty potworne i budzące grozę.
Dzięki nim wszechświat wystawia nas na próbę.

Jesteśmy energetycznymi sondami, stworzonymi przez wszechświat – mówił dalej, jak gdyby nie zdawał sobie sprawy z mojej obecności
– a ponieważ posiadamy energię obdarzoną świadomością, jesteśmy środkiem, dzięki któremu wszechświat staje się świadom samego siebie.

Latawce to nieprzebłagani rywale. Tylko tak można ich postrzegać.
Jeśli nam się uda, wszechświat pozwoli nam trwać dalej. ...